Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Rynek

Zwolnienia i kontrola. Google wcale nie jest idealnym miejscem pracy

Oryginalne motto firmy – „Don’t be evil” (ang. „Nie bądź złym”) – nie wytrzymało starcia z kapitalistyczną logiką prowadzenia biznesu. Oryginalne motto firmy – „Don’t be evil” (ang. „Nie bądź złym”) – nie wytrzymało starcia z kapitalistyczną logiką prowadzenia biznesu. Lars Hagberg / Forum
Oryginalne motto firmy – „Don’t be evil” (ang. „Nie bądź złym”) – nie wytrzymało starcia z kapitalistyczną logiką prowadzenia biznesu.

Firma stawiana była przez lata za wzór pracodawcy, który tworzy przyjazną kulturę organizacyjną, umożliwia rozwój kreatywności i dba o samopoczucie wszystkich zatrudnionych. Cyfrowy gigant z Doliny Krzemowej z jednej strony zapewniał przestronne przestrzenie z wygodnymi pufami i strefami relaksu, z drugiej – dzięki opiece przedszkolnej czy czasowi na własne projekty miał pokazywać przywiązanie do autonomii i swobody ekspresji. Do czasu.

Rozeszły się drogi szefów i pracowników Google′a

Jeszcze na początku 2017 r. wydawało się, że firma wspiera społeczne zaangażowanie. Zarząd Google’a wziął udział w skoordynowanych protestach wielu biur firmy na świecie przeciwko zakazowi wjazdu do USA obywateli z krajów muzułmańskich. Rozkaz Trumpa skrytykowali założyciel firmy Sergey Brin oraz CEO Sundar Pichai. Jednak od tego czasu rozeszły się drogi kierownictwa, skłonnego do współpracy z administracją i stopniowo zmieniającego reguły gry w firmie, oraz pracowników.

Na przełomie 2017 i 2018 r. ujawniono dokumenty wskazujące, że Google pracuje nad Projektem Maven dla Pentagonu, budując system rozpoznawania obrazu dla dronów wojskowych. Część prac związana z katalogowaniem danych była co więcej zlecana nieświadomym celu pracownikom Figure Eight, czyli platformy tzw. mikropracy. Tysiące Googlersów podpisało petycje o zerwanie umowy, doszło też do zwolnień na znak protestu. Zarząd niechętnie, ale zrezygnował z lukratywnego kontraktu.

Zaledwie kilka miesięcy później, w listopadzie, rozpoczął się Google Walkout, podczas którego ok. 20 tys. pracowników i pracownic opuściło biurka, chcąc zwrócić uwagę na zamiatane pod dywan sprawy molestowania seksualnego, nietransparentne decyzje menedżerów i toksyczną kulturę w firmie. Główni sprawcy zostali pożegnani sowitymi odprawami (jak Andy Rubin, który za szefowanie robotyce, w tym słynnemu już Boston Dynamics, otrzymał 90 mln dol. mimo oskarżeń o molestowanie), zaś organizatorki konsekwentnie rugowano z projektów i ograniczano im dostępu do spotkań firmowych. Dziś tylko trzy z nich dalej pracują w korporacji.

Protesty w Google i wielka polityka

Google nie zrezygnował jednak z kursu na zysk za wszelką cenę. Oryginalne motto firmy – „Don’t be evil” (ang. „Nie bądź złym”) – nie wytrzymało starcia z kapitalistyczną logiką prowadzenia biznesu, a wątpliwe etycznie standardy Facebooka czy Ubera przeniosły się też na lidera Doliny Krzemowej.

W grudniu ubiegłego roku na forach firmy rozszedł się list alarmujący o dużo gorszych warunkach pracy pracowników kontraktowych (objętych umowami podobnymi do śmieciowych), dziś grupy liczniejszej niż normalnie zatrudnionych. Później ujawniono Project Dragonfly – plan stworzenia ocenzurowanej wyszukiwarki na zlecenie rządu Chin. Potem tygodniowa kampania doprowadziła do rozwiązania „rady etyki AI”, do której cyfrowy gigant powołał m.in. przedstawicieli konserwatywnych ekstremistów z Heritage Foundation. Google Walkouts nie ustawały.

Ostatnie protesty znów dotknęły świata wielkiej polityki. Googlersi od sierpnia tego roku domagali się zerwania współpracy (sprzedaży produktów chmurowych) z agencją ds. imigracji i egzekwowania przepisów celnych (ICE) i służbą ochrony granic USA – agencjami prowadzącymi obecnie obozy dla „nielegalnych” imigrantów. Liczne doniesienia o separowaniu dzieci od rodzin oraz przypadkach śmiertelnych podczas uwięzienia doprowadziły do ostrego sprzeciwu.

Cenzura na forach, represje dla niepokornych

Reakcja firmy narastała stopniowo. Cotygodniowe otwarte dyskusje z menedżerami zamieniono na comiesięczne, prowadzone w nadzorowany sposób. Potem przyszła cenzura na forach, usuwanie wątków i banowanie za „naruszenie zasad społeczności”. Nowe zasady dostępu do plików i kalendarzy zamieniły firmowe komputery w pole minowe, gotowe eksplodować z całą mocą represji przeciw niepokornym pracownikom. Google do pomocy w tym celu zatrudnił firmę IRI Consulting, chwalącą się na swojej stronie „oceną wrażliwości związków zawodowych” oraz bogatym portfolio demontowania uzwiązkowienia w sektorze zdrowia.

W ostatnich dniach listopada zwolniono czwórkę pracowników, którzy byli szanowani w środowisku jako organizatorzy protestów. Zdaniem firmy dopuścili się wglądu w niejawne dokumenty firmy oraz niewłaściwego użytkowania kalendarza do śledzenia zespołów odpowiedzialnych za zarządzanie kadrami i komunikację. Jak podaje organizacja Tech Workers Coalition za Google Walkout, firma zawsze zachęcała do czytania wszystkich dokumentów, udostępnianych wewnętrznie bez ograniczeń, a obecne zasady nie precyzują, co dokładnie jest zabronione. Zarząd prowadzi nadzór każdej aktywności pracowników i jednostronnie decyduje, kiedy odpowiedzieć siłowo – jeśli może tym zyskać potulność reszty załogi.

Tym razem oburzenie w mediach społecznościowych i na protestach było na tyle zauważalne, że odniósł się do niego senator Bernie Sanders, wzywając do rozbicia cyfrowych monopoli i wzmocnienia związków. Nie sposób jednak nie zauważyć, że Google pożera własny ogon. Firma, która zbudowała potęgę na inwigilacji internetu i ekstrakcji danych z każdej aktywności człowieka – co Shoshana Zuboff z Harvardu nazywa „kapitalizmem nadzoru” – dziś obraca ostrze na własnych pracowników. Ich kreatywność i otwartość była potrzebna tylko tak długo, jak przyciągała młode talenty i pozwalała rodzić spin-offowe innowacje.

Cyfrowy tayloryzm w Google

Ale dziś korporacja oczekuje przewidywalnego wyniku finansowego, a Sundar Pichai chce to osiągnąć na dwa sposoby. Raz: wyrzucić etykę za okno i dostarczać technologię każdemu, choćby autorytarnym rządom czy strażnikom obozów. Dwa: odkopać stary koncept Fredericka Taylora, który w szczycie rewolucji przemysłowej osobiście mierzył ze stoperem każdy krok robotników i wyznaczał im zadania, jak gdyby sami byli maszynami. Nowy, cyfrowy tayloryzm w Google to nadzór nad przeglądanymi plikami, kontrola kalendarzy i spotkań, to doradcy zatrudniani do identyfikacji społecznych liderów, żeby móc się ich błyskawicznie pozbyć.

Google, Facebook, Uber czy Amazon dowodzą, że prawa pracownicze to nie tylko domena robotników w XIX-wiecznych fabrykach. Gorsze warunki pracy, nadzór cyfrowego tayloryzmu i pozbawiona skrupułów pogoń za zyskownymi projektami zawiodły również rzekomą „arystokrację pracy” z sektora IT. Wygląda więc na to, że miejsce proletariatu zastępuje dziś bunt pracowników umysłowych – kognitariatu. Raz zbuntowanych nie da się już przywrócić do porządku basenem piłeczek w korporacyjnym katalogu.

Jan Zygmuntowski – prezes zarządu think tanku Fundacja Instrat i stały współpracownik kilku innych organizacji pozarządowych. Naukowo zainteresowany problematyką rozwojową, systemami gospodarczymi, ekonomią innowacji oraz polityką publiczną.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Spluwa i szajba. W USA to jak nieuleczalna choroba

Zamiłowanie Ameryki do broni to choroba, na którą nikt mądry nie wynalazł lekarstwa – zresztą chora uporczywie odmawia leczenia. Czy uczniowie „maszerujący o swoje życie” przekonają ją, by podjęła terapię?

Artur Domosławski
10.04.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną