Nauka

Musimy zbudować ekosystem zaufania dla danych cyfrowych

Inwigilacja danych, które zostawiamy w sieci, grozi prywatności, ale też uderza w gospodarkę i innowacyjny potencjał społeczeństwa. Inwigilacja danych, które zostawiamy w sieci, grozi prywatności, ale też uderza w gospodarkę i innowacyjny potencjał społeczeństwa. Mohamed MAZOUZ / Unsplash
Inwigilacja danych w sieci zagraża prywatności, ale też uderza w gospodarkę i innowacyjny potencjał społeczeństwa. Uznanie, że to użytkownicy mają własność danych i wspólnie nimi zarządzają, to solidnie opracowana propozycja.
Chesnot/Getty Images

Politycy są wściekli na globalne koncerny cyfrowe. Niepokój budzi ich rosnący wpływ nie tylko na życie ludzi, lecz także na sposób funkcjonowania państw. Chcą więc pozbawić je władzy. Jak to zrobić? Artykuł publikujemy w ramach debaty po tekście Katarzyny Szymielewicz z Fundacji Panopytkon: „Przyszłość cyfrowych gigantów”.

Drapieżne praktyki biznesowe platform cyfrowych – nie tylko gigantów, jak Google czy Facebook, ale i dynamicznie rosnących start-upów – uznaje się za oczywisty problem społeczeństwa informacyjnego. Kolejne regulacje są koniecznością, a spór w przestrzeni publicznej dotyczy raczej tego, jakich wartości bronić i w jaki sposób. U podstaw problemu leży fundamentalny błąd w architekturze przestrzeni cyfrowej, uzasadniany neoliberalną, korporacyjną ideologią.

W imię „darmowych” produktów i usług zgodziliśmy się na gromadzenie i analizowanie danych nie przez właścicieli (użytkowników-obywateli) czy wskazane przez nich instytucje, ale przez firmy technologiczne. Dobre intencje maskują chęć masowej ekstrakcji wartości ekonomicznej tworzonej przez nas każdego dnia. Taką opinię podtrzymują krytyczni ekonomiści. Wyraził ją wprost m.in. włoski sąd administracyjny 10 stycznia w sprawie przeciwko Facebookowi.

Akumulacja wartości (i kapitału) przez cyfrowe platformy zagraża całemu systemowi. Gromadzenie informacji pozwala stale doskonalić platformy i usprawniać ich procesy tworzenia, gromadzenia i analizy kolejnych danych, co pogłębia przepaść między liderami a konkurencją. Jak dowodzi m.in. Philippe Aghion z London School of Economics (LSE), początkowa eksplozja produktywności ustępuje spowolnieniu postępu i nierównościom. Nowych zysków szuka się nie w prawdziwych innowacjach, ale w nadzorze nad ludźmi.

Czytaj też: Jak pół wieku temu narodził się internet

Alternatywne zarządzanie danymi

Eksperci coraz częściej podnoszą, że rozwiązaniem musi być zmiana modelu zarządzania danymi. Ich powiązanie z właścicielem, obecne już w RODO (m.in. prawo do przenoszenia, sprzeciwu, ograniczania przetwarzania), jest w alternatywnych propozycjach znacząco rozszerzone. Najłagodniejsze pomysły sugerują większą transparentność, klarowne informowanie przed uzyskiwaniem zgody na przetwarzanie danych czy finansowe wsparcie dla projektów takich jak „kokpity” czy „pody” sterowania danymi (to propozycja twórcy internetu Tima Berners-Lee).

Umacnia się głos, że dane powinny być zarządzane głównie – lub wyłącznie – przez zupełnie nowe instytucje, mające za zadanie pilnować ich poprawnego użycia i łączyć strony oferujące lub przetwarzające dane. Inne zasady stosowaliby menedżerowie danych przemysłowych, wykorzystywanych przez firmy z sektora motoryzacyjnego do oceny sprawności silników, a inne opiekunowie wrażliwych danych medycznych opisujących historie przebiegu nowotworów.

Część z nich miałaby charakter stricte publiczny, część – partnerstw publiczno-prywatnych, osobnych firm lub spółdzielni. Brytyjski ośrodek innowacyjności Nesta nazywa to „ekosystemem zaufania”, przestrzenią pluralistycznego, ale wspólnotowego dysponowania danymi.

Czytaj też: Nowa technologia nas cofa

Dane są wspólne

Na rzecz takiego wymiaru zarządzania danymi wskazuje kilka różnych argumentów. W jednym z najnowszych artykułów Daron Acemoglu, światowej sławy ekonomista z Massachusetts Institute of Technology (MIT), pokazuje wady hipotetycznego rynku danych, na którym każdy indywidualnie sprzedaje swoje informacje. Analiza big data umożliwia predykcję także nieznanej wiedzy, więc nisko ceniący prywatność użytkownicy prowadzą do spadku cen wszystkich danych, a w rezultacie prywatność i mechanizmy ochrony innych tracą moc.

I z takim modelem mamy do czynienia dziś. Zmiana na indywidualne dysponowanie danymi czy rozumienie własności w wąski sposób (jako prywatna, nieograniczona własność) – są pozorne. Rynki danych oparte na blockchain będą nieefektywne, a siła negocjacyjna właścicieli-użytkowników – znikoma. Acemoglu wskazuje, że w modelu z udziałem aktora pośredniczącego – mediatora stron – zarządzanie danymi odbywa się z większą korzyścią społeczną.

Z punktu widzenia kraju mało innowacyjnego, półperyferyjnego, jeśli chodzi o udział w globalnym łańcuchu wartości, wspólne dane mają wielki potencjał. Wbrew temu, co głosił projekt polskiej „Polityki AI”, wcale nie dysponujemy wielkimi zasobami wysokiej jakości danych. A bez nich nie możemy liczyć na krajową produkcję wysokomarżowej wartości dodanej albo podnoszenie jakości życia dzięki nowoczesnym usługom.

Czytaj też: Facebook, Google, Apple. Wszyscy wpadli

Technologie spółdzielcze dla danych

Wśród testowanych przez odradzający się ruch spółdzielczy rozwiązań jest także wspólne posiadanie i zarządzanie danymi. Platformowy kooperatyzm w pierwszej kolejności postulował kopiowanie technologicznego serca nowoczesnych platform i aplikacji (jak Uber czy Amazon), by przekuć je na zdemokratyzowane innowacje.

Ale model spółdzielczy idealnie pasuje też do wspólnie zarządzanego i równo redystrybuującego zyski zasobu danych osobowych. Takie rozwiązanie testuje szwajcarska kooperatywa danych MIDATA, umożliwiająca pacjentom wgrywanie danych medycznych, i zarządza w ich imieniu bezpiecznym, odpłatnym udostępnianiem do celów naukowych. Kooperatywa jest demokratycznie kontrolowana, więc nie ma ryzyka nadużycia ze strony zarządu kierującego techniczną i operacyjną stroną inicjatywy.

Jak oszacowaliśmy w raporcie „#CoopTech: Platformowy kooperatyzm jako silnik solidarnego rozwoju”, potencjał inwestycyjny technologii spółdzielczych w Polsce sięga blisko 50 mln zł (i ok. 1,3 mld euro w Europie). Dobrze dobrany reżim regulacyjny, przyznający użytkownikom-obywatelom kolejne prawa do ich danych, usprawni proces powstawania takich spółdzielni. W obszarach danych konsumenckich czy społecznościowych kooperatywy danych powinny być traktowane priorytetowo wobec prywatnych silosów cyfrowych gigantów.

Czytaj też: Francja chce podatków od Facebooka, Google i Apple

Trusty danych

Alternatywnym modelem, szczególnie w przypadku danych publicznych lub zbieranych przez firmy, są trusty danych. Oryginalna koncepcja zakładała skorzystanie z prawnej formy trustu (zarządu powierniczego), unikalnej dla anglosaskiego porządku prawnego (precedensowego). W uogólnionej formie trust danych to wielostronna umowa powierzenia danych o powtarzalnym charakterze, nakładająca określone obowiązki na powiernika. Standardowe procedury przetwarzania danych (np. opisu, przesyłania, dostępu przez API, opłat) i odpowiedzialność prawna mają służyć budowie stabilnej i sprawnej instytucji nowego typu.

Pilotaże prowadzone przez Innovate UK w ramach brytyjskiej strategii przemysłowej badały funkcjonowanie trustów danych w trzech obszarach: danych miejskich, ochrony przyrodniczej oraz sprzedaży i marnowania żywności. Wyniki i zainteresowanie kolejnych podmiotów wskazują, że taki model ma przyszłość. I chociaż jednym ze spostrzeżeń jest fakt, że forma trustu nie może sprostać wymaganiom, to nazwa (kojarząca się z ang. trust – zaufaniem) jest dziś nadawana wielu podobnym eksperymentom.

Czytaj też: Bruksela kontra koncerny technologiczne

Publiczne gospodarowanie danymi

Nie da się jednak zignorować głosów sceptycznych. Nawet oddolne kooperatywy i fundowane dobrowolnie trusty mogą być zbyt słabą przeciwwagą dla kapitalizmu kognitywnego. Dla logiki nadzoru i ekstrakcji przeciwwagą jest poszerzanie sfery publicznej, złożonej z powszechnych instytucji i dóbr wspólnych. Ekspansji kapitału towarzyszy bowiem chroniczne niedofinansowanie i marna jakość usług publicznych – administracji, zdrowia, edukacji czy transportu publicznego.

Niestety, wiele zasobów wiedzy jest przez sektor publiczny niewykorzystywanych. Być może jednak oczekiwanie od NFZ czy Ministerstwa Zdrowia innowacyjnego podejścia do danych jest po prostu błędem. Efektywniejsze byłoby przeniesienie zasobów do publicznego banku danych, którego jedynym zadaniem byłoby takie zarządzanie dostępami i bezpieczeństwem, by respektować potrzeby obywateli, zarazem umożliwiać prowadzenie prac badawczo-rozwojowych i tworzenie rozwiązań AI (sztucznej inteligencji). Taki kierunek w długim okresie zmniejszy koszty przez automatyzację świadczeń, ale też stworzy warunki do realizacji potrzebnej Polsce „Polityki AI” lub innej strategii rozwoju gospodarczego w XXI w.

Publiczne gospodarowanie (stewardship) danymi musi stać się podstawą do zaoferowania usług publicznych nowej generacji. Co oznacza demontaż państwa opiekuńczego czy „imposybilizm”. Innowacje zyskają na znaczeniu, jeśli będą rozwiązywać realne problemy społeczne, a nie służyć nakręcaniu konsumpcyjnej spirali. Nowa rozdzielczość aparatu w smartfonie i sprawniejszy podsłuch Alexy to kpina, kiedy powszechna służba zdrowia nie korzysta z telemedycyny, szkoły nie dysponują spersonalizowanymi narzędziami edukacyjnymi, a miasta nie korzystają z bogactwa informacji do rozwiązania problemu odpadów czy smogu.

Czytaj też: Facebook zmienił kolor i nie tylko

Uspołecznić dane

Jednocześnie na arenie krajowej i w ogóle europejskiej muszą pojawiać się progresywne regulacje nakazujące przekazanie kontroli nad danymi odpowiednim instytucjom. Uspołecznienie danych przez przekazanie opieki nad nimi bankom danych, trustom czy spółdzielniom powiążmy z głosem właściciela-obywatela w sprawie ich wykorzystania. Nowy ekosystem zaufania ma stanowić o naszej sile negocjacyjnej w gospodarce cyfrowej – ale nie bez powodu wymaga zaufania. Nadzór społeczny i demokratyczne zarządzanie własnym „śladem cyfrowym” to druga strona tego medalu.

Czytaj też: Apple ucieka na boki. Idzie w usługi, strach się bać?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

Hiroszima i Nagasaki – trauma Japonii

Ameryka przeczytała opis skutków zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę dopiero w rok po fakcie. Dla Japończyków to symbol narodowego męczeństwa. Wolą jednak nie rozpamiętywać, jaka droga zaprowadziła Japonię ku tragedii.

Adam Szostkiewicz
06.08.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną