Ludzie i style

Lody, odsłony, idole. Skąd się bierze fenomen Ekipy?

Ekipa Friza, czyli Karola Wiśniewskiego Ekipa Friza, czyli Karola Wiśniewskiego Instagram
Szał na „Lody Ekipy”, o którym donoszą wszystkie media, to efekt tego, co dzieje się z dziećmi pozostawionymi samopas w internecie.

Gdy piszę te słowa, na hasło „papierki po lodach Ekipy” popularny serwis aukcyjny pokazuje ponad 4 tys. wyników. Tyle osób najwyraźniej uznało, że ktoś będzie zainteresowany zakupem pamiątkowych opakowań po lodach sorbetowych (zgodnie z polityką lekceważenia alergików i powleczonych polewą zawierającą mleko), ponieważ znajduje się na nich logo Ekipy Friza.

Szał na „Lody Ekipy”, o którym donoszą wszystkie media, to efekt tego, co dzieje się z dziećmi pozostawionymi samopas w internecie. Kariera Friza jest w zasadzie kalką życiorysów zachodnich twórców słynnych w serwisie YouTube. Zaczynali od kręcenia filmów z popularnych wśród młodzieży gier, takich jak „Pokemon Go” czy „Minecraft”, a potem zajęli się dostarczaniem rozrywki, zwykle nagrywając przeróżne wygłupy zwane „prankami”.

Ekonomia pranka

Żarty, które w dawnych czasach pokazywała telewizja w programach typu „Ukryta kamera”, okazały się dobrze sprawdzać w epoce YouTube′a. Warto wspomnieć zachwyty mediów nad sukcesem Sylwestra Wardęgi, niegdyś najpopularniejszego polskiego „nagrywacza filmików”, na których żartował z policjantów lub przechodniów. Międzynarodowym hitem stał się film „Mutant Giant Spider Dog”, na którym pies Chica przebrany za pająka giganta straszy przypadkowych ludzi. W 2014 r. chłopiec i jego pies wystąpili na okładce „Forbesa” z podpisem „Sylwester Wardęga. 100 mln WYŚWIETLEŃ na YouTube” i prognozą: „za kilka lat gwiazdy internetu zabiją telewizję, jaką znamy”.

Telewizja wciąż żyje, ale faktycznie wedle badań trendów firmy Deloitte tylko 10 proc. generacji Z wymienia oglądanie telewizji jako swoją ulubioną rozrywkę, a jednym z wymarzonych zawodów młodego pokolenia jest właśnie influencer czy youtuber. Rzecz, o której dorośli mówią, załamując ręce nad „dzisiejszą młodzieżą”, w ogóle nie powinna dziwić – to zawód, który jest bliski młodym konsumentom treści. Oto ich rówieśnicy (lub znacznie starsi, ale wciąż odgrywający młodzież, jak w amerykańskim serialu) robią rzeczy, które sami by chętnie robili, gdyby mieli taką możliwość. Kto by nie chciał spędzać całych dni na graniu w gry komputerowe lub przebieraniu się w śmieszne stroje?

W tym zachwycie nad „100 milionami odsłon” ukrywa się jednak całe kłamstwo tego cyfrowego kapitalizmu – w praktyce nic nie znaczą. Podstawowym sposobem zarabiania na YouTubie jest monetyzacja, czyli ciułanie groszy z wyświetlanych reklam. Tyle że zarabia na nich głównie korporacja, czerpiąca gigantyczne zyski z ogromu niewielkich niszy. Łatwo także je stracić, gdy film zostanie zgłoszony jako naruszający regulamin albo prawa autorskie. Pieniędzy trzeba szukać gdzie indziej.

Czytaj też: YouTube zmienia się z myślą o dzieciach. Ale czy na lepsze?

Dom pracy twórczej

Popularni twórcy zarabiali, wchodząc w rozmaite kontrakty reklamowe (stąd to niezwykle szczere słowo „influencer” – ktoś, kto ma wpływ, więc mu się płaci, żeby wpływał), organizując regularne zbiórki patronackie wśród fanów (proces przebiega automatycznie dzięki odpowiednim serwisom, na których można deklarować stałe lub okazjonalne wpłaty), sprzedając gadżety (koszulki, smycze, kubki) czy nawet wydając książki. Wbrew lukrowanej mlecznej polewie w środku kryje się banalny mrożony sok ciężkiej pracy na pełen etat (albo więcej) – zrobienie głupiego zdjęcia na Instagram wymaga sporych nakładów, a co dopiero regularne dostarczanie treści wideo. Doszło więc do profesjonalizacji – to nie są romantyczne historie z początków internetu, kiedy ktoś stawał się gwiazdą dzięki wrzuconemu filmikowi.

Tak jak blogi zmieniły się w blogowe konglomeraty i przekształciły w portale, tak youtuberzy łączyli siły, żeby łatwiej pozyskiwać sponsorów i prowadzić wspólne interesy. Ekipy podobne do załogi Friza powstały na Zachodzie, skupiając się w tzw. creator house, czyli „domach pracy twórczej”. Wille przypominają dom „Wielkiego brata” – codzienność ekipy staje się częścią tworzonej treści. Fani oglądają nie tylko, jak youtuberzy grają w gry wideo, urządzają przeróżne wygłupy czy wymyślają „challenge”, ale angażują się emocjonalnie w życie idoli, którzy na potrzeby publiki odgrywają „dramy” niczym z seriali dla nastolatków. Ktoś kogoś zdradził, ktoś się z kimś pokłócił – to, czym żywiły się media celebryckie czy popkulturowe machiny, jak japoński czy koreański przemysł idoli, działa także w przypadku najnowszej generacji dostawców rozrywki.

Czytaj też: Youtuber. Zawód, który porywa tłumy

Ekipa na lodzie

Złożona z jedenastu osób ekipa Friza (naprawdę nazywa się Karol Wiśniewski, urodzony w 1996 r.) wzbudziła zachwyt mediów swoim udanym kontraktem z producentem lodów. Sam Friz ma 4,36 mln subskrybentów, jego koleżanki i koledzy wpadają w zakres od kilkuset tysięcy do miliona widzów. Na stronie marki Ekipatonosi można nabyć torby, naklejki czy kubki, ale także ubrania (w tym dziecięce), a nawet specjalny fotel „dla graczy”. Nagrywają wspólnie teledyski; w tym jeden na Zanzibarze, ulubionej miejscówce ewakuujących się ze strefy covid-19 Polaków. Młodzi widzowie stają się fanami youtuberów w ten sam sposób, w jaki młodzi twórcy stali się idolami. Zaczynają oglądać filmiki, bo są ciekawi sztuczek w „Minecrafcie”, a potem, traktując idola jak kogoś bliskiego (jest przecież na wyciągnięcie ręki w smartfonie), wciągają w oglądanie innych treści – wygłupów, wyzwań, wreszcie życia ludzi, którzy żyją jak w bajce.

Ekipa Friza utrzymała przy tym kontrolę nad swoim zachowaniem, nie skręcając w stronę patologii. W tym samym czasie, gdy młodzież przeczesywała lodówki okolicznych spożywczaków w poszukiwaniu lodów, inny youtuber, Łukasz W. znany jako „Kamerzysta”, został aresztowany na miesiąc za nagranie filmu, na którym wraz ze swoją ekipą znęca się nad niepełnosprawnym intelektualnie chłopakiem. Utrzymany w stylu „pranku” i „wyzwania” filmik pokazuje, jak młody człowiek za pieniądze wykonuje upodlające czynności i robi sobie krzywdę. To nie wyjątek – przeróżne przemocowe zachowania i nadużywanie zaufania młodych fanów są plagą wśród zachodnich internetowych idoli.

Warto, by dorośli interesowali się tym, co na YouTubie oglądają dzieci nie tylko w takich skrajnych przypadkach – gdy ktoś sprzeda milion lodów albo gdy po kogoś przyjedzie policja.

Czytaj też: Jak żyją zagrajmerzy

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Polonia jest taka jak my. Ewa Winnicka opowiada o polskim Greenpoincie

Mnie ten temat dlatego tak bardzo pociąga, że zmusza do zastanowienia, co to znaczy być w ogóle Polakiem – mówi Ewa Winnicka, autorka książki „Greenpoint. Kroniki Małej Polski”.

Janusz Wróblewski
16.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną