Nauka

Ile osób zabije wagonik? Dwie odmienne metody na wirusa

Metro w Nowym Jorku, opustoszałe z powodu pandemii koronawirusa Metro w Nowym Jorku, opustoszałe z powodu pandemii koronawirusa Starmax / Backgrid / Forum
Na naszych oczach odbywają się dwa wielkie eksperymenty, od których zależą losy i życie setek milionów ludzi.

Dylemat wagonika to znany od lat w psychologii i filozofii eksperyment myślowy. Ma on różne warianty, ale nam wystarczy następująca wersja: wyobraź sobie, że nagle znalazłeś się przy zwrotnicy kolejowej, do której nadjeżdża rozpędzony wagon. Jeżeli nic nie zrobisz, wjedzie on (z łatwym do przewidzenia skutkiem) w grupę 10 osób przywiązanych do torów niedaleko za zwrotnicą. Ale możesz ją szybko przestawić, tylko że wtedy wagonik zabije trzy osoby unieruchomione na sąsiednim torze. Co zrobisz?

Dylemat wagonika pasuje do sytuacji, w której się znaleźliśmy w związku z pandemią Covid-19. Decydenci, m.in. w Polsce, zostali przez los obsadzeni w roli zwrotnicowych. Tyle że stoją oni (a właściwie stali, bo zwrotnice już musieli przestawić) przed jeszcze gorszym dylematem. Wiedzą tylko tyle, że wirus SARS-CoV-2, jak ów wagonik z eksperymentu myślowego, pędzi i będzie zabijał. Ale nie wiedzą, ile osób znajduje się na jednym torze, ile na drugim ani gdzie się one dokładnie znajdują. Co więcej, być może takie zwrotnice będą musieli przekładać jeszcze raz.

Czytaj też: Dwie Polki na serio rozpracowują SARS-CoV-2. Czy im się uda?

Ryzykowna Szwecja w obliczu pandemii

Dylemat wagonika to analogia do sytuacji, w której rządy musiały wybrać jedną z dwóch (z grubsza, bo są pewne niuanse) metod walki z koronawirusem: restrykcyjną, polegającą na minimalizacji międzyludzkich kontaktów (dystansowanie społeczne), skutkującą potencjalnymi ofiarami kryzysu gospodarczego i społecznego (problemy edukacji, psychologiczne, przemoc domowa etc.). Tą drogą poszła m.in. Polska, podobnie jak większość państw zmagających się z epidemią koronawirusa.

Inny sposób chciała wybrać m.in. Wielka Brytania, ale w Unii Europejskiej na placu boju pozostała na tym polu tylko Szwecja. Szkoły i przedszkola pozostają tam otwarte, jak również (choć z pewnymi obostrzeniami) kawiarnie i restauracje. Działają też m.in. kurorty narciarskie, a stoki są podobno zapełnione. Jedynie nie wolno organizować imprez powyżej 50 osób, a społeczeństwo – zwłaszcza jego starsi członkowie – otrzymało specjalne zalecenia, jak się zachowywać. Władze szwedzkie uznały bowiem epidemię za zjawisko, którego nie da się powstrzymać. Spora część społeczeństwa musi się więc uodpornić na wirusa, po prostu zakażając się nim, dzięki czemu przerwane zostanie jego rozprzestrzenianie – szacuje się, że tzw. odporność zbiorowa w przypadku SARS-CoV-2 wynosi 40–70 proc. populacji (ale dokładny procent nie jest jeszcze znany). Świat będzie więc bacznie się przyglądał, co z tego wyniknie, gdyż sąsiednie kraje – Dania, Norwegia i Finlandia – poszły drugą, rygorystyczną ścieżką.

Covid-19, choroba medialna

Te dwa podejścia wynikają z podziału wśród ekspertów doradzających odmienne strategie walki z pandemią. „Optymiści” (czyli opowiadający się za modelem szwedzkim) są mniej liczni, ale nie da się ich głosu i argumentów zbagatelizować. Należy do nich m.in. prof. John Ioannidis ze Stanford University School of Medicine, ceniony naukowiec, epidemiolog i specjalista od analizy danych, nazywany „biczem na niechlujną naukę”. Niedawno pisaliśmy o jego opublikowanym w internecie tekście. Wywołał on burzę i falę krytyki (oraz pochwał), ale autor zdania nie zmienił, a jego opinia przybrała właśnie formę publikacji naukowej pod wiele mówiącym tytułem: „Choroba koronawirusowa 2019: szkody z powodu wyolbrzymionych informacji i działań niepopartych dowodami”, która ukazała się na łamach „European Journal of Clinical Investigation”.

Ioannidis usystematyzował tam to, co wcześniej przedstawił w publicystycznej formie, oraz dodał pewne nowe informacje. Jak pisze, nie ma przekonujących dowodów, że rozprzestrzenianiu się wirusów takich jak SARS-CoV-2 przeszkodzi zamykanie granic i dystansowanie społeczne, gdyż najefektywniejsze wydają się proste zabiegi higieniczne (np. mycie rąk) oraz chronienie osób w wieku 60 plus. Nie wiadomo też, jaki procent populacji ulegnie zakażeniu ani ile osób wirus zabija, bo wskaźnik śmiertelności może być mniejszy niż 1 proc. albo niewiele większy od sezonowej grypy, czyli 0,1 proc. zakażonych, co sugerują dane z Korei Południowej i Niemiec (odpowiednio 0,7 i 0,2 proc.). Najnowsze szacunki naukowców, których Ioannidis jeszcze nie znał, mówią o śmiertelności na poziomie 0,66 proc.

Czytaj też: Mało zgonów w Niemczech, dużo we Włoszech. Skąd różnice?

Amerykański uczony odnosi się również do opinii głoszącej, iż mamy do czynienia z epidemią, która zdarza się raz na stulecie, w związku z czym reakcje na nią, nawet radykalne działania, są usprawiedliwione. Według niego rzeczywiście epidemia jest bezprecedensowa, ale pod względem uwagi, jaką poświęcają jej media i ludzie. Wstukanie w przeglądarkę Google’a hasła „coronavirus” przynosi ponad 3,5 mld wyników. Znacznie więcej niż hasło „grypa”, choć choroba ta w tym sezonie (jesień–wiosna) już zabiła sto razy więcej ludzi niż SARS-CoV-2. A w ogóle to inne koronawirusy, poza SARS i MERS, prawdopodobnie zainfekowały w niedawnej przeszłości miliony osób, a tysiące zabiły. Jednak dopiero w tym roku media odnotowują każdy nowy zdiagnozowany przypadek zakażenia i zgonu z powodu Covid-19.

Ioannidis ponownie więc pyta, czy w kontekście braku rzetelnych danych na pewno podejmujemy słuszną decyzję, zamykając ludzi w domach, co najprawdopodobniej doprowadzi do ogromnego kryzysu społeczno-gospodarczego o nieprzewidywalnych negatywnych skutkach, włącznie z upadkiem systemów demokratycznych. I odwołuje się do argumentu pasującego do wspomnianego dylematu wagonika: na szali mamy chorobę, która prawdopodobnie będzie odpowiadać za 0,01 proc. spośród 60 mln zgonów, do których dochodzi rocznie na świecie.

Czytaj też: Ile państw, tyle strategii przetrwania

A gdyby szwedzki model zastosować w Polsce

Pesymiści odpowiadają na to: poczekajmy i zobaczymy, jak rozwinie się sytuacja w Szwecji. A nawet jeśli pozytywnie, to czy da się przenieść doświadczenia tego kraju gdzie indziej, skoro występują różnice kulturowe (zdyscyplinowane, zamożne, postprotestanckie szwedzkie społeczeństwo), jest spory procent samotnych gospodarstw domowych i tylko kilka dużych aglomeracji miejskich, a służba zdrowia bardzo sprawnie działa. Na ten ostatni czynnik „pesymiści” kładą szczególny nacisk: radykalne ograniczenie kontaktów międzyludzkich prowadzi do spłaszczenia krzywej zachorowań, a tym samym odciąża służbę zdrowia, która zawaliłaby się pod naporem pacjentów wymagających hospitalizacji i respiratorów.

Czytaj też: Czy szczepionka BCG chroni przed koronawirusem?

Spróbujmy to (bardzo z grubsza) policzyć na przykładzie Polski: załóżmy, że osiągnięcie odporności zbiorowej wymaga zakażenia się wirusem 60 proc. mieszkańców kraju, czyli prawie 23 mln osób. 8 proc. z nich (ile dokładnie, nie wiadomo – może mniej, może więcej) będzie wymagało pomocy szpitalnej, co da nieco ponad 1,8 mln ludzi. Z tego koło jednej piątej (prawie 365 tys.) prawdopodobnie musiałoby otrzymać intensywną opiekę medyczną, chodzi m.in. o respiratory. Oczywiście wszyscy ci ludzie nie zachorowaliby w jednym momencie, ale nie wiadomo, jak szybko rozprzestrzenia się wirus przy takich obostrzeniach, jakie wprowadzono w Szwecji.

Czytaj też: Respirator to ostatnia szansa na życie. Jeśli szpital go ma

Tymczasem dysponujemy w Polsce 190 tys. łóżek szpitalnych, a respiratorów mamy ponad 10 tys. Te liczby pokazują, abstrahując od ogólnej złej kondycji rodzimej służby zdrowia, iż najprawdopodobniej zawaliłaby się pod ciężarem tylu chorych. No i ofiary śmiertelne koronawirusa: zakładając, że zabija on 0,5 proc. zakażonych, mielibyśmy 114 tys. zgonów. W Polsce rocznie umiera ponad 400 tys. osób, więc nawet jeśli część z owych potencjalnych ofiar koronawirusa i tak, z racji wieku i chorób, by umarła, to odnotowalibyśmy co najmniej kilkadziesiąt tysięcy dodatkowych zgonów (nie licząc ofiar paraliżu służby zdrowia).

Problem w tym, odpowiedzą „optymiści”, że takie wyliczenia opierają się na mocno niepewnych danych, więc scenariusze rozwoju sytuacji mogą być różne. Stąd w Wielkiej Brytanii mamy dwie konkurencyjne analizy oparte na modelach matematycznych: jedną z Imperial College London („pesymiści”), a drugą z Oxford University („optymiści”).

Jak zatrzymać tę pandemię

Podobne różnice zdań wśród ekspertów można dostrzec w Polsce. W niedawnej rozmowie z tygodnikiem „Do Rzeczy” prof. Włodzimierz Gut – doradca Głównego Inspektora Sanitarnego, który uczestniczył w tworzeniu laboratoriów referencyjnych Światowej Organizacji Zdrowia w związku z programami zwalczania polio oraz eliminacji odry, uznany autorytet w dziedzinie wirusologii i wakcynologii – przedstawia opinie częściowo zbieżne z poglądami prof. Johna Ioannidisa. „Koronawirus trafił w dość sprzyjającą sytuację, zarówno polityczną, jak i ekonomiczną, dlatego został zauważony. Jest śledzony każdy jego krok – pozostałych wirusów nie. Trudno powiedzieć, co by się stało, gdybyśmy go nie zauważyli. Prawdopodobnie zauważylibyśmy wzrost liczby przeziębień. W Polsce w tym roku prawie 2,5 mln osób zachorowało na grypę i infekcje grypopodobne, jednak w większości przypadków nie wiadomo, jaki wirus był przyczyną” – mówi prof. Gut.

Co w tej sytuacji ma myśleć zwykły Kowalski, do którego docierają tak odmienne opinie? Świetnie spuentował to publicysta brytyjskiego „Guardiana” Simon Jenkins. „Moja żona i ja dzielimy się tymi samymi informacjami, słuchamy tych samych wiadomości i czytamy te same artykuły. Ale ja jestem optymistą, a ona pesymistką. Ja myślę, że moglibyśmy trzymać się modelu szwedzkiego. Sądzę też, że kryzys minie za trzy tygodnie. Ona wierzy, że potrwa miesiące. Nie pomaga nam to, że każde z nas ma naukowców po swoje stronie” – napisał w niedawno opublikowanym artykule.

Jedno wydaje się wszak pewne. Wagonik z wirusem SARS-CoV-2 już pędzi po torach i dopiero za kilka tygodni lub miesięcy dowiemy się, ile ofiar pochłonęło przestawienie zwrotnicy w jedną lub drugą stronę. Aczkolwiek w tym okresie wielkiej niepewności przydałoby się w Polsce przynajmniej ogłoszenie przez władze (z pomocą ekspertów) możliwie precyzyjnego planu na przyszłość. Jak długo mamy siedzieć w domach i jak będzie rozluźniana polityka izolacji społecznej? Bo kiedyś przecież będziemy musieli zacząć wychodzić, chyba że chcemy doprowadzić do zawalenia się gospodarki i kryzysu społecznego na nieznaną skalę. Ponadto bez szczepionek i skutecznych leków, które zapewne szybko się nie pojawią, epidemia, choć przygaszona na chwilę, i tak powróci. Innymi słowy: nie ma na razie skuteczniejszej metody walki z wirusem niż uzyskanie odporności zbiorowej, czyli de facto zakażenie ponad połowy Polaków, jeśli chcemy wrócić do w miarę normalnego życia. Może więc nas czekać kolejne przestawianie zwrotnicy.

Czytaj też: Śmiertelne żniwo koronawirusa

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Butelki z benzyną w formacie JPG, czyli sztuka protestu

Od kilkunastu lat chodzę na demonstracje dopominające się o prawa kobiet czy mniejszości. Grzecznie już było – mówi grafik Jarek Kubicki, twórca plakatów, które stały się wizualnymi symbolami obecnego protestu.

Jakub Knera
28.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną