Czy tworzenie narodowego koncernu paliwowego ma sens?

Pozycja Lotosu
Z Pawłem Olechnowiczem, twórcą Grupy Lotos i jej byłym wieloletnim prezesem, rozmawiamy o wielkiej fuzji naftowej, sensie tworzenia narodowego koncernu paliwowego i trudnej sztuce kierowania spółką Skarbu Państwa.
Paweł Olechnowicz
Adam Warżawa/PAP

Paweł Olechnowicz

„Po zakończeniu programu EFRA – służącemu maksymalizowaniu efektywnej rafinacji ropy – Gdańsk będzie prezentował najwyższy światowy poziom technologii”.
Marcin Dobas/Forum

„Po zakończeniu programu EFRA – służącemu maksymalizowaniu efektywnej rafinacji ropy – Gdańsk będzie prezentował najwyższy światowy poziom technologii”.

audio

AudioPolityka Adam Grzeszak - Pozycja Lotosu

ADAM GRZESZAK: – Ile przeżył pan prób przyłączenia Lotosu do Orlenu?
PAWEŁ OLECHNOWICZ: – Nie liczyłem, ale sporo. Były trzy zdecydowane próby, a ze strony Orlenu odczuwaliśmy nieustający nacisk na połączenie.

Dziwiło to pana?
Od kiedy przyszedłem do Rafinerii Gdańskiej i zaczęła powstawać Grupa Lotos, ciągle mnie intrygowało, skąd to dążenie do połączenia tych dwóch firm i stworzenia jednego konglomeratu? W kraju mającym 38 mln mieszkańców, z gospodarką rynkową, miałby powstać monopol, którego skutki odczują klienci. A jak taka firma będzie postrzegana na rynku międzynarodowym? Przecież jesteśmy w UE i obowiązuje nas unijne prawo.

Dziś Orlen i Lotos ze sobą konkurują?
Oczywiście.

Pewnie pan powie, że oba koncerny mają własne stacje paliw, a jeszcze są inni operatorzy, więc mamy konkurencyjny rynek?
Tak właśnie jest. Zresztą po połączeniu Orlenu z Lotosem część stacji trzeba będzie sprzedać.

Przecież Orlen i Lotos tworzą duopol i zarabiają na tym, na czym inni nie mogą.
Niechętnie mówię o Orlenie i Lotosie jako o firmach produkcyjnych. Od przerobu ropy ważniejsza jest działalność marketingowo-handlowa. Tu jest konkurencja, nie tylko na rynku krajowym, ale także na rynkach zagranicznych. Grupa Lotos ma też rozwijający się segment poszukiwania i wydobycia ropy.

Orlen, kupując Lotos, zyska jego część rynku, ale też znacznie powiększy swój potencjał produkcyjny. Może być zmuszony do jego cięcia. Mając do wyboru Płock czy Gdańsk, może zdecydować, że odbędzie się to kosztem Gdańska.
Jeśli będą decydowały względy technologiczne, to o Gdańsk jestem spokojny. Po zakończeniu programu EFRA – służącemu maksymalizowaniu efektywnej rafinacji ropy – Gdańsk będzie prezentował najwyższy światowy poziom technologii. Ze sprawnie funkcjonującymi mechanizmami zarządczymi jest maszynką do przerobu ropy. Z 10,5 mln ton surowca powstają głównie dobrze się sprzedające produkty, a w mniejszym stopniu te, które stają się problemem, czyli ciężki olej opałowy i asfalty.

Czy w tej sytuacji litewska rafineria w Możejkach będzie miała jeszcze dla Orlenu rację bytu?
To już jest sprawa polityki międzynarodowej korporacji. Na pewno skala przerobu Możejek jest zbyt duża w stosunku do potrzeb Litwy. Na lokalnym rynku można sprzedać do 20 proc. produktów, co oznacza, że dla pozostałej części trzeba znajdować inne miejsca. Zbilansowanie potencjału przetwórczego Płocka, Gdańska, Możejek i rafinerii w Czechach to duże wyzwanie.

Na samych wspólnych zakupach ropy dla całej grupy podobno będzie można osiągnąć spore oszczędności.
Teoretycznie to możliwe, ale jeśli się spojrzy na politykę zagraniczną i na to, jak prowadzą ją nasi sąsiedzi, sytuacja nie wygląda najlepiej. Nie sądzę, by Orlen i Lotos, dziś konkurując ze sobą, osiągały gorsze ceny niż te, jakie uda im się osiągać razem. Wykorzystywanie gospodarki do celów politycznych może być większym zagrożeniem. Możemy usłyszeć: chcesz kupić więcej za mniejszą cenę? To ja ci podyktuję wyższą cenę.

Powstanie silny podmiot. To się nie liczy?
O ile silniejszy? Wcale nie jest to takie pewne. Martwi mnie sprawa bezpieczeństwa energetycznego kraju w sytuacji, gdy większościowy pakiet Lotosu przejmie firma, w której Skarb Państwa ma 27,5 proc. Tymczasem strategia bezpieczeństwa energetycznego określona przez poprzednie rządy zakładała, że w Grupie Lotos państwo musi mieć ponad 50 proc. akcji. To jest jeden z poważniejszych aspektów sprawy, ale nie jedyny. Bo jest jeszcze aspekt społeczny.

Pracownicy Grupy Lotos podobno nie muszą obawiać się zwolnień.
Jaki jest w takim razie cel całej operacji? Dziś wprawdzie można mówić, że nic się nie zmieni, ale w ciągu dwóch–trzech lat to się stanie. Bo tylko wówczas można doprowadzić do efektów synergii. Konieczna będzie racjonalizacja pewnych procesów, wyeliminowanie dublujących się struktur i ich uproszczenie. Z tego jednoznacznie wynika konieczność redukcji zatrudnienia.

Zmniejszą się koszty, to chyba dobrze?
Zmniejszy się liczba miejsc pracy, ale z dużym prawdopodobieństwem nie da to większych przychodów, niż obecnie mają Orlen i Lotos oddzielnie. Dzisiaj ludzie z tych firm walczą poza Polską o inne rynki – niekoniecznie na paliwa silnikowe, ale na asfalty, oleje czy inne produkty. Jeżeli przychodów będzie mniej, to i wpływy do budżetu centralnego i budżetów lokalnych zmaleją.

Ma pan doświadczenie w zbijaniu argumentów za połączeniem obu spółek. Chyba w biurku trzymał pan analizy i nigdy się z nimi nie rozstawał?
Miałem analizy przygotowane przez specjalistów, bo były potrzebne. To nas broniło. Ale byłem też otwarty na dyskusje. To nieprawda, że jestem wrogiem połączenia. Trzeba jednak dobrze przeanalizować wszystkie aspekty. Zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa energetycznego i społecznego.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną