KE zaakceptowała niemieckie opłaty za autostrady. Stracą na tym polscy kierowcy
Ministerstwo Infrastruktury na razie nie protestuje.
Timon91/Flickr CC by 2.0

Za dziesięciodniową winietę uprawniającą do przejazdu 13 tys. km niemieckich autostrad kierowcy zapłacą niedługo od 2,50 do 20 euro, w zależności od ilości spalin emitowanych przez ich auto. Zapłacą wszyscy – ale Niemcy dostaną te pieniądze z powrotem w postaci ulgi podatkowej.

Niemiecki minister transportu Alexander Dobrindt przez dwa lata boksował się z Komisją Europejską, aby ta zatwierdziła jego plan wprowadzenia opłat za przejazd niemieckimi autobahnami dla aut osobowych. Nie było łatwo. Choć wprowadzenie opłat za autostrady to wyłączna decyzja rządów narodowych (a Niemcy to ostatni z dużych krajów w kontynentalnej Europie, gdzie autostrady są darmowe), to format niemieckiego myta nadal budzi głośny sprzeciw w wielu stolicach.

Propozycja Dobrindta dyskryminuje obywateli innych państw Unii?

Najnowsza propozycja, na którą przystała Bruksela, protestujących nie uciszyła. – To niedobry kompromis. W efekcie na opłaty zrzucać się będą jedynie kierowcy zagraniczni – tłumaczy problem Michael Cramer, europoseł z frakcji Zielonych, zresztą Niemiec.

Dotąd Komisja uznawała, że propozycja Dobrindta (zresztą wprowadzona już rok temu ustawą, która na razie jest zawieszona) dyskryminuje obywateli innych państw Unii. Nie chodziło o same opłaty, ale o to, że niemieccy podatnicy mieli otrzymywać równą rocznej winiecie zniżkę od płatnego co 12 miesięcy podatku drogowego.

Bruksela wszczęła w tym roku nawet postępowanie w sprawie naruszenia prawa unijnego przez Niemcy, ale ostatecznie to ona poszła na kompromis.

W nowej, zaakceptowanej przez komisarz ds. transportu Violetę Bulc propozycji Niemcy nadal otrzymują rekompensatę w postaci ulgi podatkowej. Ale ponieważ wysokość opłaty zależy od emisyjności pojazdu, to ulga nie stanowi już dyskryminacji, lecz zachętę do korzystania z bardziej ekologicznych pojazdów. Do tego Dobrindt zgodził się obniżyć stawkę za najkrótszą, dziesięciodniową winietę do od 2,50 euro dla najbardziej ekologicznych pojazdów do 20 euro dla najbardziej trujących. To z takich winiet będzie korzystała większość obcokrajowców.

Propozycję te formalnie przedstawiono pod koniec zeszłego tygodnia. Swój sprzeciw natychmiast wyrazili niemal wszyscy sąsiedzi Niemiec: Holendrzy (darmowe autostrady), Austriacy (płatne), Belgowie (darmowe) i Duńczycy (darmowe z wyjątkiem mostów przez cieśniny). Holenderska minister transportu Melanie Schultz van Haegen zapowiedziała nawet, że jeśli Komisja wycofa pozew z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, to Haga złoży swój. Pozostałe kraje zapewne wesprą holenderskie działania.

Powód protestów jest prosty: Duńczycy, jadąc dokądkolwiek do Europy, muszą przejechać przez Niemcy. Holendrzy i Belgowie zwykle też. Nie mówiąc o tym, że kierowcy z tych trzech obsesyjnie pilnujących ograniczeń prędkości krajów chętnie jeżdżą do Niemiec wyszaleć się z pedałem wciśniętym w podłogę.

Z tego grona jedynie Austriacy mogą wydostać się przez Włochy czy Szwajcarię, choć w obydwu tych krajach autostrady też są płatne.

W chórze protestujących przeciwko niemieckim planom na razie brakuje jednak sąsiada, który ma największy interes w tym, by opłat nie wprowadzać. Czyli Polski.

Jak ostatnio groteskową wypowiedzią zauważył wiceminister infrastruktury ds. dróg Jerzy Szmit, polskie autostrady wiodą ze wschodu na zachód (lub na odwrót). Według niego w ten sposób planiści z poprzednich rządów służyli interesom Niemiec; w rzeczywistości jednak taki układ służy głównie interesom polskiej branży logistycznej, największej w Europie. Wiele przewozów obsługiwanych jest furgonetkami i małymi ciężarówkami do 7,5 tony, dotąd zwolnionym z niemieckiego myta dla TIR-ów. To w nich opłaty drogowe uderzą najmocniej.

Polskie Ministerstwo Infrastruktury milczy w sprawie planu Dobrindta

Ministerstwo Infrastruktury nie odpowiedziało na nasze pytania, czy zamierza wesprzeć zachodnich sąsiadów w proteście przeciwko planom Dobrindta. Powinno, choć nie wiadomo, czy to coś zmieni.

Bo dla Dobrindta opłaty za autobahny to nie tylko kwestia szacowanych 500 mln euro rocznych wpływów do budżetu centralnego. Ani tego, że Niemcom brakuje środków na naprawy i utrzymanie sieci autostrad, rozjeżdżanych kołami aut z całej Europy.

Dla niemieckiego ministra transportu to kwestia stricte polityczna. Dobrindt to prominentny polityk chrześcijańsko-konserwatywnej CSU, Bawarczyk, a w tym landzie irytacja na zagranicznych kierowców jest największa. Bawarię ze wszystkich stron otaczają kraje z płatnymi autostradami – Czechy, Austria, Szwajcaria, a dalej Francja. Minister przed federalnymi wyborami w 2013 r. obiecał swoim wyborcom, że wprowadzi opłaty (z których owi wyborcy i tak będą zwolnieni).

Dobrindt jest gotowy walczyć z Brukselą i każdym, kto stanie jego mytu na drodze. W przyszłorocznych wyborach do Bundestagu CSU jak zawsze uzyska najwięcej głosów w Bawarii (zawsze tu wygrywa; sondaże dają partii ok. 45 proc. poparcia), ale od rozmiarów tego zwycięstwa będzie częściowo zależała pozycja koalicji CDU/CSU w całym kraju.

A rok później CSU czekają wybory do Landtagu w Bawarii. Po kryzysie uchodźczym, szczególnie odczuwalnym w położonej blisko Węgier i Bałkanów landzie, już ok. 10 proc. Bawarczyków odwróciło się od CSU na rzecz faszystowsko-populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Uderzające w zagranicznych kierowców myto ma zapobiec dalszej utracie głosów.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną