Dłużej klasztora…
Dłużej klasztora… Mnisi nadal robią wino. I to jakie!
Do rozległego parterowego domu wchodziło się przez zadbany trawnik, a w środku na gości czekał wysmakowany skandynawski minimalizm. Na metalowej półce dizajnerskie kieliszki, na kontuarze z tekowego drewna równo poustawiane butelki, za przesuwnymi drzwiami z matowego szkła geometryczne białe kartony z charakterystycznym logo. Wokół biegał pies, Hanna Hirtzberger nalewała, jedno po drugim, grüner veltlinera i rieslinga. Skrzące się od owocu, wyraziste, przenikliwe, w pełni zasługujące na swoje miejsce w czołówce nowoczesnych win z Wachau. Moją uwagę przykuły jednak kościelne motywy i nazwy na etykietach. Każda z nich ozdobiona była bowiem biskupim herbem. – Uprawiamy działki należące dawniej do klasztoru augustynów w Sankt Florian – odparła Hanna.
Sama nazwa winiarni: Weinhofmeisterei nawiązuje do budynku klasztornej przetwórni, gdzie przez stulecia fermentowano winogronowy sok. (Dziś mieści się tam najlepsza w Wachau restauracja). To żaden ewenement, tysiąc lat temu praktycznie wszystkie winnice w Austrii należały do Kościoła. Winorodne doliny zasiedliły zakony przybyłe z Bawarii. Całe Wachau było podzielone pomiędzy potężne opactwa znajdujące się w Melk, Göttweig i Tegernsee. Wina w beczkach spławiano Dunajem z portu w miasteczku Krems, które w XII w. było dzięki temu bogatsze niż Wiedeń – i biło nawet własny pieniądz.
Produkcję wina na wielką skalę rozpoczęli w 1098 r. cystersi w swoim modelowym opactwie w Cluny w Burgundii. Trunek powstawał na potrzeby liturgii i codziennej konsumpcji, ale stał się też dla zakonu intratnym przedmiotem handlu. Wszędzie więc, gdzie zakładano klasztory, powstawały też winnice. Tak było również w Dolnej Austrii – przykładowo w Gobelsburgu wino powstaje nieprzerwanie od 850 lat.