Moje miasto

Sztukmistrze w Lublinie

Zawieszeni nad miastem

Przechadzanie się nad miastem w wiecznym ruchu to co innego niż – powiedzmy – wśród amerykańskich kanionów, gdzie nie masz wielu punktów odniesienia. Przechadzanie się nad miastem w wiecznym ruchu to co innego niż – powiedzmy – wśród amerykańskich kanionów, gdzie nie masz wielu punktów odniesienia. Anna Musiałówna / Polityka
Raz do roku dostają niebo na wyłączność. Wysoko, na linie, po której idą, rozgrywa się sama prawda.
Przez trzy dni przechadzało się po lubelskim niebie w tę i z powrotem niemal 300 sztukmistrzów z 40 krajów świata.Anna Musiałówna/Polityka Przez trzy dni przechadzało się po lubelskim niebie w tę i z powrotem niemal 300 sztukmistrzów z 40 krajów świata.
Gapie, podnieceni, nie muszą wiedzieć, że to sport maksymalnie bezpieczny.Anna Musiałówna/Polityka Gapie, podnieceni, nie muszą wiedzieć, że to sport maksymalnie bezpieczny.
Liny to właściwie taśmy. Są różne. Szerokie na 2,5 cm lub 5.Anna Musiałówna/Polityka Liny to właściwie taśmy. Są różne. Szerokie na 2,5 cm lub 5.
Przygotowanie do powietrznego spaceru.Anna Musiałówna/Polityka Przygotowanie do powietrznego spaceru.

No aż w brzuchu mnie wierci od samego patrzenia – handlująca cebularzem lubelskim z mobilnego straganu nie może się skupić na detalu, gdyż nieustannie zadzierając głowę, traci klientelę. A to przecież cebularskie żniwa.

Na trzy dni karnawału do miasta przybyli bowiem najprzebieglejsi sztukmistrze z całej kuli ziemskiej. Jest hiszpański wspinacz po piramidzie z pustych butelek, włoski żongler szczoteczkami do zębów, krajowy spluwacz ogniem, filipiński kuglarz z jednym okiem, szkolony z iluzji w samym Las Vegas.

Jednak o największe dreszcze przyprawiają ludzie na linie. Kłaniają się gapiom z wysoka, bawiąc ich niewykluczoną śmiercią na żywo.

Nad przepaścią

Upał nie ułatwia przechadzek, a przecież im bliżej nieba, tym goręcej. Podczas gdy mrużącym oczy gapiom ściekają z zapomnienia lody na sandały, do lin stoi kolejka czekających na swój popisowy spacer. Międzynarodowa. Lublin to jedyne miasto na świecie, które raz w roku oddaje niebo linom. W zasadzie taśmom. Są różne. Szerokie na 2,5 cm lub 5. Bardziej sprężyste lub mniej, o krawędziach ostrych bądź nie, wedle preferencji. Produkowane w certyfikowanych szwalniach. Żaden linoskoczek nie wejdzie na taśmę tkaną przez nieprofesjonalistę.

Wracając do Lublina. Przechadzanie się nad miastem w wiecznym ruchu to co innego niż – powiedzmy – wśród amerykańskich kanionów, gdzie nie masz wielu punktów odniesienia. Filip, polski Lewandowski wśród linoskoczków, który pokonał kilometrową taśmę rozciągniętą między urwiskami fiordów norweskich, tłumaczy niuanse spacerów nad przepaścią. Otóż urban sprzyja biciu rekordów długości, w przeciwieństwie do przestrzeni monotonnych. Nawet mistrzowie czują nad nimi dyskomfort. Błędnik odbierający jednostajne podłoże wariuje. Paradoksalnie beton w dole trasę uprzytulnia.

Początkowo wśród chodzących rywalizowano na odległości, ułatwiając sobie spacery mocno naprężoną taśmą. Z czasem luzowano ją. Branżę zaczęło kręcić balansowanie na rozchwianej linie, prawdziwy strach i coraz wyższe pułapy.

Gapie, podnieceni, nie muszą wiedzieć, że to sport maksymalnie bezpieczny. Po linie idziesz zabezpieczony specjalną uprzężą zawiązaną na osiem węzłów, które – zanim postawisz pierwszy krok za ramą okna – sprawdza superwizor. Od ćwierć wieku w branży miały miejsce tylko trzy wypadki, spowodowane niechlujnym dopięciem się do taśmy.

Przed gawiedzią

„Hotel mamy jaki taki, śniadanie było obfite, taksówkarz wziął za kurs 15 zł. Ale dzwonię do ciebie nie o tym. Właśnie linoskoczka widzę”. „Powiem ci, że pozytywnie zdenerwowana jestem”. „Waldek zamknął oczy z przerażenia” (każąc się informować na bieżąco). Wzdłuż lin słychać takie telefoniczne rozmowy.

Do Lublina przybyło 200 tys. amatorów magii z kraju i ze świata. Współczesny oglądacz cyrkowego ryzyka wysubtelniał. Już nie ekscytuje go stający na dwie nogi słoń ani dziwoląg typu kobieta z brodą. Z perspektywy wczasujących się all inclusive na safari egzotyczne zwierzęta pod areną z brezentu zbanalizowały się, lepszych dziwolągów można obejrzeć na YouTube, zaś klaunów i łgarzy – dopowiada się przy mobilnym straganie z cebularzem – w telewizjach 24. Tymczasem tu, w chmurach, rozgrywa się sama prawda. Nigdy tak samo się nie zdarzy i – co najbardziej ekscytujące – może coś nie wyjść i zakończyć się tragicznie.

Zresztą do linoskoczków też dorastano w Lublinie niemal dekadę. Zwłaszcza taśma rozpięta nad dzwonnicą, gdzie mieści się pałac ślubów, wzbudzała wśród nowożeńców mieszane uczucia. Ustawiający się do pamiątkowych fotografii nie życzyli sobie, by nad ich odświętnie ufryzowanymi głowami przechadzali się spoceni półnadzy kamikadze w tatuażach. Dziś rezerwują terminy z wyprzedzeniem, chcąc supermenami uatrakcyjnić sesje. Czasem trzeba ponaglać zagapione w niebo narzeczeństwa, gdyż powodują przestoje w ślubowaniach. Podczas gdy panny młode nie mogą oderwać oczu, ich zazdrośni narzeczeni odgryzają się w stylu: – Czekam, aż spadniesz.

My, Polacy, jesteśmy już w branży dostrzegani, lecz nie najlepsi. Wygrywają z nami ci z Teksasu i Kolorado, bo mają okazje ćwiczyć nad najprawdziwszą przepaścią.

Poza zasięgiem

Przez trzy dni przechadzało się po lubelskim niebie w tę i z powrotem niemal 300 sztukmistrzów z 40 krajów świata. Dawno temu zwano ich groteskowie powietrzni. Dziś to żadni włóczący się z taborem weseli nomadzi. Poza liną wiodą nieekstremalne życia jako księgowi, rzeczoznawcy, biegli od unijnych dotacji, pracownicy call center. Zupełnie nieromantyczni.

Może poza Łukaszem, instruktorem narciarstwa z Pabianic. Nie wie (przysięga na taśmę), co to lewica, prawica, Andrzej Duda i „Sztukmistrz z Lublina”. W życiu interesują go tylko panoramy nad przepaścią. W branży takich jak on nazywa się urodzonymi z błędnikiem absolutnym. Jest jak słuch u muzyka.

Będący tu na ziemi na tzw. życiowych zakrętach mówią o linie: terapeutyczna. Poczucia tego rodzaju wytchnienia od codzienności nie da żaden spacer po równej powierzchni płaskiej, ułożonej z kostki Bauma. Tam na górze nie można cię dotknąć ani zranić. Stajesz się nieosiągalny dla niekochającej cię dziewczyny, sfrustrowanego szefa w korpo, banku dopominającego się o spłatę kredytu na czas.

Nieponaglany idziesz drogą, która donikąd nie prowadzi, skupiając się wyłącznie na strachu. Każdy ma swoje sposoby na ułożenie się z nim. Słuchają ulubionych płyt z muzyką, liczą oddechy, kroki, deklamują wiersze, śmieją z przypominanych dowcipów. Lub milczą.

Gdyby zrobić emocjonalny wykres, najfajniej jest pośrodku liny. Towarzyszy ci rozpacz, bo już nie ma odwrotu, połączona z pragnieniem dotarcia do punktu B. Trudno to opisać. Trzęsiesz się jak cukrzyk, zanim dostanie swoją czekoladkę.

Ponad podziałami

Rozpięta między wieżą trynitarską a archikatedrą taśma, zwana churchline, przyniosła Polsce rozgłos ogólnoświatowy. Żaden kościół na całej kuli ziemskiej nie przystał na takie profanum, by podczepiać taśmę pod wieżę i wpuścić na zakrystię spoconych ekstremistów. Tutejszy proboszcz nie miał nic przeciwko. Pod warunkiem że nie będą chodzić mu nad główną nawą oraz w trakcie pogrzebowych ceremonii.

Od razu widać po człowieku, że był na churchline. Mówi się, że na tej linie jest przytulnie jak w domu. W branży nie lubi się określenia: metafizycznie. Uchodzi za zbyt banalne.

Z liną podciągniętą nad proboszczem było najmniej perypetii. Jako dominikanin, uchodzący za lewaka, rozumiał niedosłowność karnawału. Największe zamieszanie wzbudziła przed laty pierwsza taśma, która zawisła między urzędem miejskim a wojewódzkim. Biurokraci byli zmieszani. Czy powietrzna arlekinada przystoi powadze organu? Powyższe obawy dotyczyły zwłaszcza przewrażliwionych na swoim punkcie polityków lokalnych. Trzeba było tłumaczyć działaczom, iż nowoczesny cyrk nie uwłacza godności piastowanych przez nich stanowisk. Niechętnie przystawali na udostępnienie okien swych szacownych gabinetów. Na licznych naradach przy okrągłych stołach debatowano ponadto, czy połączenie się taśmą z opozycją nie będzie nietaktem? Uzgodniono, że dla dobra kultury jednak wypada.

Branża nazywa trasę rozpiętą nad przepaścią pomiędzy gabinetami urzędniki. To taśma dla najbardziej wytrawnych, zawieszona jakieś 60 m nad Lublinem. Przed karnawałowym weekendem biurokraci wszystkich opcji zbierają z biurek swe poważne segregatory, by nie porozrzucał ich wiatr. Prócz szefa miasta i województwa wypożyczają okna nieuznający telefonów komórkowych staruszkowie, reprezentujący cech rzemieślniczy, dostojne panie z Towarzystwa Wieniawskiego, wydział funduszy europejskich, pion planowania i architektury, niemiecki inwestor. Z zastrzeżeniem, by podwieszać się dopiero w piątek po południu.

Edyta Gietka, fotografie Anna Musiałówna

Polityka 33.2018 (3173) z dnia 13.08.2018; Na własne oczy; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Sztukmistrze w Lublinie"
Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama