Ostatni lot Air Berlin. Czy na niebie jest jeszcze miejsce dla małych firm?

Na niebie coraz ciaśniej
Na bankructwach Air Berlin, Alitalii i Monarch korzystają głównie lotniczy giganci, którzy stają się jeszcze więksi. Czy wśród tych potęg znajdzie dla siebie miejsce niezależny, ale wciąż bardzo mały LOT?
Piątek to ostatni dzień lotów Air Berlin, drugiego pod względem wielkości niemieckiego przewoźnika.
Kent Wien/Flickr CC by 2.0

Piątek to ostatni dzień lotów Air Berlin, drugiego pod względem wielkości niemieckiego przewoźnika.

Dla ośmiu tysięcy pracowników nadchodzi koniec. Piątek był ostatnim dniem lotów Air Berlin, drugiego pod względem wielkości niemieckiego przewoźnika i swego czasu poważnego konkurenta Lufthansy. Na początku października nagle zakończyła działalność brytyjska linia Monarch. Wciąż lata, choć od początku maja jest w stanie upadłości, włoska Alitalia, czekająca na inwestora. Te trzy przykłady pokazują zresztą ogromne różnice w polityce gospodarczej krajów europejskich.

Mamy bowiem bezwzględny kapitalizm brytyjski, gdzie istotna linia lotnicza upada nagle, z dnia na dzień. Konserwatywny rząd w żaden sposób jej nie wspiera, a tylko organizuje powroty do domu pechowych pasażerów. Z drugiej strony rząd włoski, bojąc się gniewu związkowców, udziela kolejnych kredytów Alitalii i wcale nie spieszy się z szukaniem inwestora dla dawnej narodowej dumy. Wszystko wskazuje na to, że decyzja o przyszłości Alitalii zostanie podjęta dopiero po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, a na razie będą ją finansować włoscy podatnicy.

I wreszcie przykład niemiecki, niejako pośredni. Niemcy co prawda nie pozwolili upaść od razu Air Berlin, ratując go w sierpniu pożyczką rządową w wysokości 150 mln euro. Jednak negocjacje dotyczące podziału linii między konkurencję przebiegły bardzo szybko, a głównym wygranym jest Lufthansa. Wielu niemieckich polityków nawet nie ukrywało, że bankructwo Air Berlin ma wzmocnić narodowego czempiona, a nie jego zagranicznych konkurentów. W efekcie na wielu trasach wewnątrzniemieckich Lufthansa (albo jej spółka córka Eurowings) ma od soboty monopol, a do tego zagwarantowała sobie cenne sloty na lotniskach w Berlinie i Düsseldorfie, które były bazami Air Berlin.

Czy LOT znajdzie miejsce na rynku?

Upadki trzech dużych linii pokazują, jak zażarta jest dziś konkurencja na europejskim niebie. Co ważne, doszło do nich w czasach bardzo taniej ropy, gdy giganci odnotowują ogromne zyski. Jednak ci mniejsi mają już dużo mniejsze pole manewru. Air Berlin i Alitalia funkcjonowały przez ostatnie lata tylko dzięki kroplówce finansowej od linii Etihad. Jednak w końcu właściciele przewoźnika z emiratu Abu Zabi stracili cierpliwość i przestali wierzyć, że dalsze finansowanie niemieckiej i włoskiej linii ma jakikolwiek sens.

Alitalia jest przykładem wyjątkowo fatalnego zarządzania przez wiele lat. Air Berlin chciał być wielki, przejmował kolejnych konkurentów i stracił przez to swoją tożsamość. Monarch zaś padł ofiarą słabego funta i znacznie mniejszego zainteresowania Brytyjczyków urlopami w krajach niebezpiecznych – Turcji, Tunezji czy Egipcie.

Gdy jedni upadają, inni się cieszą. Na bankructwie Air Berlin najbardziej korzysta Lufthansa, która dodatkowo ma ochotę na kupno kawałków Alitalii. Część samolotów po Air Berlin może przejąć brytyjski EasyJet, który wypełni też lukę po Monarch. Ryanair chwilowo dostał zadyszki z powodu braku pilotów, ale gdy tylko rozwiąże wewnętrzne problemy, na pewno jeszcze agresywniej powalczy o pasażerów. Pięciu europejskich gigantów – Ryanair, EasyJet, grupa Lufthansy, Air France/KLM oraz IAG (British Airways+Iberia) – nawet nie ukrywa, że planuje dalszą konsolidację. Marzą o takiej sytuacji, jaka ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, gdzie cztery wielkie koncerny podzieliły między siebie praktycznie cały rynek.

Dla nas to niepokojące sygnały, bo przecież LOT pozostał już jedną z niewielu małych europejskich linii, które działają samodzielnie. Wyniki naszego narodowego przewoźnika są ostatnio przyzwoite, a liczba samolotów i połączeń się zwiększa, tak samo jak ambicje. LOT przejął małego przewoźnika estońskiego i chciałby stać się liderem Europy Środkowo-Wschodniej. Kłopot w tym, że większość lokalnych linii, które mogłyby stworzyć z LOT taką przeciwwagę dla gigantów, już nie istnieje. Narodowi przewoźnicy Węgier, Litwy czy Słowacji dawno upadli, a Czesi sami łączą te linie, które jeszcze mają. Marząc o potędze LOT, nie należy zresztą zapominać, że kilka lat temu był on na skraju bankructwa i uratowały go wyłącznie pomoc publiczna oraz spieniężenie wszystkich rodowych sreber, jakimi dysponował.

Prawdziwy test dla europejskich linii nastąpi, gdy podrożeje ropa i skończy się wyjątkowo tanie paliwo lotnicze. Podwyżki cen biletów nie będą łatwe, bo klienci przyzwyczaili się, że latanie – w przeciwieństwie do innych produktów i usług – jest coraz tańsze, a nie coraz droższe. Gdy rachunki za tankowanie wzrosną, okaże się, kto wytrzyma tę coraz ostrzejszą konkurencję, a kto zniknie z rynku albo zostanie wchłonięty przez jednego z gigantów. Strategia rządu PiS dotycząca LOT jest jasna – linia ma być samodzielna, kontrolowana przez Skarb Państwa i szybko rosnąć, bo to przecież dla niej powstanie gigantyczny Centralny Port Komunikacyjny. To strategia jakże patriotyczna, ale wyjątkowo ryzykowna. Alitalia i Air Berlin też kiedyś miały wielkie ambicje, też rzucały wyzwanie gigantom i też chciały pozostać niezależne. A dzisiaj są przykładami podniebnej klęski.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną