Cała prawda o tym, jakie to „drony bojowe” planuje kupić MON

Baśnie o tysiącu dronów
Minister Macierewicz obiecał na początku listopada, obserwując pokaz polskich dronów, że będą ich w wojsku tysiące.
Minister Antoni Macierewicz ogląda pokaz bezzałogowców w podwarszawskiej Zielonce.
Adam Chełstowski/Forum

Minister Antoni Macierewicz ogląda pokaz bezzałogowców w podwarszawskiej Zielonce.

Przekaz MON korzysta na tym, że dla przeciętnego odbiorcy newsów zbitka „dron bojowy” brzmi dostatecznie groźnie, by zadrżeć albo pęcznieć z dumy i już nie wchodzić szczegóły. Tymczasem to, czego tysiąc, a może więcej ma być kupione dla Wojsk Obrony Terytorialnej i operacyjnych, to niespecjalnie wyszukana amunicja krążąca – a nie to, co świat zna jako „drony bojowe”.

Celem tego tekstu jest pokazanie, jak brak poszanowania dla powszechnie przyjętej terminologii umożliwia manipulowanie świadomością publiczną. Nie jest to analiza planów zakupowych Ministerstwa Obrony Narodowej ani krytyka tego czy innego rozwiązania technicznego, jakie w przyszłości miałoby trafić do wojska. Tu bowiem żadnych decyzji nie ma i poruszamy się na gruncie zapowiedzi. A one mogą być mylące.

Jakich dronów potrzebuje polskie wojsko?

Zacznę od tego, że dron dronowi nierówny. To, co za kilkaset złotych możemy kupić w elektromarkecie lub zamówić w internecie, nie nadaje się do użytkowania w wojsku, choć istnieją udokumentowane przypadki stosowania komercyjnych bezzałogowców w konfliktach asymetrycznych czy na froncie w Donbasie przez ukraińskie bataliony ochotnicze.

Na użytek polskich zamówień obronnych drony zostały posortowane w kategorie i wpisane do programu zbrojeń zwanego Planem Modernizacji Technicznej. Mało tego, uzyskały priorytetowy status (ich orędownikiem był gen. bryg. prof. Stanisław Koziej, były szef BBN) poprzez wpisanie do jednego z 14 Programów Operacyjnych pod nazwą „Rozpoznanie Obrazowe i Satelitarne”. Oczywiście drona na orbitę nikt nie pośle, choć w sumie satelita to też bezzałogowiec.

Nasi wojskowi zgłosili zapotrzebowanie na pięć klas dronów, kolejno od najmniejszego rodzaju: mikro, mini, klasy taktycznej krótkiego zasięgu, taktycznej średniego zasięgu i MALE – z angielska Medium Altitude Long Endurance, czyli operujące na średnim pułapie i z dużą długotrwałością lotu.

Poza naszymi ambicjami – i szczerze powiedziawszy możliwościami – pozostają drony HALE, wysokiego pułapu i dużej długotrwałości lotu, których przedstawicielem jest strategiczny bezzałogowiec rozpoznawczy Global Hawk. Za to drony mniejszego „kalibru” chcemy w kilku wersjach – ze skrzydłami i śmigłem napędowym lub wirnikami nośnymi (pionowego startu i lądowania), uzbrojone i nieuzbrojone. Pięć klas bezzałogowców tworzy siedem programów zakupowych, licząc od największych: Zefir, Gryf, Orlik, Albatros, Wizjer, Ważka i nie wiedzieć czemu pozostawiony bez nazwy najmniejszy dron klasy mikro (tyle mamy wrednych owadów, dlaczego nie Komar, Meszka czy Giez?).

Z tej palety tylko największe Zefir (MALE) i Gryf (taktyczny średniego zasięgu) nadają się do przenoszenia klasycznego uzbrojenia podwieszanego (rakiet czy bomb) i mogłyby być one uznane w odpowiedniej konfiguracji za drony bojowe lub, jak kto woli, uderzeniowe, znane jako UCAV (unmanned combat aerial vehicle). To właśnie one coraz częściej zastępują samoloty taktyczne w wykonywaniu chirurgicznych uderzeń na starannie wybrane i długo obserwowane cele: budynki, pojazdy czy wręcz pojedyncze osoby.

Dronem z kilkoma rakietami Hellfire latającym nad Irakiem, Syrią czy Somalią można sterować z bezpiecznej bazy w USA czy Wielkiej Brytanii, nie narażając pilotów, a przede wszystkim oszczędzając masę pieniędzy. Zachodnie konstrukcje tego typu to m.in. pionierski Predator, jego większa wersja Reaper i nieco unowocześniona Gray Eagle (wszystkie produkcji General Atomics), oferowana podobno Polsce w ramach programu Zefir. U nas podjęto decyzję, że uzbrojony będzie wyłącznie Gryf, Zefir zaś ma spełniać zadania strategicznego, na naszym poziomie, rozpoznania.

Jakie drony tak naprawdę kupi MON?

Postępująca miniaturyzacja uzbrojenia powoduje, że i mniejsze rozmiarami bezzałogowce mogą być użyte do niszczenia celów. Polskim Gryfem chciałyby się stać np. brytyjski Watchkeeper (Thales/WB Electronics) i izraelski Hermes 450 (Elbit/PGZ), drony nie tak duże jak amerykański Reaper, ale przenoszące zmniejszone wersje bomb i rakiet, których rozwój jest teraz jednym z głównych trendów rynku uzbrojenia.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną