Jak zmienił się rynek pracy pod rządami PiS

Puste szuflady
Rozmowa z prof. Juliuszem Gardawskim, socjologiem i ekonomistą, o rynku pracy, jego ułomnościach i ostatnich zmianach.
Prof. Juliusz Gardawski
Tadeusz Późniak/Polityka

Prof. Juliusz Gardawski

„W warstwie światopoglądowej PiS od lat apeluje do drobnomieszczanina”.
T.O./Polityka

„W warstwie światopoglądowej PiS od lat apeluje do drobnomieszczanina”.

Rafał Woś: – Co z gospodarką po roku rządów PiS? Mamy dobrą czy jednak złą zmianę? A może zmienił się tylko zestaw nazwisk na kluczowych stanowiskach rządowych i w spółkach Skarbu Państwa, a kierunek pozostał ten sam. Wedle zasady „no dobra, zmiana!”.
Juliusz Gardawski: – Zmiana jest. I wygląda na poważną. Zmienia się cały model polskiej gospodarki rynkowej.

Czy może pan opisać ten nowy model?
W pewnym sensie wskazówki zegara cofnęły się do przełomu lat 80. i 90. Mam wrażenie, że zaczęliśmy budować model gospodarczy, o którym wówczas sądzono, że się pojawi po upadku bloku sowieckiego. Zachodni obserwatorzy zastanawiali się, co tu u nas powstanie. Panowało przekonanie, że w kraju o dość długiej tradycji autorytarnego socjalizmu nie uda się zbudować demokracji liberalnej i wolnorynkowego kapitalizmu. Spodziewano się, że powstanie model gospodarki odmienny od modeli zachodnich, łączący rozwiązania europejskie i azjatyckie. Dziś, po przeszło 20 latach, przychodzi nam oswajać się z myślą, że może rzeczywiście nie udało się nam przyłączyć do Zachodu.

Niektórych to bardzo martwi. Uważają, że gospodarka rynkowa na wzór anglosaski z małym państwem, niskimi podatkami i elastycznym rynkiem pracy była wielką zdobyczą minionego 25-lecia.
Model anglosaski nie dał się przeszczepić, zabrakło odpowiedniej kultury. Ale można powiedzieć, że przecież nie wszędzie musi być taki liberalizm. Obok rynkowego modelu anglosaskiego mamy model niemiecki z rozbudowanym współzarządzaniem pracowniczym, model skandynawski z dialogiem społecznym, silną rolą związków zawodowych, model kontynentalny o silnej roli państwa.

Pytanie, czy PiS prowadzi nas w stronę któregokolwiek z nich? Nie mówię o deklaracjach, lecz o praktyce.
Ten rok kolejny raz potwierdził, że mamy w Polsce słabo zakorzeniony szacunek do instytucji, do bezosobowych reguł życia społecznego, w tym do prawa. Gdzieś w tle jest znana teza Grażyny Skąpskiej o niskiej kulturze prawnej społeczeństwa. Dlatego w praktyce liberalny model gospodarki, którego warunkiem jest właśnie szacunek dla instytucji prawa, się posypał. A politykę rozumie się u nas raczej jako przeciąganie liny pomiędzy różnymi grupami interesu niż dążenie do dobra wspólnego. Po prostu nie ukształtowała się u nas postawa, w której z oburzeniem przyjmuje się zamach na prawo. Widać to dobrze na przykładzie Trybunału Konstytucyjnego.

Więc skoro nie stary model, to co? Jaka będzie ta nowa demokracja i nowa gospodarka?
Na pewno będzie w niej znacznie więcej państwa. I to nie musiałoby być wcale takie złe rozwiązanie, jest ono znane w kontynentalnej Europie. Problem w tym, że PiS zdaje się mówić: „no dobra, nie wyszło, instytucje w Polsce źle działają, więc tutaj trzeba nam zupełnie innego modelu”. W miejsce żmudnego doskonalenia instytucji proponuje powrót do „ręcznego sterowania” i odgórnej kontroli bez zbytniego oglądania się na procedury. Tli się pomysł stworzenia czegoś między FBI a czerezwyczajką. Rzucony wiele lat temu przez Ludwika Dorna. A dziś realizowany na wielu polach – od telewizji po rozliczenie reprywatyzacji – przez jego dawną partię. W gospodarce ten nowy model rysuje się jeszcze wyraźniej.

Gdzie konkretnie?
Najmocniej w świecie pracy. Czyli w miejscu, które było prawdziwym miękkim podbrzuszem III RP. Ja zaczynałem badania pracownicze w latach 80. I – że tak powiem – „uczestniczę” nimi w polskiej transformacji do dziś. W tych badaniach dość szybko, bo już na początku lat 90., pojawił się pewien kluczowy wątek, który towarzyszył nam przez całe 27-lecie. Nazwałem to syndromem porzucenia świata pracy. Tu nie chodziło o to, że jesteśmy ubodzy i że jest ciężko. Główna skarga pracowników brzmiała: „teraz nie mamy się do kogo zwrócić”. Klasyczne porzucenie.

Obrońcy logiki polskiej transformacji powiedzą, że przecież był Kuroń, zasiłki i wcześniejsze emerytury. A potem stopniowa poprawa stopy życiowej większości społeczeństwa.
Oczywiście. Ale tu chodziło o względne poczucie upośledzenia społecznego. Przekonanie, że zniknęły instytucje, do których można się odwołać i oczekiwać wsparcia. Większość związków zawodowych straciło wpływy w zakładach pracy, zanikać zaczęły funkcje opiekuńcze państw, w sprawach egzystencjalnych Kościół jest bezsilny. Oczywiście, że poprawiała się sytuacja materialna. Zniknęły kolejki, pojawiły się coraz tańsze auta, telewizory i ubrania. Ale narastał dystans, który mocno bolał. Dystans wobec tych nowych, lepiej dostosowanych, młodszych, bardziej kosmopolitycznych i mobilnych, tych, których stać na prywatną służbę zdrowia. Co gorsza, to poczucie upośledzenia zaczęło się reprodukować w młodym pokoleniu. Zazwyczaj po starych liniach klasowych. Z punktu widzenia przeciętnego Polaka państwo nie było „swojskie”, stawało się coraz bardziej „obce”, utrzymywał się, a nawet wzmacniał podział my – oni. To poczucie wyobcowania i braku swojskości wykorzystał PiS.

Ale przecież w historii III RP były próby zwrócenia się do świata pracy. AWS to była partia „związkowa”. Miller i Kwaśniewski pozowali na trybunów ludowych.
Tak, ale w powszechnym przekonaniu oni szybko zawiedli. Przecież pierwsze zwycięstwo wyborcze SLD – tak zaskakujące obserwatorów – przypomina obecny powrót PiS do władzy. Jednak SLD to była partia iluzorycznie lewicowa. Faktycznie wywodziła się z PZPR, która była przed 1989 r., jak mawiali złośliwi, związkiem zawodowym dyrektorów. SLD chciało być nowoczesne, lubiane przez biznes, chwalone przez inteligencję, gdzież mu do robotników! A Kaczyński jest pierwszym przywódcą politycznym, który umie przekonać, że się nie odwróci od przeciętnego Polaka, rozumie go i da wsparcie, jakie tylko będzie w stanie dać. Jego intencje polityczne są zawoalowane, ale nawet gdyby oświadczył, że chce rządzić autokratycznie – dzisiaj większość i tak by go poparła. Oczywiście nie doszedł do tego od razu. W latach 2005–07 też się nie wywiązał. Ale zdołał zbudować przekonanie, że lekcję odrobił. Tu nie chodzi nawet o to, że w 2015 r. Kaczyńskiemu udało się zmobilizować polski świat pracy. Uczynił coś więcej, to on dopiero stworzył podmiot polityczny z „wielkiego niemowy”, jak określiłem wraz z kolegą klasę robotniczą w artykule do POLITYKI w 1993 r. Teraz można już masy mobilizować, to jest obecnie armia Kaczyńskiego. Stało się to dzięki wyzwoleniu z poczucia deprywacji – ciągłego niezaspokojenia i przywróceniu swojskości światu polityki. To niezbity dowód na wielki polityczny talent Kaczyńskiego.

Zarzut jest oczywiście taki, że PiS robi to instrumentalnie.
Oczywiście, że tak. Mnie to bardzo przypomina czas Gierka, który wkroczył na arenę i został zaakceptowany przez oczekujących na docenienie za pracę. Przez zmęczonych gomułkowskim zastojem. Jak pamiętamy, u Gierka starczyło tego na cztery lata, bo obietnica się wyczerpała. Samochód jednak okazał się zbyt trudny do kupienia, M3 zbyt oddalone i wszystko zaczęło się rozłazić. Ale początkowo stan nastroju świata pracy był podobny. Wreszcie my! Kaczyński zdaje się mieć tego świadomość. Proszę sobie przypomnieć – gdy któryś z członków jego gabinetu próbował naruszyć kontrakt przedwyborczy i mówił sceptycznie o hojnym programie społecznym, np. wieku emerytalnym, od razu zastawał przywołany do porządku. Ale proszę mi pozwolić powiedzieć coś ważnego.

Proszę.
Sztandarowe programy gospodarcze PiS, zwłaszcza 500 plus i płaca minimalna, jakoś się światu pracy należały. Duży kraj z niezłym rozwojem ekonomicznym, kupujący F-16 i helikoptery za grube miliardy, zbyt długo pozwalał masom pracowników mieć takie poczucie deprywacji.

Pociągnijmy analogię z Gierkiem. W połowie jego rządów zaczęło się spowolnienie. Po dekadzie kryzys i wielka smuta lat 80. Czy PiS też wpędzi Polskę w wielki kryzys?
Gdy idzie o rządowe programy socjalne – choćby 500 plus – jestem raczej spokojny. Nie sądzę, by gospodarka całkiem nieźle rozwiniętego kraju załamała się pod ciężarem programu, który jest tak skonstruowany, że spora część pieniądza wraca na rynek wewnętrzny, zwiększa popyt krajowy. Dopóki nie będzie badań wskazujących, że program jest groźny dla gospodarki, to nie dam się przekonać.

A jednak ostra krytyka 500 plus się pojawiła.
I mam wrażenie, że raczej się PiS przysłużyła. Pomogła mu ugruntować przekonanie: „popatrzcie, oni wami gardzą i jak powrócą do władzy, to wam te pieniądze zabiorą”. Ja nie mam wątpliwości, że za te same pieniądze dałoby się skonstruować tańszy i długofalowy program pomocy polskim rodzinom. W postaci systemu żłobko-przedszkolnego. Ale mając do wyboru program realny i niedoskonały a świetny, hipotetyczny – wybieram ten pierwszy.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną