Mieszkania dla sprytnych. W marcu skończą się pieniądze na „Mieszkanie dla młodych”
Nie minął jeszcze pierwszy kwartał, tymczasem już kończą się tegoroczne pieniądze w programie „Mieszkanie dla młodych”. A na obiecane przez PiS alternatywne formy pomocy trzeba będzie poczekać.
huffting/Tumblr

Historia programu „Mieszkanie dla młodych” to dowód, że nasze państwo nie ma absolutnie żadnej długofalowej strategii w rozwiązywaniu podstawowego problemu rynku nieruchomości. Jak osoby zakładające rodziny mają przy polskich zarobkach zamieszkać na swoim?

Najpierw próbowano przez kilka lat dopłacać do rat kredytów hipotecznych w ramach „Rodziny na swoim”. Gdy okazało się to zbyt kosztowne dla budżetu, „Rodzinę” zastąpiło „Mieszkanie dla młodych”, czyli jednorazowa dotacja, wypłacana przy zaciąganiu kredytu.

Aby skromny budżet programu zbyt szybko się nie wyczerpał, poprzedni rząd najpierw ograniczył go tylko do nowych mieszkań. Kiedy okazało się, że chętnych brakuje, bo przecież w wielu miejscach Polski deweloperzy w ogóle niczego nie budują, a drogie mieszkania warszawskie czy krakowskie do dopłat się nie kwalifikują, dokonano kolejnej wolty.

Tuż przed ubiegłorocznymi wyborami do programu włączono rynek wtórny, czyli lokale używane. W efekcie „Mieszkanie dla młodych” ma problem zupełnie inny – pieniędzy w programie nagle nie jest za dużo, tylko zdecydowanie za mało. Banki już przestają przyjmować wnioski o dopłaty na ten rok, bo rozdysponowano większość z 730 mln zł, jakie zarezerwowano w tegorocznym budżecie na MdM.

Tak wygląda polityka na rzecz młodych kupujących mieszkania. Korzystają sprytni, którzy wiedzą, kiedy złożyć wniosek, a nie ci naprawdę potrzebujący pomocy. Oficjalnie z publicznych pieniędzy miały być wspierane przede wszystkim rodziny z dziećmi. Tymczasem ze statystyk wynika, że w 2015 r. spośród 27 tys. osób, które otrzymały dopłaty w ramach MdM, ponad 20 tys. żadnych dzieci nie mało.

Do listy absurdów dodajmy jeszcze limity cenowe, ustalane w przedziwny sposób. W niektórych miastach do dopłat kwalifikuje się zdecydowana większość mieszkań, a w innych tylko te położone na peryferiach. W ten sposób rząd wspiera dodatkowo politykę niekontrolowanego rozlewania się aglomeracji, a potem nie interesuje go przecież, skąd samorządy znajdą pieniądze na nowe drogi czy przedszkola.

Może i dobrze, że PiS nie zamierza przedłużać programu MdM w takiej formie. Kto chce kupić nowe mieszkanie w przyszłym roku, ten już powinien porozumieć się z deweloperem i podpisać umowę, aby zagwarantować sobie pieniądze z puli na rok 2017. Alternatywą dla takich chaotycznych dopłat jest prawdziwe budownictwo socjalne, w Polsce praktycznie nieistniejące, które nowy rząd obiecuje.

Tyle tylko, że na efekty takiego programu trzeba będzie poczekać przynajmniej kilka lat. Założenia brzmią pięknie – samorządy, a może nawet PKP dadzą tani grunt, mieszkania zbudują firmy wybrane w przetargach, a lokatorzy będą spłacać stosunkowo niskie koszty w czynszu przez wiele lat. Zniknie problem zaciągania kredytów, a zatem i dopłat do nich.

Takie są ambitne plany, tylko co zostanie z ich realizacji? Dekadę temu PiS obiecywało trzy miliony tanich mieszkań, teraz żadnych liczb nie podaje. Wówczas ta partia na polu mieszkalnictwa sukcesów żadnych nie odnotowała. Czy teraz będzie lepiej? Oby, bo na dotychczasowych dopłatach korzystają przede wszystkim banki i deweloperzy, a nie ci, którzy chcą zacząć dorosłe życie bez gigantycznego bagażu długów i bez płacenia za wynajem więcej, niż wynoszą ich zarobki.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną