Nauka

Indie, Emiraty, Chiny. Znów ruszył wyścig na Marsa

Tianwen-1 to chińska sonda, która wystartowała z chińskiego kosmodromu na pokładzie chińskiej, ciężkiej rakiety nośnej Wielki Marsz 5, 23 lipca 2020 r. Tianwen-1 to chińska sonda, która wystartowała z chińskiego kosmodromu na pokładzie chińskiej, ciężkiej rakiety nośnej Wielki Marsz 5, 23 lipca 2020 r. China Daily / Reuters / Forum
Wyścig w kosmos to być może pokojowy element nowej zimnej wojny między USA a Państwem Środka. Chiny rzuciły rękawicę: 23 lipca samodzielnie wysłały na Marsa sondę Tianwen-1.

Chińska sonda Tianwen-1 wystartowała z kosmodromu na pokładzie ciężkiej rakiety nośnej Wielki Marsz 5. Ma wylądować na Marsie i wyładować pojazd kołowy, który zbierze próbki do analizy, wykona zdjęcia i przeprowadzi inne eksperymenty. Ot, nowoczesny Łunochod, legendarny radziecki zdalnie sterowany pojazd, który jeździł po Księżycu w pierwszej połowie lat 70. Dokładnie rzecz biorąc, łunochody były cztery: jeden rozbił się po awarii rakiety nośnej, dwa kolejne dotarły do celu (pierwszy jeździł po Srebrnym Globie od listopada 1970 r. do września 1971, drugi od stycznia do maja 1973). Trzeci nie poleciał nigdzie, bo zabrakło pieniędzy. Stoi w Muzeum w Instytucie Ławoczkina w podmoskiewskich Chimkach, gdzie został zbudowany.

Doświadczenia z Łunochodem znalazły zaskakujący finał – w 1986 r. ściągnięto z emerytury jego konstruktorów, którzy w dwa tygodnie zaprojektowali specjalny pojazd STR-1 oparty na elementach Łunochoda. Dwa takie zdalnie sterowane pojazdy dostarczono 15 lipca 1986 r. do Czarnobyla, gdzie przez pewien czas skutecznie usuwały silnie napromieniowane szczątki z dachu zniszczonego reaktora. Promieniowanie ostatecznie je zabiło, niszcząc układy elektroniczne.

Czytaj też: Rosjanie chcą wysyłać turystów w kosmos

Chińczycy też chcą wylądować na Marsie

Pomysł budowy pojazdu do eksploracji Księżyca czy innego ciała niebieskiego szybko podchwycili Amerykanie. Ich maszyną był rover, czyli łazik. Rosjanie też chcieli stworzyć taki pojazd, konstruując Marsochoda na początku lat 90. Z powodu krachu gospodarczego nigdy nie poleciał w kosmos. Poleciał za to jego amerykański odpowiednik Sojourner, o czym dalej. Teraz własnego Marsochoda stworzyli Chińczycy. Chcą wylądować w lutym 2021 r. Co z tego wyjdzie, zobaczymy.

Starsi czytelnicy być może pamiętają, że w pierwszej połowie lat 70. w Polsce (i nie tylko) Łunochoda otaczał istny kult. Sprzedawano imitujące go zabawki na baterie, a nieodżałowanej pamięci Adam Słodowy pokazywał w programie „Zrób to sam”, jak zbudować prosty model, wykorzystując opakowanie po maśle roślinnym, z pokrywką imitującą baterię słoneczną i ośmioma zakrętkami w roli kół. Jako dziesięciolatek miałem model, wykonany z ojcem, inżynierem i modelarzem, i zabawkę, którą z ZSRR przywiozła mi matka, wysłana do Kraju Rad na wycieczkę w nagrodę za trudy nauczania dzieci w fabrycznej wówczas Łodzi.

Czytaj też: Jak astronauci zaspokajają codzienne potrzeby

Dlaczego wszystkim tak marzy się Mars?

Mars kusi ludzi od momentu, gdy zaczęli myśleć o podróżach w kosmos. W połowie XIX w. wyobrażano sobie, że panują na nim warunki znośne do funkcjonowania dla organizmów żywych, a być może jest tam życie. Stąd popularne niegdyś określenie kosmitów: Marsjanie. Astronauci obserwujący Marsa przez lunety odkryli na jego powierzchni proste linie, nazwali je „kanałami marsjańskimi”. Sądzili, że to sztuczne twory zbudowane właśnie przez obcą cywilizację. Domniemania jeszcze podsycił George Wells, który pod koniec XIX w. napisał powieść „Wojna światów” z motywem Marsjan dokonujących inwazji na Ziemię. Radiowa emisja powieści kilkadziesiąt lat później wywołała w USA potężną panikę. Jak widać, już wtedy fikcja mieszała się ludziom z rzeczywistością.

Mija niemal równo 55 lat od chwili, gdy obalono mit kanałów marsjańskich. Amerykańska sonda kosmiczna Mariner 4 przeleciała blisko planety 14 i 15 lipca 1965 r., wykonując całkiem niezłe zdjęcia. Okazało się, że kanały to długie cienie licznych kraterów, układających się w równoległe linie.

Czytaj też: Kosmos dla każdego

Lądowanie w Roswell i w Garwolinie

Pierwszą próbę dotarcia na Marsa podjęli Rosjanie w końcu lat 50. Wszyscy chcieli się przekonać, czy obca cywilizacja naprawdę tam istnieje, żywo i całkiem serio o tym wówczas dyskutowano. Zainteresowanie podsycał mit o tym, że Amerykanie schwytali kosmitów, którzy rozbili się statkiem 2 lipca 1947 r. w okolicy Roswell w Nowym Meksyku. Pod bazą lotniczą US Army Air Force faktycznie rozbił się jakiś obiekt latający lub spadł wielki meteoryt, a że w bazie stacjonowała 509. Grupa Bombowa płk. Paula Tibbetsa, która dwa lata wcześniej zrzuciła dwie bomby na Japonię, to sprawę natychmiast utajniono. Opowieści o więzieniu Marsjan w „Strefie 51”, tajnej bazie Groom Lake w Nevadzie, można oczywiście włożyć między bajki. Ale do dziś nie wiadomo, co łupnęło w ziemię pod Roswell.

W latach 50. i 60. rozpalało to ludzką wyobraźnię. Swoją drogą, wyśmiewała się z tego Joanna Chmielewska w opowiadaniu „Lądowanie w Garwolinie” o tym, jak obcy (odgrywani przez dziennikarzy lokalnej gazety) przybywają do tytułowego miasta.

Czytaj także: 50 lat temu człowiek wylądował na Księżycu! Przeżyj to jeszcze raz

Do Marsa w pół roku

Sprawdzić, co na Marsie piszczy, chciał Nikita Chruszczow. 10 października 1960 r. Rosjanie wystrzelili rakietę Mołnia (rozwinięcie słynnego Wostoka) z sondą Mars-1M. Przedsięwzięcie jest niełatwe, bo na Marsa wiedzie daleka droga. Planeta najbliżej do Ziemi podchodzi na ok. 57 mln km raz na kilkadziesiąt lat (wynika to z kształtu orbit obu planet). Gdyby pędzić do Marsa samochodem z prędkością 120 km/h, zajęłoby to 475 tys. lat. Poruszające się z prędkością kilkunastu kilometrów na sekundę rakiety lecą do celu ponad pół roku, ale nawigacja to koszmar: to sztuka trafić w niewielką, cały czas pędzącą przez kosmos planetę.

Przy pierwszej próbie przez wibracje rakiety uszkodziły się delikatne żyroskopy bezwładnościowego systemu nawigacji kosmicznej. Maszyna zgłupiała, zanim opuściła orbitę okołoziemską. Spadła zaledwie 4,8 tys. km od miejsca startu. Dopiero czwarta próba 1 listopada 1962 r. częściowo się powiodła. Sonda Mars 2MW-4 odleciała od Ziemi na niemal 107 mln km i podeszła do Marsa na 193 tys. km. A potem utracono z nią łączność.

Czytaj też: I ty możesz polecieć na Marsa. Kiedy i jak?

Amerykanie i Rosjanie ścigają się na Marsa

Do akcji wkroczyli Amerykanie. Pierwsza próba odpalenia sondy Mariner 3, przeprowadzona 5 listopada 1964 r., nie udała się przez awarię drugiego stopnia rakiety Atlas-Agena. Swoją drogą pierwszy stopień, Atlas, był zarazem pierwszą amerykańską wojskową i międzykontynentalną rakietą balistyczną. Ale o konstrukcji tak lekkiej, że nie wytrzymałaby oporu powietrza w locie przez atmosferę. Dlatego pompowano ją paliwem pod ciśnieniem – jak piłkę. Paliwo się zużywało i rakieta wiotczała niczym przedziurawiony balon, gdy powietrze na zewnątrz rozrzedzało się wraz ze wzrostem wysokości. Zdarzało się, że rakiety Atlas efektownie wybuchały po starcie, ale znajdowali się odważni astronauci latający na nich w kosmos na pierwszych statkach Mercury.

Kolejny sukces znów odnieśli Rosjanie, którzy nie szczędzili rubli na takie wyczyny. Z pomocą nowej rakiety nośnej Proton K 19 maja 1971 r. wysłali sondę Mars-2 (dwójka w nazwie wzięła się wyłącznie ze względów propagandowych, w rzeczywistości nie była druga, lecz późniejsza) i pomyślnie ustawili ją na orbicie wokół Marsa 27 listopada. Ruszył wyścig o to, kto pierwszy na nim wyląduje.

Mars-2 był skonstruowany tak jak dzisiejsza chińska sonda – miał moduł orbitalny i oddzielony od niego moduł lądownika. Ten drugi zawiódł, dlatego odtrąbiono tylko jeden sukces. Ale Breżniew nie był głupi. Na Marsa wysłano nie jedną, a dwie rakiety z identycznymi sondami. Druga wystartowała 28 maja 1971 r., leciały jedna za drugą, po sznurku. Mars-3 wszedł na orbitę 3 grudnia 1971 r. i tego samego dnia pomyślnie wylądował. W 1971 r. Amerykanie chodzili więc po Księżycu, a sowiecki automatyczny statek znalazł się na Marsie, mając na pokładzie komputer o możliwościach wielokrotnie mniejszych niż smartfon.

Amerykanie nadrabiali. Ich Mariner 9, który wystartował na rakiecie Atlas-Centaur 30 maja 1971 r., wszedł pomyślnie na orbitę Marsa 14 listopada 1971 r. Wystartował więc ciut później, ale dotarł nieco szybciej. Tyle że wylądował na powierzchni planety pięć lat po ZSRR – 20 lipca 1976 r.

Kolejny kosmiczny przełom nastąpił 5 lipca 1997 r., gdy z amerykańskiego lądownika wyjechał na Marsa Sojourner, zdalnie sterowany łazik elektryczny, zasilany bateriami słonecznymi. Zbudowała go firma McDonnell Douglas, którą Boeing wchłonął już w 1996 r. Rakieta nośna Delta II, niosąca statek-lądownik Mars Pathinder z łazikiem, wystartowała 6 grudnia 1996 r.

Na początku XXI w. NASA przeprowadziła dwie kolejne misje z łazikami marsjańskimi, tym razem zaprojektowanymi przez najzdolniejszych studentów w ramach programu „Mars Exploration Rover” (MER). Po Marsie jeździły MER-A Spirit i MER-B Opportunity, oba wyniesione rakietami Delta II. Na Czerwonej Planecie wylądowały w styczniu 2004 r.

Czytaj też: Trump, Chińczycy, Rosjanie chcą na Marsa

Marzenie o podboju kosmosu w XXI w.

Na Marsa chce lecieć każde państwo pretendujące do roli mocarstwa. Do gry wrócili Rosjanie, a Europejskiej Agencji Kosmicznej udało się 25 grudnia 2003 r. umieścić na orbicie planety statek Mars Express. Zainwestowali w niego głównie Niemcy, Włosi i Francuzi, a wejście na orbitę pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia było możliwe, bo do Marsa dotransportowali go Rosjanie własną rakietą Sojuz FG z modułem marszowym Fregat. Co ciekawe, Mars Express krąży po orbicie do dziś i będzie krążył do 2026 r., wciąż przesyła cenne obserwacje i dane.

Kto by się spodziewał, że następne do wyścigu staną Indie? 24 września 2014 r. umieściły na orbicie Marsa opracowany u siebie statek kosmiczny Mangalyaan. Zaniosła go tam 5 listopada 2013 r. również opracowana w Indiach rakieta nośna Polar Satellite Launch Vehicle (PSLV).

Teraz na Marsa wybrali się kolejni gracze. Chiny już w 2007 r. podpisały z Rosjanami układ o wysłaniu na jego orbitę pierwszej własnej sondy Yinghuo-1. Na Czerwoną Planetę miała ją doprowadzić rosyjska rakieta Zenit 2. Wystartowała 8 listopada 2011 r., zabierając także swój statek-lądownik Fobos-Grunt, który chciał po raz pierwszy w dziejach wylądować na Fobosie, księżycu Marsa. Awaria drugiego stopnia rakiety nośnej sprawiła, że cały zestaw nie oddalił się przesadnie od Ziemi i wpadł do Pacyfiku.

Czytaj też: Dlaczego człowiek radziecki nie poleciał na Księżyc?

Chińczycy i nadzieja z Emiratów

Chińczycy się zezłościli i zaczęli działać sami. Technologia, rozbudowane systemy teleinformatyczne pozwalające rozwiązywać precyzyjnie bardzo skomplikowane zadania nawigacyjne w przestrzeni kosmicznej, ale też umożliwiające trójwymiarowe projektowanie, symulowanie, modelowanie i wyliczanie, bardzo ułatwiają zadanie. Orbiter Tianwen-1 opracowany pod egidą Chińskiej Agencji Kosmicznej składa się z trzech głównych modułów: orbitalnego, który ma wejść na orbitę, wykonywać zdjęcia i dokonywać pomiarów, m.in. promieniowania. Drugi moduł to lądownik, który ma na pokładzie... marsjańskiego łazika! Po lądowaniu wypuści go na spacer.

Chińczycy chcą więc przejść wszystkie trzy etapy podboju Marsa w ramach jednej misji. Wszystko starannie zaprojektowali, przebadali i ruszyli. Całość wystartowała na ich własnej potężnej rakiecie o wielkiej nośności, znanej jako Chang Zheng 5, czyli Długi Marsz 5 (na pamiątkę prowadzonego przez Mao Tse Donga marszu Chińskiej Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej z prowincji Jiangxi w południowo-wschodnich Chinach do Chin północno-zachodnich od października 1934 r. do października 1935 r.). Rakieta wystartowała z kosmodromu Wenchang na wyspie Hainan.

Szczerze mówiąc, obserwuję misję z wielką ciekawością, ale i dużym niepokojem. Jest to bowiem kolejny sygnał, że Chiny doganiają Amerykanów na różnych polach rozwoju technologicznego i cywilizacyjnego. Dzięki pracowitości, nauce i coraz większym inwestycjom w rozwój stają się coraz silniejszym, a przez to coraz groźniejszym mocarstwem.

Własną sondę marsjańską zafundowały sobie także Zjednoczone Emiraty Arabskie. Znacznie mniej ambitną, bo Al-Amal (nadzieja), która wystartowała 19 lipca 2020 r. na pokładzie japońskiej rakiety nośnej H-IIA z japońskiego kosmodromu Tanegashima, ma tylko wejść na orbitę. Wkrótce zrobi się tu ciasno.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Gdzie na świecie aborcja jest legalna, a gdzie kobiety muszą ją wykonywać w podziemiu?

Co roku na świecie dokonuje się ponad 40 mln aborcji – głównie w tych krajach, gdzie poziom wiedzy na temat antykoncepcji jest niski.

Redakcja
22.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną