Układ prowincjonalny
W 15. rocznicę wybuchu afery starachowickiej przypominamy historię, która ostatecznie doprowadziła do zatopienia ekipy SLD.
Starachowice zaczęły upadać wraz z zamknięciem fabryki Stara. Miasto spowijane układami popadło w letarg.  Andrzejowi Jagielle poszczęściło się – wyjechał stąd do Warszawy.
Marian Zubrzycki/Forum

Starachowice zaczęły upadać wraz z zamknięciem fabryki Stara. Miasto spowijane układami popadło w letarg. Andrzejowi Jagielle poszczęściło się – wyjechał stąd do Warszawy.

Mieczysław Sławek i Andrzej Jagiełło
Tygodnik Starachowicki/•

Mieczysław Sławek i Andrzej Jagiełło

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lipcu 2003 r.

Afera starachowicka jest w sumie głębsza i ciekawsza, niż mogłoby wynikać z gorączkowego zestawienia faktów i nazwisk. Ważniejszy także, niż ujawnienie przecieku ostrzegającego kolegów z lokalnej władzy, jest ujawniający się przy tej okazji stan degrengolady polskiej prowincji, rozmiar spustoszenia społecznego dokonanego bezrobociem i beznadzieją.

Budowanie starachowickich układów zaczęło się wraz z upadkiem fabryki Stara, największego pracodawcy w mieście. W czasach świetności Star zatrudniał blisko 20 tys. osób, jedną trzecią mieszkańców. Dawał zarobki, mieszkania, przedszkola, rozrywki, sport, talony na samochody i poczucie dumy, że ciężarówki ze Starachowic miały markę od Paryża po Dakar. Potem świat stanął na głowie: produkcja spadła, fabryka zaczęła zwalniać, załoga strajkowała. Ani miejscowi, ani rządowi nie mieli pomysłu, jak zatrzymać upadek. Miasto wpadało w letarg.

Towarzystwo wzajemnej rekreacji

To wtedy zaczęły masowo ginąć samochody. Niektóre się znajdowały, jeśli właściciel zgodził się zapłacić haracz. Albo sprzedawano je w częściach na giełdzie, jeśli się stawiał. Proceder kwitł, mówiono o miejscowych gangach, ale widać nikomu to nie przeszkadzało: ani policji, ani prokuraturze. Zresztą Starachowice nie miały szczęścia do policji. W ostatnich latach komendanci zmienili się trzykrotnie, przedostatni został zmuszony do odejścia przez starostę. Mówiono, że za dużo wiedział i nie chciał dłużej swej wiedzy ukrywać. W komendzie nieustannie wybuchają afery rozmaitego rozmiaru, kontrola goni kontrolę, o czym wielokrotnie pisała lokalna prasa, zresztą bez efektu. Wcześniej w Komendzie Rejonowej Policji w Starachowicach zginęło 50 kartek z dziennika patrolowego, na których zapisane były informacje o przestępstwach. Część z nich odnalazła się na śmietniku jakiś czas temu, śledztwo w sprawie niszczenia dokumentów prowadziła Prokuratura Rejonowa. Czy na zaginionych kartkach były informacje o lokalnych powiązaniach? Czy kartki zaginęły, żeby przestępstwa ukryć?

Nadzieje na chwilę ożyły, gdy fabrykę Stara kupił Sobiesław Zasada. Ale Zasada nie wskrzesił Stara. W końcu sprzedał fabrykę niemieckiemu koncernowi MAN. Bezrobocie osiągnęło 27 proc. Wtedy w mieście przybywało siłowni i napakowanych facetów w dresach – gotowych żołnierzy do wynajęcia. Wszyscy wiedzieli, że przejął nad nimi kontrolę niejaki Leszek Skuza. Policja miała go na oku, ale nigdy niczego przeciw niemu nie wszczęto.

Światło w tunelu zabłysło raz jeszcze, gdy powstała koncepcja utworzenia – na gruzach Stara – Starachowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Miała dać pracę 4,5 tys. osób. Wszyscy myśleli, że cud nastąpi z dnia na dzień. Rozczarowali się, kiedy budowanie strefy szło wolno. Do dziś dała 2200 miejsc pracy, ale strach pomyśleć, co by było tu bez niej.

– W Starachowicach powstało naturalne zapotrzebowanie na lewicę. Spodziewano się, że zadba o człowieka skuteczniej niż liberałowie – tłumaczy stary działacz Waldemar Maksalon, kiedyś PZPR, potem organizator struktur SdRP i SLD w Starachowicach. Gleba okazała się urodzajna, dziś powiatowa organizacja SLD liczy 500 członków, z czego większość to mieszkańcy miasta (powiat tworzą cztery gminy i miasteczko Wąchock, gdzie szeregi partii są mizerne).

Lewica rządzi w Starachowicach praktycznie od 1994 r. Zenon Krzeszowski, pierwszy lewicowy prezydent po przełomie, mówi, że przynajmniej za jego kadencji bezrobocie spadło. Krzeszowski był animatorem starachowickiej strefy. Ale na nim również ciążył zarzut nadużywania władzy.

Wkrótce zaczęły powstawać zręby obecnego układu partyjno-personalnego. To właśnie Krzeszowski wygrzebał z niebytu dzisiejszego posła Andrzeja Jagiełłę. – Krzeszowski się ulitował i zrobił Jagiełłę szefem Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej – przypomina Maksalon. Maksalon pamięta Jagiełłę z czasów, gdy sam pełnił funkcję w komisji kontroli partyjnej PZPR. Jagiełło miał kłopoty, bo szkalował organizację. Jego zbyt szczery list pisany do żony mieszkającej w RFN przechwyciła bezpieka. – Był dobrym dyrektorem, póki czuł nad sobą moją kontrolę – przyznaje Krzeszowski. – Ale urósł w siłę i poczuł się wolny. Ostatecznie zbudował struktury partyjne, które miały zastąpić samorząd.

To również Krzeszowski powołał Marka Basiaka na dyrektora Miejskiego Centrum Rekreacji i Wypoczynku, faceta po zawodówce, który w szybkim tempie zrobił maturę i karierę. Centrum było jednym z liczących się pracodawców w mieście. Basiak zapisał się do SdRP, potem do SLD, został przewodniczącym rady miejskiej SLD w Starachowicach, w ubiegłorocznych wyborach samorządowych zdobył mandat, został wiceprzewodniczącym rady powiatu. Mieczysław Sławek dzięki znajomości z Krzeszowskim otrzymał stanowisko szefa biura pracy. Karierę zaczynał jako sekretarz gminny PZPR w Pawłowie i prezes tamtejszego GS. Kończył jako przewodniczący rady miejskiej SLD. Krzeszowski wreszcie przyhołubił obecnego prezydenta miasta Sylwestra Kwietnia, działacza OPZZ, radnego przez dwie kadencje, ostatniego (przed rozwiązaniem) sekretarza SLD w powiecie. Leszek Skuza wygrał w tym okresie przetarg na zarządzanie jednym z osiedlowych parkingów (parking prowadzi żona). Były prezydent twierdzi, że nie znał bliżej Skuzy. Wiadomo było o nim tyle, że ojciec ma warsztat lakiernictwa samochodowego.

– W mieście wielkości Starachowic znają się wszyscy, ze szkoły, ze Stara, z osiedla – usprawiedliwia się Krzeszowski. Taka uroda prowincji. Kiedy Basiak (namiętny płetwonurek) organizował wyjazdy klubu płetwonurków Kalmar do Chorwacji, pojechali z żonami – Skuza, Sławek i Krzeszowski.

Natomiast Basiak i Skuza byli starymi kolegami. Od 10 lat, czyli mniej więcej od czasu, gdy Basiak został dyrektorem Centrum, ich kontakty stały się zażyłe. Skuza i jego koledzy zaczęli bywać na basenie, grali w siatkówkę z rówieśnikami, którzy rządzili i prowadzili biznesy w mieście. Sauna stała się miejscem spotkań towarzyskich. – Plotki o Leszku znali wszyscy, chodziło o jakieś lewe interesy – powiedział Basiak w prokuraturze. Ale plotkami nikt się nie przejmował. W mieście zaczęto mówić o alkoholowych balangach na basenie. Skuza miał ksywkę Lefek albo Mafiozo. Uchodził za takiego, co potrafi wszystko załatwić. Obydwa układy – lewicowej władzy i szemranej lewizny – zaczęły się wkrótce przenikać.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj