Nauka

Jak możemy uciec z cyfrowej pułapki czasu

Ekonomia uwagi, jak nazywa się oparty na reklamach dominujący w sieci model biznesowy, ma swoje skutki uboczne. Ekonomia uwagi, jak nazywa się oparty na reklamach dominujący w sieci model biznesowy, ma swoje skutki uboczne. Andrew Neel / Unsplash
Ekonomia uwagi, jak nazywa się oparty na reklamach dominujący w sieci model biznesowy, ma swoje skutki uboczne. Zamiast pieniędzmi za dostęp do platform płacimy czasem – i najwyższy czas to zmienić.
GAFAChesnot/Getty Images GAFA

Politycy są wściekli na globalne koncerny cyfrowe. Niepokój budzi ich rosnący wpływ nie tylko na życie ludzi, lecz także na sposób funkcjonowania państw. Chcą więc pozbawić je władzy. Jak to zrobić? Artykuł publikujemy w ramach debaty po tekście Katarzyny Szymielewicz z Fundacji Panopytkon „Przyszłość cyfrowych gigantów”.

„Jeśli nie płacisz za produkt, sam jesteś sprzedawanym produktem” – temu cytatowi, często używanemu do krytyki naszej relacji z platformami internetowymi, trudno przypisać autora. Podobno po raz pierwszy został użyty w 1973 r. do opisu relacji siedzącego na kanapie człowieka z telewizją. Wielkie stacje Ameryki były wówczas szeroko punktowane za poszukiwanie sensacji i prymitywizację debaty publicznej – skutki uboczne dążenia do zwiększenia oglądalności przeliczanej na przychód z reklam.

Czytaj też: Jak pół wieku temu narodził się internet

Smartwica kontra cyfrowy detoks

Dziś tym już oklepanym cytatem opisuje się naszą relację z Google, Facebookiem, YouTube, Snapchatem czy TikTokiem. My, użytkownicy, nie płacimy za korzystanie z platform internetowych. Uwaga jest sprzedawana prawdziwym klientom, czyli reklamodawcom. Naturalnym kolejnym krokiem strategii biznesowej jest więc chęć zatrzymania człowieka jak najdłużej przed monitorem i jak najczęstszego doprowadzenia go do użycia smartfona, aby się zalogował. Staliśmy się cennym łupem na polu bitwy: każdy serwis walczy o jak najdłuższą część naszego dnia, jak największy wycinek uwagi.

Młodzi mówią na to „smartwica” czy „smartfica”. Tak – według autorów konkursu na Młodzieżowe Słowo Roku PWN – nazywają „chorowanie na smartfona”, połączenie martwicy (braku życia) z wiecznym zmartwieniem. Rośnie moda na cyfrowy detoks – wylogowanie się z internetu do życia, cytując pewną kampanię społeczną, na tydzień czy miesiąc.

Społeczną intuicję potwierdzają badania. Myśl o uzależnieniu od internetu, niedawno traktowana jako niszowy problem młodzieży, dziś przestaje być odległą ciekawostką, w końcu na smartfonach spędzamy średnio trzy–cztery godziny dziennie. Choć wnioski nie są ostateczne, mało wiemy o konkretnych przyczynach i o tym, jak prowadzą do skutków, to rosnąca liczba studiów pokazuje, że długotrwałe intensywne spędzanie czasu w sieci wydaje się skorelowane z gorszym samopoczuciem.

Czytaj też: Nowa technologia nas cofa

Błąd założycielski sieci WWW

Fundamentalną wadą internetu jest konflikt zachęt zawarty w ekonomii uwagi. Firmom zależy na zwiększeniu używania platform, aby móc pokazać więcej reklam. Ale zwiększając spędzany w sieci czas, możemy dotrzeć do momentu, gdy technologia odbiera nam czas dzielony ze znajomymi i rodziną czy obniża efektywność pracy. Wąż Uroboros zaczyna zjadać swój ogon: spadek samopoczucia jest oczywiście problemem społecznym, a pewnie też nie przekłada się na skuteczność reklam.

Co ciekawe, ten konflikt interesów stworzyła sieć służąca do uspołecznienia i darmowego obiegu wiedzy naukowej. Twórca sieci WWW Tim Berners-Lee miał ambitny plan stworzenia ogólnoświatowego systemu służącego do łatwej wymiany prac naukowych. Tworzenie treści tego typu różni się jednak od tworzenia artykułów dziennikarskich, filmów czy muzyki m.in. sposobem finansowania.

Upraszczając: pensję naukowcom zapewnia w znacznej mierze publiczne finansowanie, aby wiedza była ogólnodostępna, służyła innym naukowcom do dalszych badań itd. Inni twórcy takiego komfortu nie mają. Ich wynagradzają odbiorcy bezpośrednio (opłata za gazetę czy kupno płyty) lub pośrednio (oglądanie programów telewizyjnych, podczas których emitowane są reklamy).

Czytaj też: Facebook, Google, Apple. Wszyscy wpadli

Konflikt wizjonerów

Ted Nelson to postać znana w środowisku technologicznym. Wizjoner, wzorcowy romantyk rozwoju technologii, który sam siebie nazywa Cyrano de Bergerakiem software’u. To on w latach 60. stworzył wizję ogólnoświatowego systemu, w którym fragmenty wiedzy będą połączone przez uruchamiane kliknięciem połączenia, hiperlinki, tworząc ogólnoświatowy hipertekst.

Stąd dziwić może, że ojciec dzisiejszego internetu, zajmujący się tematem od półwiecza, jest jednocześnie zagorzałym krytykiem sieci WWW. Od początku lat 90. stawia jej kilka zarzutów, a jednym z kluczowych jest brak mechanizmu mikropłatności: groszowych opłat wnoszonych na rzecz twórcy za obejrzenie strony, grafiki czy filmu. W tworzonym nieprzerwanie od ponad 50 lat alternatywnym systemie Xanadu stosuje taki mechanizm. Próbowali go inkorporować twórcy konkurencyjnych systemów hipertekstowych w latach 80.

O tym, że sukces odniósł akurat World Wide Web, a nie konkurencja, zadecydował brak mikropłatności, ale przede wszystkim inne zalety: uniwersalność, łatwość użycia i tworzenia treści. Tyle że jedynym możliwym do stosowania w wielkiej skali modelem finansowania twórczości zostało serwowanie i profilowanie reklam.

Czytaj też: Francja chce podatków od Facebooka, Google i Apple

Kryzys uwagi, który nie w smak gigantom

Technologiczni giganci z wielu względów nie mają dobrej prasy. Jednym z głównych oskarżeń jest to o pozbawianie nas czasu. Twarzą tego zarzutu stał się Tristan Harris, były etyk designu w Google, który od 2017 r. pokazuje, że firmy technologiczne stosują metody podobne do tych z branży hazardowej do ogrywania naszych mózgów.

Jego zdaniem nie ma np. przypadku w tym, że „kropka” z liczbą powiadomień w wielu serwisach ma kolor czerwony, bo to kolor najsilniej wzmagający czujność, przykuwający uwagę. Autoplay kolejnych filmików czy „nieskończony scroll” (design strony, w którym po dojechaniu na dół zawartość ładuje się dalej) redukuje barierę decyzji – nie ma konieczności kliknięcia, a więc momentu, gdy moglibyśmy przypadkiem stwierdzić, że już nam wystarczy, że najwyższy czas wyładować pranie z pralki.

Harris wzywa gigantów do opamiętania i autoregulacji. Wydaje się, że nie całkiem trafia w próżnię. Na przestrzeni ostatnich miesięcy twórca Facebooka Mark Zuckerberg zapowiedział zwrot w kierunku wiadomości, komunikacji między konkretnymi osobami zamiast ogólnodostępnych postów. W Androidzie i iOS pojawiły się opcje monitorowania spędzonego ze smartfonem czasu.

Nawet jeśli deklaracje nie okażą się piarową zagrywką czy odpowiedzią na zmiany używania technologii przez użytkowników, to nie rozwiążą fundamentalnego problemu. Dopóki źródłem zarobku będzie model biznesowy oparty na drenowaniu czasu odbiorcy treści, dopóty – cóż, nietrudno zgadnąć – będziemy kuszeni i nęceni, aby z internetu nie móc się wyrwać.

Czytaj też: Bruksela kontra koncerny technologiczne

Wielki czas indywidualnego mecenatu

Choć forma mikropłatności nie stała się systemowym elementem sieci, idea bezpośredniego wynagradzania twórców za dzieła odrodziła się w nowym formacie: patronatów. Platformy takie jak Patreon czy rodzimy Patronite pozwalają wspierać twórców comiesięcznym przelewem w wysokości od kilku do nawet kilkuset złotych. Przekroczenie każdego z określonych progów skutkuje otrzymaniem przez widza nagrody: kubka z podobizną, filmu, dedykacji w książce itp.

Taki model wsparcia rośnie ekspresowo – choć nadal w porównaniu do reklam jest niszowy, niemal podwaja swoją wielkość rok do roku. Amerykański Patreon w zeszłym roku przetworzył wpłaty wynoszące 300 mln dol., w tym roku spodziewa się pół miliarda.

Dwa elementy wyróżniają ten model: regularność i bezpośredniość. Zacznijmy od drugiej cechy. Choć pieniądze zbierają w ten sposób również organizacje, to zdecydowaną większość autorów stanowią indywidualne osoby – blogerzy, muzycy, youtuberzy. To droga do finansowania inicjatyw tematycznych – kanałów YouTube czy filmów Tomasza Sekielskiego – ale nie do stworzenia modelu biznesowego dla wielobranżowych tytułów prasowych.

Z drugiej strony to model o wiele stabilniejszy niż crowdfunding projektowy, oparty na jednorazowych wpłatach wnoszonych na realizację ograniczonego czasowo projektu. Patronat oznacza regularne wsparcie, pozwalając nie tyle realizować konkretne filmy czy artykuły, ile budować cały kanał czy blog. To ważne dla niezależności autora, umożliwia też długoterminowe budowanie wizji, zmniejsza presję na „klikalność” pojedynczych treści.

Czytaj też: Facebook zmienił kolor i nie tylko

Agregatory, czyli paywall po metamorfozie

Problem z płaceniem za treść polega na przyzwyczajeniu odbiorcy do darmowego dostępu, ale też na uciążliwości kolejnych logowań czy decyzji o subskrypcji treści, którą odbieramy kilka razy w miesiącu. Choć po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA podszyte narracją o obronie demokracji poprzez media paywalle w amerykańskich mediach odnotowały delikatny comeback, trudno się spodziewać, że będzie to rozwiązanie możliwe dla lokalnej gazety w Polsce w stopniu porównywalnym do globalnego „New York Timesa”.

Inny trend pokazują gry, film i muzyka – branże, które jeszcze dekadę temu były przerażone zjawiskiem piractwa. Dziś narzekania wciąż się pojawiają, ale dotyczą raczej podziału rosnącego tortu dochodów. Branża muzyczna w błyskawicznym tempie – 10 proc. rocznego wzrostu – odrabia straty z pierwszej dekady XXI w.

Pojawiły się agregatory: serwisy, które w zamian za regularną, stałą opłatę zapewniają dostęp niemal do całości globalnej treści danej kategorii. Wzrost obrotów rynku muzycznego nastąpił dzięki serwisom streamingowym, takim jak Spotify – ta część rynku rocznie rośnie o ponad 30 proc., globalnie stanowiąc już niemal połowę wartości rynku. W filmie podobną rolę odgrywa choćby Netflix, w grach Steam. Portal Medium podobny model próbuje stworzyć dla prasy i blogów.

Agregatory działają, bo uniezależniają klienta od przywiązania do konkretnego twórcy czy medium. W zamian za stałą opłatę możemy konsumować dowolną ilość treści pochodzących od (niemal) dowolnej firmy czy autora. To odpowiedź na internetowy i społeczny trend, w którym tradycyjne medium – takie jak wielobranżowa prasa codzienna czy kanał telewizyjny – przestaje odgrywać swoją rolę „pakietowania treści”, skoro używając wyszukiwarek, możemy wybrać sobie różne treści sami. Nie słuchamy więc płyt, lecz konkretnych utworów; nie czytamy gazet, ale konkretne artykuły.

Czytaj też: Apple ucieka na boki. Idzie w usługi, strach się bać?

My sami: element nierozwiązany

Nadal niszowa, choć szybko rosnąca popularność cyfrowego detoksu czy książki „Cyfrowy minimalizm” Cala Newporta zwraca uwagę na fundament ekonomii uwagi: nasz cyfrowy konsumpcjonizm. Jego ograniczenie jest trudne, biorąc pod uwagę, jak sprytnie strony internetowe i platformy wykorzystują badania nad zachowaniem naszego mózgu.

Zarazem mechanizm presji konsumenckiej – na firmy i polityków – jest jedynym, który może doprowadzić do samoograniczania się platform czy ich regulacji. Podstawą odpowiedzi na zagrożenia ekonomii uwagi są więc nasze własne próby ograniczania konsumpcji internetu, a przynajmniej większe zwracanie uwagi na platformy, które grają fair – pod kątem prywatności danych, niezabierania nam zbyt wielu godzin w ciągu dnia. Nawet jeśli jest to walka pojedynczych Dawidów z systemowymi Goliatami.

Nie mamy wiele czasu: jeszcze w tym roku w Brukseli rozpoczną się prace nad założeniami nowej regulacji dla platform internetowych. Europejscy politycy zdają sobie sprawę, że stare zasady nie przystają już do rynku zdominowanego przez kilka globalnych platform, ale niekoniecznie mają gotowe pomysły na to, jak odpowiedzieć na kryzys w środowisku cyfrowym. Chcemy zasilić tę debatę pomysłami pochodzącymi z różnych środowisk. W serwisie Polityka.pl rozpoczynamy cykl, w którym różni autorzy – od prawników i filozofów po ekonomistów – będą przedstawiać swoje pomysły na nową infrastrukturę dla cyfrowego społeczeństwa.

Bartosz Paszcza – ekspert ds. nowych technologii. Redaktor i koordynator zespołu nowych technologii w Klubie Jagiellońskim. Magister studiów nad internetem z uniwersytetu w Southampton. Współzałożyciel Fundacji Polonium, organizacji łączącej polskich naukowców za granicą.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną