Rynek

Trumponomika

Jakie plany gospodarcze ma nowy prezydent USA

Fragment plakatu do dokumentalnego filmu „Death by China” (Śmierć z chińskiej ręki) Fragment plakatu do dokumentalnego filmu „Death by China” (Śmierć z chińskiej ręki) materiały prasowe
Gospodarka jest w ruinie. Konieczne są wielkie inwestycje publiczne, reindustrializacja, a przede wszystkim ochrona krajowych firm przed zagraniczną konkurencją. To niektóre z założeń ekonomicznego programu nowego prezydenta USA. Brzmi znajomo?
Dziś światem rządzą Google, Facebook, Amazon, a nie kontynuatorzy dzieła Henry’ego Forda czy Andrew Carnegiego.Eirini Vourloumis/Polaris/EAST NEWS Dziś światem rządzą Google, Facebook, Amazon, a nie kontynuatorzy dzieła Henry’ego Forda czy Andrew Carnegiego.

Artykuł w wersji audio

Wielki kontur Stanów Zjednoczonych chwieje się i pada z hukiem. W tym momencie zatapia się w nim monstrualny sztylet z napisem „made in China” na ostrzu. Z ciała USA wydobywają się strugi krwi, zabarwiając ekran na czerwono. Tak zaczyna się dokumentalny film „Death by China” (Śmierć z chińskiej ręki). Potem napięcie rośnie.

Film pokazuje, jak Chiny mordują amerykańską gospodarkę. Odbierają Amerykanom pracę i zalewają ich rynek tanimi produktami. Oglądamy desperację tych, których nieuczciwą konkurencją skazano na bankructwo i wegetację, a jednocześnie bezrozumną radość innych, którzy w Black friday, wyprzedażowy „czarny piątek”, kupują za bezcen elektronikę, zabawki, sprzęt gospodarstwa domowego. Pchających wyładowane wózki filmowcy pytają, czy wiedzą, skąd pochodzą ich zakupy? Z uśmiechem odpowiadają, że z Chin. Nie obchodzi ich, że powstały w największym totalitarnym państwie świata, gdzie nie szanuje się środowiska naturalnego ani praw człowieka.

To wina prezydenta Billa Clintona – tłumaczy film – że zgodził się, by w 2001 r. Chiny zostały przyjęte do Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO). Zignorowano fakt, że kraj ten manipuluje kursem juana i subsydiuje eksport. Obniżono cła i teraz Ameryka cierpi. Od tamtej pory – wyliczają autorzy – zniszczono 57 tys. fabryk, a 25 mln Amerykanów straciło godną pracę. USA zapłaciły za tę klęskę już 3 bln dol. I płacą dalej.

Mniej podatków, więcej ceł

Film jest dziełem prof. Petera Navarro i powstał na podstawie jego książki. Ten ekonomista, od dawna ostrzegający przed chińskim zagrożeniem, należy do elitarnego grona doradców ekonomicznych prezydenta elekta Donalda Trumpa. Wygląda na to, że ma na niego ogromny wpływ, bo protekcjonistyczna polityka handlowa znalazła się na szczycie prezydenckiego programu gospodarczego. Także obietnica reindustrializacji USA i odzyskania 25 mln miejsc pracy w ciągu najbliższej dekady. To wszystko robota Navarro.

Rozwój gospodarczy USA mają teraz nakręcać niskie podatki dla biznesu (obniżka z 35 do 15 proc.) i wysokie stawki celne dla importerów. Najwyższe – 45 proc. – przewidziano dla importu z Chin (dziś średnio 4,2 proc.). Drugi na karnej liście jest Meksyk, dziś objęty Północnoamerykańską Strefą Wolnego Handlu (NAFTA), którą Trump uznaje za najgorszą międzynarodową umowę, jaką USA kiedykolwiek podpisały. To zresztą też sprawka Clintona.

Dlatego nowy prezydent obiecał wycofać się z NAFTA, a import z Meksyku, będącego drugim po Chinach partnerem handlowym, obłożyć 35-proc. cłem. USA z Unią Europejską dopiero negocjowały umowę o wolnym handlu (TTIP), ale w tej sytuacji wydaje się ona mało realna. Prezydent elekt nie przepada za Unią, więc może to się także odbić na taryfie celnej, bo Unia (zwłaszcza Niemcy i Francja) ma spory udział w amerykańskim imporcie. Podobnie wygląda los niedawno wprowadzonego w życie Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), umowy handlowej obejmującej poza USA jedenaście państw rejonu Pacyfiku, w tym Japonię. Odrębna umowa wiąże USA z Koreą i też nie jest jasne, co z nią będzie.

Zanosi się więc na to, że Donald Trump chce rozpętać handlową wojnę światową. Zabójczą dla wielu krajów, niszczącą dla całej gospodarki i grożącą globalną recesją. W tej wojnie nie będzie wygranych. Także USA – ostrzega wielu ekonomistów – mają więcej do stracenia.

Trump w to nie wierzy, bo kraj ten, choć jest drugim po Chinach światowym eksporterem, sam gospodarczo jest niezbyt uzależniony od eksportu. Ma on zaledwie ok. 13-proc. udział w jego PKB (w Polsce grubo ponad 40 proc.).

Teoretycznie może nie obawiać się retorsji innych krajów. Ale to złudzenie. – Trzeba pamiętać, że duże amerykańskie koncerny działają w wielu krajach świata. Ponad połowa przychodów 500 największych spółek z indeksu S&P pochodzi spoza USA. One na wojnie celnej bardzo by ucierpiały, a to odbiłoby się na rynku amerykańskim – wyjaśnia Mariusz Adamiak, dyrektor biura strategii rynkowych PKO BP. Dlatego spodziewa się, że biznes odwiedzie Trumpa od jego groźnych planów.

Polska na światowych wojnach głównie cierpi. Tak może być i teraz. Z USA pochodzi trzecia część inwestycji zagranicznych w Polsce. Ich wartość Amerykańska Izba Handlowa w Polsce szacuje na 20–30 mld dol. Nie bardzo wiadomo, jak inwestorzy zareagują na wezwanie nowego prezydenta „wracajcie do domu” i obietnicę preferencyjnego podatku repatriacyjnego dla kapitału sprowadzanego do USA. Na razie deklarują, że z komentarzami poczekają, aż Trump sformuje swoją administrację.

Polska za Oceanem sprzedaje coraz więcej towarów, ale nie są to zawrotne wielkości. To nasz 12. partner w eksporcie, a dziewiąty w imporcie. Przychody z eksportu do USA stanowią tylko ok. 2,2 proc. wartości całego naszego eksportu. Do października tego roku osiągnęliśmy ok. 4,5 mld dol., a importu 2,7 mld dol. (według danych US Census Bureau). Mamy więc sporą nadwyżkę handlową, która może się jednak skurczyć, bo planujemy duże zakupy skroplonego gazu z USA (o ile nam sprzedadzą). Nasze obroty handlowe to w dużym stopniu zasługa amerykańskich inwestorów. Eksportujemy i importujemy głównie maszyny i urządzenia, bo taka jest specyfika działalności amerykańskich firm w Polsce.

Ratować orła

Teoretycznie na wojnie handlowej z USA możemy sobie poradzić, a niektóre branże nawet zyskać. Przykładem – węgiel. Jeśli UE w ramach retorsji ograniczy napływ węgla z USA, to ceny wzrosną, a nasze kopalnie tylko na to czekają. Na dodatek Trump nie wierzy w globalne ocieplenie i źle toleruje energetykę odnawialną. Jak prezes Kaczyński, jest zaciętym wrogiem farm wiatrowych, które jego zdaniem zabijają bieliki amerykańskie, ptaki będące symbolem USA. Dowodów na to nie ma, ale jak wiemy brak dowodów to najważniejszy dowód, teraz także w USA.

Wszyscy spodziewają się, że Trump zablokuje międzynarodowe porozumienie klimatyczne COP22 i ostatecznie wyrzuci do kosza forsowany przez Obamę Clean Power Plan (ograniczający emisję CO²). Jednocześnie będzie nakręcał rozwój energetyki na paliwach kopalnych, bo – jak zapewnia – los górników leży mu na sercu. Może więcej węgla zostanie za Oceanem, co dodatkowo podniesie ceny? Choć z drugiej strony, jeśli taka polityka doprowadzi do recesji, to spadnie zapotrzebowanie na surowce, w tym i na węgiel. I znów skrupi się na nas.

W zglobalizowanej gospodarce łatwo uruchomić efekt domina. Wystarczy uderzenie w Chiny, a poczują wszyscy.Jak przewiduje dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan, Chiny nie będą przyglądały się spokojnie, jeśli Trump zacznie realizować swoje zapowiedzi (na razie planuje skargę do WTO na manipulacje kursem juana).

Państwo Środka ma już wystarczająco wiele problemów, więc będzie się bronić, o czym już uprzedziło. A ma czym, bo dysponuje 3 bln dol. rezerw. Jest największym wierzycielem Ameryki. – Jeśli dostęp do rynku USA zostanie ograniczony, Chiny będą chciały skierować w większym stopniu swój eksport m.in. na rynki europejskie. A to może spowodować efekt wypierania polskich produktów z krajów, w których lokujemy ok. 80 proc. naszego eksportu – obawia się ekspertka.

Kolejny punkt planu Trumpa też niesie potencjalne zagrożenia, choć teoretycznie dotyczy krajowej polityki USA. Chodzi o zapowiedź wielkich, publicznych inwestycji infrastrukturalnych. Coś na kształt programu New Deal Roosevelta, dzięki któremu w USA powstały przed wojną tysiące dróg, mostów, lotnisk, zapór wodnych. Trump zapowiada wielki plan odbudowy infrastruktury kraju i na ten cel chce przeznaczyć bilion dolarów.

Podobną obietnicę wyborczą składał u nas prezes Kaczyński, zapowiadając przeznaczenie na inwestycje biliona złotych (Morawiecki podbił do 1,5 bln zł). Tyle że nam dużą część tej kwoty ma dać Unia Europejska, a rząd USA swój bilion będzie musiał pożyczyć. Zwłaszcza że Trump zamierza jednocześnie powiększyć deficyt budżetowy, ograniczając wpływy przez zapowiadane obniżki podatków (w tym likwidację podatku spadkowego). Składa obietnicę – też nam dobrze znaną – że wzrost gospodarczy te straty wyrówna. Oczywiście chętnych do pożyczania USA nie zabraknie. Choć dług publiczny wynosi już 104 proc. PKB (19 bln dol.), to wiarygodność kredytowa wciąż jest wysoka. I nawet jeśli dojdzie do kryzysu, to nie spadnie, a przeciwnie – może wzrosnąć.

Jakie konsekwencje wywoła nagłe zwiększenie potrzeb finansowych Ameryki? – USA zwiększą popyt na kapitał, a to oznacza, że takie kraje jak Polska, chcąc także pozyskać go na rynkach zewnętrznych, będą musiały za niego płacić więcej niż dzisiaj. Wzrosną więc wydatki z budżetu na obsługę naszego długu, pozostawiając jeszcze mniej na inwestycje – wyjaśnia dr Starczewska-Krzysztoszek.

Prof. Paul Krugman, amerykański ekonomista, laureat Nagrody Nobla, twórca naukowych podstaw globalizacji, na wieść o zwycięstwie Trumpa napisał komentarz, w którym przedstawił czarną wizję przyszłości. Uznał, że to amerykański odpowiednik Brexitu i zwycięstwo ekonomicznej ignorancji. „Tak więc stanęliśmy na progu globalnej recesji, której końca nie widać” – wieszczył. Na szczęście następnego dnia rano na Twitterze skorygował prognozę, pisząc, że z tą globalną recesją to jeszcze nic pewnego. „Ale mimo wszystko – katastrofa” – dodał. Bardzo rozbawił tym republikańskich komentatorów, którzy pisali, że lekarstwem na recesję okazał się sen. Tyle że dziś trudno cokolwiek prorokować, skoro nie wiadomo, co Trump mówi na poważnie, a co mu się tylko tak powiedziało. Bo wielu wcześniejszych deklaracji zwyczajnie się wypiera.

Krugman jest wojującym demokratą i solą w oku republikanów, którzy winią go, że pod jego wpływem (był doradcą Billa Clintona) USA zdecydowały się na liberalizację handlu, która przyniosła tyle złego. Zarzucają, że nie sprawdziły się niektóre jego prognozy z lat 90., w których zapewniał, że nie ma co się bać globalizacji, bo pod względem płac i miejsc pracy sytuacja Amerykanów się nie pogorszy. Stało się inaczej, dlatego dziś konieczna jest korekta w ramach trumponomiki – przekonują.

Nietypowi doradcy

Donald Trump nie ma swojego noblisty. Zespół jego doradców ekonomicznych składa się z trzynastu osób. Otoczył się podobnymi do siebie biznesmenami i menedżerami, takimi jak np. szef funduszu hedgingowego miliarder John Paulson, prezes banku Andy Beal czy Thomas Barrack, właściciel funduszu nieruchomości. Jest też Dan DiMicco, prezes spółki hutniczej, walczący o ochronę amerykańskiego przemysłu stalowego.

Są ludzie z doświadczeniem urzędniczym, jak David Malpass, były zastępca sekretarza skarbu w administracji prezydenta Reagana, oraz Daniel Kowalski, zastępca szefa personelu republikańskiego zespołu w senackiej komisji budżetowej. Ale tylko nieliczne osoby są ekonomistami: Stephen Moore, publicysta ekonomiczny i analityk, oraz wspomniany już Peter Navarro, jedyny profesor w tym gronie. Prasa amerykańska nie kryje zdziwienia, bo wszyscy wcześniejsi kandydaci na prezydenta USA korzystali z rad osób z poważniejszym dorobkiem akademickim lub rządowym.

Nic dziwnego, że program gospodarczy Trumpa nie jest zwartą koncepcją ekonomiczną, lecz zbiorem obiegowych poglądów, jak radzić sobie z problemami, jakie niesie zmieniający się świat, a zwłaszcza globalizacja. To trochę przypomina deklarację premier Szydło: „słuchamy Polaków i wyciągamy wnioski”. Proste recepty prostych Amerykanów na skomplikowane problemy świata. Na problemy z imigracją – graniczny mur, na zagraniczną konkurencję – mur celny, na przyspieszenie wzrostu – nowe mury inwestycji publicznych. Na wszystko – mur. – USA mają bardzo profesjonalną administrację rządową. Kiedy prezydent zacznie dostawać pierwsze analizy ekonomicznych skutków swoich zamierzeń, z pewnością zmieni zdanie. Jest w końcu biznesmenem – uspokaja Krzysztof Pniewski, partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Choć USA są beneficjentem globalizacji, to nie brakuje tam dużych grup społecznych, które na niej tracą. Szczególnie „niebieskie kołnierzyki”, np. z Detroit, stolicy amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego. Wielka trójka koncernów samochodowych, które dzięki pomocy rządu USA przetrwały niedawny kryzys, wyniosła dużą część produkcji za granicę. W efekcie stolica motoryzacji stała się symbolem „Ameryki w ruinie”. Dlatego to właśnie w Detroit Donald Trump ogłosił swój program „Dla ożywienia amerykańskiej gospodarki” i zapowiedział, że jego priorytetem będzie obrona krajowego przemysłu samochodowego.

Ale to próba powrotu do czegoś, co już nie wróci. Minęły już czasy, kiedy to, co było dobre dla Detroit, było też dobre dla Ameryki. Dziś dla Ameryki dobre jest to, co dobre dla Doliny Krzemowej. Choć tam nie ma tysięcy robotników stojących przy taśmie, to tam rodzi się przyszłość amerykańskiej i światowej gospodarki. Dziś światem rządzą Google, Facebook, Amazon, a nie kontynuatorzy dzieła Henry’ego Forda czy Andrew Carnegiego.

Dziś to nie Detroit, ale Fremont w Kalifornii z gigantyczną fabryką samochodów elektrycznych Tesla wyznacza kierunek rozwoju motoryzacji. To w kalifornijskim Cupertino tworzone są nowe modele iPhonów, które potem składają na taśmie Chińczycy. Z tymi procesami Donald Trump nie wygra. Ale za jego przegraną możemy zapłacić wszyscy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną