Problemy Orlenu na Litwie

Co można w Możejkach
Cztery lata temu PKN Orlen odniósł wielki sukces: kupił litewską rafinerię w Możejkach. Była to i jest największa polska inwestycja zagraniczna. Tylko czy udana?
Rafineria w Możejkach
INNA/Reporter

Rafineria w Możejkach

Polityka

W tym roku problem rentowności Orlen Lietuva musimy jakoś rozwiązać” – powtarza nieustannie prezes PKN Orlen Jacek Krawiec, dodając, że możliwych jest kilka scenariuszy. Tych jednak nie zdradza. Orlen Lietuva to litewska spółka polskiego koncernu, do której należy rafineria w Możejkach, największy zakład przemysłowy Litwy. Na jego zakup i modernizację Orlen wydał już około 10 mld zł, mocno się przy tym zadłużając. W 2008 r. Orlen Lietuva przyniósł 623 mln zł strat, a 2009 r. zamknął się 165 mln zł na minusie. Biorąc pod uwagę zaangażowany kapitał własny Orlenu i zaciągnięte kredyty, Możejki powinny przynosić 1 mld zł zysku rocznie, by inwestycję można było uznać za rentowną. Nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu o takim zysku nikt nie marzy. Na razie trzeba zaciskać pasa, żeby się jakoś wygrzebać ze strat.

PKN Orlen od roku jest wyłącznym właścicielem litewskiej spółki. Rząd Litwy, który wcześniej dysponował 10 proc. akcji, skorzystał z przysługującego mu prawa i wezwał polskiego wspólnika do natychmiastowego wykupienia swojego pakietu. Postawił tym płocki koncern w dramatycznej sytuacji. Orlen zmagał się właśnie z finansowymi problemami, negocjując z bankami restrukturyzację zadłużenia. Konieczność błyskawicznej zapłaty 284 mln dol. (umowa przewidywała 10 dni na uregulowanie zobowiązania) okazała się wyjątkowo trudnym wyzwaniem.

Ten incydent to jedna z wielu zadr na linii Płock–Wilno. Inwestycja polskiego koncernu miała być przedsięwzięciem polityczno-biznesowym, prowadzącym do zbliżenia Polski z Litwą, a okazała się kompletną klapą. I to w obu wymiarach. Poza Możejkami miał powstać most energetyczny, czyli linia wysokiego napięcia łącząca nasze kraje, miała być wspólna budowa elektrowni atomowej Ignalina II, rozważano kolejne projekty. Niektórzy publicyści zaczęli wręcz mówić o nowej unii polsko-litewskiej, nie kryjąc przy tym satysfakcji, że „utarliśmy nosa Rosjanom”. O zakup Możejek ubiegały się bowiem głównie rosyjskie koncerny, ale Orlen je przelicytował. Zapłacił grubo więcej, niż gotowi byli wydać Rosjanie, ale w Polsce panowało przekonanie, że było warto.

Rosyjski psikus

Zdobywając litewski przyczółek, Orlen stawał się wielkim europejskim graczem na rynku naftowym, a co ważniejsze – zabezpieczał północną flankę polskiego rynku przed ewentualną inwazją rosyjskich konkurentów. „Polityka” nie przyłączyła się wówczas do tego chóru zachwytów. Pytaliśmy o racjonalność ekonomiczną tej inwestycji i ostrzegaliśmy, że Orlen z rozdętymi mocami przerobu ropy, ale bez własnego surowca, stanie się kolosem na glinianych nogach. Okazało się, że mieliśmy rację.

Obawy, czy Rosjanie nie zakręcą kurka z ropą płynącą rurociągiem do Możejek, pojawiły się dość szybko. Był już precedens, bo wcześniej zakręcili go amerykańskiej firmie Williams, która w latach 90. była krótkotrwałym inwestorem w rafinerii. Skutecznie ją stamtąd wypłoszyli. Inicjator litewskiej inwestycji ówczesny prezes PKN Orlen Igor Chalupec i jego współpracownicy przekonywali jednak, że o ropę nie ma się co martwić. Wielki Orlen – w skład którego wchodzą rafinerie w Polsce, Czechach i na Litwie – będzie kupował 15 proc. rosyjskiej ropy. A z takim klientem trzeba się liczyć.

Rosjanie najwyraźniej nie wzięli tego pod uwagę, bo kurek błyskawicznie zakręcili. Podobno nie była to dla nas zupełna niespodzianka. Igor Chalupec w rozmowie z „Polityką” (45/09) wyjaśniał, że już w trakcie negocjacji zakupu Możejek miał nieoficjalne sygnały o planach Rosjan, ale o ropę się nie martwił, bo zamiast rurociągiem można ją przecież sprowadzać statkami do litewskiego portu w Butyndze. Twierdzi, że za jego czasów opłacało się ją wozić nawet z Wenezueli. To było jedno z optymistycznych założeń tej transakcji.

Dziś rachunek ekonomiczny wygląda zupełnie inaczej. W szczycie koniunktury, gdy finalizowano transakcję zakupu Możejek, marże rafineryjne były wysokie, do tego dochodziła korzystna różnica między ceną rosyjskiej ropy a surowcem typu brent. Tylko z tego tytułu zysk wynosił 10 dol. na jednej baryłce ropy. Teraz na skutek kryzysu skurczył się do 3 dol. Możejki przerabiają 70 mln baryłek rocznie, więc jak łatwo policzyć, oznacza to ubytek prawie pół miliarda dolarów w ciągu roku – wyjaśnia prezes PKN Orlen Jacek Krawiec.

Słone koleje

Dlatego dziś dramatycznym problemem Orlenu na Litwie staje się nie tylko zamknięty rurociąg z rosyjską ropą (wożenie statkami rosyjskiej ropy jest dużo droższe), ale w ogóle kłopoty logistyczne. Pierwszy z nich pojawia się w porcie w Butyndze, gdzie tankowce trzeba rozładowywać na morzu, bo nie ma lądowego pirsu. Kiedy jest sztorm, trzeba czekać, aż morze ucichnie. Dalej jest nie lepiej, bo produkty naftowe wożą Lietuvos Geležinkeliai, czyli koleje litewskie, z którymi Orlen nie może się dogadać. Idzie o wyjątkowo drogą taryfę, którą dodatkowo kolej zawyża, wyłączając z ruchu kluczowe odcinki torów i wożąc produkty naftowe okrężnymi drogami. „Nasze taryfy opieramy na logice ekonomicznej, ale są też sprawą umowną” – odpowiada lakonicznie na zarzuty Stasys Dailydka, szef litewskich kolei.

To człowiek starej daty i mentalności sowieckiej. Jest jednym z kasty dyrektorów, którzy zajmowali stanowiska jeszcze przed odzyskaniem niepodległości i mają poparcie u niektórych polityków, więc ciągle rządzą, jak im się podoba – wyjaśnia Gintautas Degutis, publicysta „Vilniaus diena”, zastanawiając się, czy przypadkiem dyrektor nie chce czegoś w ten sposób na Orlenie wymusić.

Orlen chciałby się wyzwolić z zależności od kolei i wybudować rurociąg. Szczególnie zależy mu na połączeniu Możejek z portem w Kłajpedzie, przez który eksportuje dużą część swoich wyrobów. To kolejny słaby punkt litewskiej inwestycji. Możejki są zakładem zbyt dużym jak na rozmiary rynku Litwy i krajów nadbałtyckich. Rafineria, zbliżona do płockiej, obsługuje rynek rozmiarów dwóch–trzech polskich województw. Co gorsza, ten rynek pogrążony jest dzisiaj w ciężkim kryzysie. Część paliw jest eksportowana na Ukrainę, resztę (ponad połowę produkcji) trzeba wysyłać w świat drogą morską. Kupują je pośrednicy, eksportując do Europy Zachodniej i Ameryki. To mało opłacalny biznes, ale jeśli rafineria ma działać (nawet na zwolnionych obrotach jak ostatnio), gdzieś towar trzeba sprzedawać.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną