Dlaczego młodzi medycy uciekają z Polski

Lekarzy jak na lekarstwo
Gdyby starsi medycy, wzorem reszty społeczeństwa, odmówili pracy „aż do śmierci”, musielibyśmy się leczyć sami. Młodzi ich nie zastąpią, wolą leczyć ludzi za granicą.
Na początek, w ramach etatu, gwarantują 2,4 tys. euro. Tylko się spakować.
Mirosław Gryń/Polityka

Na początek, w ramach etatu, gwarantują 2,4 tys. euro. Tylko się spakować.

O tym, że lekarzy zaczyna brakować, wiemy od co najmniej kilkunastu lat.
Polityka

O tym, że lekarzy zaczyna brakować, wiemy od co najmniej kilkunastu lat.

Oblicza się, że z kraju wyjechało już 10 proc. lekarzy. Z danych Naczelnej Rady Lekarskiej wynika, że ten proces przyspiesza. W ostatnim roku liczba lekarzy, którzy poprosili o zaświadczenia poświadczające kwalifikacje medyczne, wzrosła o 25 proc. Młodzi gremialnie uznają, że dłużej w chorym systemie pracować nie będą. Po sześcioletnich studiach nasze państwo – mówią – traktuje ich jak współczesnych niewolników. A na zmianę systemu się nie zanosi.

Lista postulatów lekarzy pod adresem rządu jest długa. Na czele z ustanowieniem płacy minimalnej w zawodach medycznych. Właśnie zanieśli do marszałka Sejmu obywatelski projekt ustawy, w myśl którego lekarz ze specjalizacją w swoim podstawowym miejscu pracy nie może zarabiać mniej niż trzy średnie krajowe (czyli ponad 12 tys. zł brutto). Lekarz młody, bez specjalizacji, musi mieć gwarancję płacy minimalnej na poziomie dwóch średnich krajowych, czyli ponad 8 tys. zł. Ministerstwo Zdrowia rozmów na temat tak wysokiego poziomu płac prowadzić nie zamierza. Lekarze liczą, że zmuszą je do tego pacjenci pozbawieni opieki medycznej. Na razie zebrali pod projektem ponad 200 tys. podpisów. I gremialnie wyjeżdżają.

Emeryci i seniorzy

– Polski system publicznej ochrony zdrowia funkcjonuje dzięki emerytom – stwierdził bez ogródek Andrzej Jacyna, prezes NFZ, na spotkaniu z dyrektorami wielkopolskich i dolnośląskich szpitali powiatowych. Aż 30 proc. finansowanych przez fundusz procedur wykonują lekarze, którzy przekroczyli już wiek emerytalny. Średni wiek lekarza specjalisty wynosi w kraju już prawie 55 lat.

Ale są specjalności, w których lekarze wymierają dosłownie. Mapy potrzeb zdrowotnych, które zaczęto robić jeszcze za ministra Arłukowicza, pokazują, jak bardzo dramatyczna jest sytuacja. I to nie tylko na prowincji. Na przykład na Mazowszu mediana wieku otolaryngologów dziecięcych wynosi… 72 lata. Połowa specjalistów z tej dziedziny jest starsza. W dodatku lekarze starzeją się szybciej niż pacjenci, ponieważ odchodzących nie zastępują młodzi. Luka pokoleniowa staje się coraz większa.

Do niedawna najdłużej pracującym lekarzem rekordzistą był Władysław Przybył ze Słupska, który w tamtejszym pogotowiu ratunkowym jeździł od 1951 r. Z ostatniego dyżuru w karetce zszedł przed 95. urodzinami. Częściej media donoszą, że kolejny lekarz w starszym wieku zmarł podczas dyżuru.

Do pacjentów powaga sytuacji na razie nie dociera. Rodzice z Ustki, którzy skarżyli się, że 88-letni lekarz, który przyjechał karetką do dziecka i – ich zdaniem – nie zajął się nim odpowiednio, ponieważ słabo widział, słabo słyszał oraz nie był w pełni sprawny fizycznie, uznali, że doktor powinien zostać zwolniony. I że powinna być wyznaczona górna granica wieku dla lekarza pracującego w pogotowiu. Mieli płonną nadzieję, że zastąpi go młodszy. Tyle że według projektu ustawy o ratownictwie przygotowanej przez Ministerstwo Zdrowia lekarzy w karetkach pogotowia nie będzie wcale. Mają ich zastąpić ratownicy medyczni. Na razie projekt zamrożono.

Ratownicy właśnie zaczęli protest ogólnopolski. Żądają podwyżek co najmniej takich, jakie wywalczyły, jeszcze za poprzedniego rządu, pielęgniarki. Czyli 1,6 tys. zł, rozłożonego na cztery lata (po 400 zł). Ministerstwo jest gotowe rozmawiać o połowie stawki. Ratownicy nie. Protest najpierw będzie kroczący, z wręczaniem pacjentom pogotowia ulotek informujących o głodowych zarobkach. Potem – eskalujący. – Będziemy przechodzili do ostrzejszych form. To strajki głodowe i wypowiedzenia pracy – zapowiada Roman Badach-Rogowski, przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego.

Pod ministrem Konstantym Radziwiłłem pali się grunt. Sam go podpalił. – Jako wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej zgłaszał przecież postulaty płacy minimalnej dla lekarzy, a potem, już jako minister zdrowia, przedstawił kolegom propozycje, które daleko od nich odbiegały – twierdzi Jerzy Gryglewicz, ekspert ochrony zdrowia z Uczelni Łazarskiego. Wywołał tym frustrację środowiska i spowodował, że się zjednoczyło w Porozumieniu Zawodów Medycznych.

O tym, że lekarzy zaczyna brakować, wiemy od co najmniej kilkunastu lat. Pod względem liczby lekarzy przypadającej na 10 tys. mieszkańców Polska obsuwała się z roku na rok coraz niżej. Teraz – według danych OECD – znalazła się na ostatnim miejscu w Unii. W Europie gorzej jest tylko w Czarnogórze. Mamy ich średnio 22 i ciągle ich ubywa, podczas gdy np. w Norwegii wskaźnik wynosi około 40.

Zmęczeni dorabianiem

Od 1995 do 2008 r. drastycznie ograniczono nabór na uczelnie medyczne. Rządy często podzielały pogląd Margaret Thatcher, że większa liczba lekarzy skutkuje większym popytem na leczenie. W rezultacie brak lekarzy na Wyspach okazał się tak dotkliwy, że na gwałt trzeba było zachęcać do pracy w Wielkiej Brytanii obcokrajowców, także z Polski. Obecnie co drugi lekarz nie jest Brytyjczykiem. Ale takich warunków, jakie oferuje medykom Wielka Brytania, Polska zaproponować nie zdoła.

Z deficytu lekarzy cieszyli się także sami lekarze. Zwiększał siłę ich nacisków płacowych, w czym pierwsi zorientowali się anestezjolodzy. Im bardziej nie miał kto znieczulać pacjentów, tym bardziej ich zarobki rosły. Z czasem nie trzeba było nawet strajkować. Dyrektorowi szpitala wystarczała świadomość, że brak specjalistów może odbić się na wysokości kontraktu. Doświadczonych lekarzy podkupywały też placówki prywatne. Obecnie możliwości dorabiania są niemal nieograniczone.

W Polsce rocznie diagnozuje się 160 tys. nowych pacjentów z chorobą nowotworową. – Ma ich leczyć zaledwie 840 onkologów, bo tylko tylu jest lekarzy tej specjalności, i zaledwie 200 radioterapeutów – wylicza prof. Cezary Szczylik. Państwo wydało ciężkie pieniądze na zakup akceleratorów, ale brakuje specjalistów do ich obsługi. Więc poszukujący onkologa radioterapeuty warszawski szpital MON zaoferował trzyletni kontrakt w wysokości 1 mln zł. Kontrakt, oczywiście, nie wyklucza możliwości dorabiania.

Polski lekarz pracuje przeciętnie w trzech miejscach – stwierdza prof. Romuald Krajewski, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Średnio 60 godzin w tygodniu. Ale co najmniej kilkanaście procent doktorów leczy nas ponad 120 godzin w tygodniu! Norma unijna wynosi 48 godzin, ale polscy lekarze świetnie wiedzą, jak ją omijać, a ich szefowie – jak tego nie dostrzegać.

Doktor najpierw przychodzi do szpitala, w którym ma etat (coraz rzadziej). Potem w tym samym szpitalu może mieć kilkudniowy nawet dyżur, bez przerwy, jako firma. O bezprawnym wydłużaniu czasu pracy lekarzy jako pierwsza, jeszcze w 2014 r., zaalarmowała Państwowa Inspekcja Pracy. Skontrolowała 300 szpitali i w co piątym stwierdziła łamanie przepisów. Rekordzistą okazał się neurolog, który bez przerwy dyżurował 175 godzin.

Kiedy za badanie czasu pracy lekarzy zabrała się Najwyższa Izba Kontroli, rekordzistów już było wielu. Łamanie prawa pracy stwierdzono w ponad połowie szpitali. Głośno robi się wtedy, gdy lekarz na dyżurze umrze. Jak w przypadku lekarki z Białogardu, która dyżurowała cztery dni bez przerwy. Śledztwo wykazało jednak, że w jej organizmie znaleziono substancję przeciwbólową, a więc nie była to śmierć z przepracowania. To wtedy minister Konstanty Radziwiłł uświadomił nam, że wybór pacjentów nie polega na tym, że mogą się leczyć u lekarza przepracowanego albo wypoczętego. Lekarz może być przepracowany albo żaden.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną