Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Nauka

Wirus zbiera żniwo, a władza śpi. Potrzeba radykalnych działań

Zatłoczony przystanek w Warszawie. Październik 2021 r. Zatłoczony przystanek w Warszawie. Październik 2021 r. Martyna Niecko / Agencja Gazeta
Czy kiedy za miesiąc dobijemy do poziomu 30 tys. zakażeń koronawirusem na dobę, rząd wreszcie wprowadzi regionalne obostrzenia, czy też postanowił kierować się logiką szwedzką?

Liczba nowych zakażeń – tylko tych uwzględnianych w raportach Ministerstwa Zdrowia – osiąga co tydzień coraz wyższy pułap. Od końca wakacji notowaliśmy już tysiąc przypadków dziennie, 5 tys., teraz jest ponad 8 tys. Czy kiedy za miesiąc dobijemy do poziomu 30 tys., rząd wreszcie wprowadzi regionalne obostrzenia, czy też postanowił kierować się logiką szwedzką?

Dziesiątki tysięcy zakażeń dziennie

Kiedy kończyło się lato i dzieci miały rozpocząć stacjonarną naukę w szkołach, wielu ekspertów przewidywało skokowy wzrost liczby nowych zakażeń koronawirusem w drugiej połowie września. Mimo to przez pierwszy miesiąc po powrocie z wakacji pandemia, tzw. jej fala jesienna, rozpędzała się powoli. Ministerstwo Zdrowia, bazując m.in. na prognozach Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego Uniwersytetu Warszawskiego (ICM UW), spodziewało się pod koniec października ok. 5 tys. przypadków. Dziś dr Franciszek Rakowski, kierownik zespołu covidowego z ICM UW, przyznaje w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że najprawdopodobniej nie doszacowano wpływu zachowań studentów.

Czytaj też: Gdzie lockdown? Koronawirus rozpędza się w Europie

Wrocławski MOCOS (Modelling Coronavirus Spead) był bardziej trafny. Cztery tygodnie temu na swoich wykresach podawał na 30 października liczbę 9121 możliwych zakażeń (jako prognozowaną średnią z bieżących wyliczeń). Ale szef tej grupy prof. Tyll Krüger już w sierpniu zapowiadał, że późną jesienią czeka nas zwyżka zakażeń do 30–40 tys. (dziś matematycy z UW też mówią o 37–40 tys. w szczycie fali, czyli w połowie grudnia).

Gdyby resort zdrowia i rząd zaufały tym złowieszczym, ale chyba właściwym prognozom, już dawno należało podjąć radykalne kroki, by do tego nie dopuścić. Nic takiego się nie stało, ponieważ dla premiera, który najwyraźniej uznaje swoją Radę Medyczną za grono dekoracyjne, ważniejsze były kalkulacje polityczne i odstąpienie od restrykcji, by nie podburzać własnego elektoratu.

Rząd wzbrania się przed restrykcjami

Mimo wzrostu liczby zakażeń pandemia tej jesieni wygląda zupełnie inaczej niż o tej samej porze rok temu. Wskaźniki są mniej więcej o połowę niższe (w ostatnim tygodniu października 2020 r. rejestrowano codziennie odpowiednio: 16 300, 18 820, 20 156, 21 629 zakażeń). Nie było jednak osób zaszczepionych, a i grupa ozdrowieńców była dużo skromniejsza. Warto też pamiętać, że odporność po przechorowaniu infekcji covid nie trwa wiecznie, podobnie jak mniej więcej po pół roku wyczerpuje się poziom przeciwciał poszczepiennych, chroniących w pełni przed ciężkim przebiegiem zakażenia.

Różnica między jesienią tegoroczną i ubiegłoroczną polega też na obecności wariantu delta koronawirusa (a od niedawna również delta plus) – bardziej zakaźnego, który nie był rozpowszechniony w Polsce w 2020 r. Delta wywołuje poważniejszy przebieg choroby niż zeszłoroczna odmiana, więc należy się liczyć z potrzebą wykorzystania większej liczby respiratorów.

Ale porównując ze sobą te dwa sezony jesienne, najgorzej wypadają nasze codzienne zachowania. Nie mamy teraz lockdownu, kluby, szkoły i uniwersytety są otwarte, restauracje i sklepy właściwie zwolniły klientów z wszelkich restrykcji, kina i teatry pracują pełną parą. Wirus ma więc doskonałe warunki do rozprzestrzeniania, a ponieważ na ścianie wschodniej i południowej wiele osób niezaszczepionych należy przeważnie do starszego pokolenia, zaś w dużych miastach poziom wyszczepienia w najlepszym razie nie przekracza 65 proc. (co przy wariancie delta nie zapewnia gwarancji odporności zbiorowej) – trzeba się przygotować na dalsze wzrosty zakażeń.

Decyzje, które mogły ten scenariusz udaremnić, niestety nie zapadły wcześniej. Trudno nawet napisać, że rząd właściwy czas na to przespał – według mnie on nie zrobił nic z rozmysłem, kierując się chłodną kalkulacją, że nie pora rozdrażniać swoich niezaszczepionych wyborców, zmęczonych lockdownem. Gdyby premier i minister zdrowia byli konsekwentni, czyli zrobili to, co zapowiadali latem – na tzw. wschodniej ścianie mielibyśmy już dzisiaj powiaty w żółtej, a może i czerwonej strefie. A do sklepów, pociągów i urzędów publicznych nie wolno byłoby nikomu wchodzić bez założonej maski.

Czytaj też: Kogo „złapie” delta? Jest superszybka

Covid pędzi. Ludzie muszą mieć wyobraźnię

Nie żyjemy w kraju, w którym władza – nawet autorytarna – miałaby posłuch w społeczeństwie. Najwyraźniej nawet wierni wyborcy Prawa i Sprawiedliwości – co chyba najboleśniej musi odczuwać minister zdrowia Adam Niedzielski, z marsową miną przypominający na niemal codziennych konferencjach prasowych o zasadach bezpieczeństwa – nie są skłonni respektować rządowych zaleceń. Tak wynika z oglądu map, na których prezentowane są wskaźniki zapadalności na covid, poziomu wyszczepialności i wyborczych preferencji – ta część Polski, która głosuje na partie Zjednoczonej Prawicy (oraz Konfederację), jest dziś najbardziej dotknięta czwartą falą pandemii i jej należy „zawdzięczać” czekające nas kolejne tygodnie wzrostów.

Oczywiście można dotrwać do wiosny w przyszłym roku, nie wprowadzając nadal żadnych restrykcji. Tak postępowali Szwedzi w poprzednich okresach, gdy niemal cała Europa zamknęła swoich obywateli w domach. Nie wiem tylko, czy wszystkim odpowiadać będzie ten sposób naturalnego uodparniania, jeśli przed szpitalami znów pojawią się kolejki karetek i trzeba będzie zamykać inne oddziały – a więc testować wytrzymałość ochrony zdrowia, która i bez tego ma dziś kłopot z zaspokojeniem wszystkich potrzeb chorych, nieleczonych i niediagnozowanych przy poprzednich falach.

Brak wyobraźni u sporej grupy obywateli jest więc największym obciążeniem, a słabe państwo nie robi nic, by ten stan zmienić. Gdyby społeczeństwo było bardziej świadome zagrożeń, oczywiście nie oglądałoby się na opieszałą władzę i samo kierowałoby się jakimś zbiorowym instynktem – przecież bez odgórnie wprowadzonego lockdownu można odpuścić sobie, przynajmniej w regionach z największą dziś liczbą zakażeń i hospitalizacji z powodu covid, chodzenie na przyjęcia, do klubów czy wspólne zabawy. Ograniczenie kontaktów w miejscach publicznych nic nie kosztuje (można też założyć maseczkę). Jeśli mamy rząd, który nie potrafi zatrzymać pandemii, dlaczego nie pokażemy mu swoim roztropnym zachowaniem, że potrafimy się bez niego bezpiecznie obyć?

Czytaj też: Polak nie chce się szczepić. Dlaczego?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną