Rynek

Spadek PKB w 2020, czyli tragedii nie ma?

W 2020 r. produkt krajowy brutto spadł o 2,8 proc. w ujęciu rocznym. W 2020 r. produkt krajowy brutto spadł o 2,8 proc. w ujęciu rocznym. kovop58@gmail.com / PantherMedia
Czy powinniśmy się cieszyć z jednego z najpłytszych spadków PKB w Europie i nastawiać na optymistyczne prognozy wzrostu w 2021 r.? Przeświadczenie, że jesteśmy „lepsi od Niemców”, nie powinno nas zmylić.

W piątek GUS poinformował, że w 2020 r. produkt krajowy brutto spadł o 2,8 proc. w ujęciu rocznym. Nasz kolega skomentował to cytatem z serialu „Czarnobyl”: „not great, not terrible” (co HBO tłumaczy na polski jako: „tragedii nie ma”), które to słowa wypowiada jeden z inżynierów na samym początku awarii w elektrowni. To oczywiście tylko ponury żart między ekonomistami, bo choć epidemia jest w Polsce 11. miesiąc i przyniosła straszne żniwo w wymiarze zdrowia i życia ludzkiego, to w gospodarce jest daleko od katastrofy. Nie oznacza jednak, że można się cieszyć z jednego z najpłytszych spadków PKB w Europie i nastawiać na optymistyczne prognozy wzrostu w 2021 r.

Sierpień: Mamy najgłębszą recesję od 1990 r., ale się podniesiemy?

Jedna z najlepszych gospodarek w Unii?

Wśród części komentatorów i wielu osób z rządu i administracji publicznej dane GUS wzbudziły zachwyt nad umiejętnym powstrzymaniem spadku najważniejszego wskaźnika rozwoju gospodarki. Nic dziwnego – PKB niższe o zaledwie 2,8 proc. wygląda imponująco szczególnie w zestawieniu z innymi, większymi gospodarkami. Najczęściej przytaczanym przykładem są Niemcy, w których spadek szacowany jest na ok. 5 proc., czy nawet cała Unia Europejska, w której PKB w 2020 r. skurczył się o 7,5 proc.

W optymistycznym transie pominąć można nawet fakt, że jest to najgorszy wynik polskiej gospodarki od czasów transformacji. Stosunkowo niewielki, w porównaniu do naszych sąsiadów, spadek PKB jest m.in. zasługą struktury polskiej gospodarki, w której przeważającą rolę odgrywają sektory słabo dotknięte przez pandemię – przetwórstwo przemysłowe, a nie usługi. Powodów do pesymizmu da się jednak znaleźć wiele – pierwszy spadek PKB i konsumpcji od blisko 30 lat, najniższy udział inwestycji w PKB to tylko niektóre z nich. Rządzącym wydaje się to widać nieistotne, liczy się wszak to, że jesteśmy lepsi od Niemców…

Czytaj także: Krótki przewodnik po spowolnieniu gospodarczym 2020

Kryzys punktowy

W odróżnieniu od wielu poprzednich kryzysów ten był bardzo skoncentrowany w kilku – w Polsce relatywnie niewielkich – obszarach gospodarki. Chodzi oczywiście o szeroko rozumiany sektor usług konsumenckich, który przez najdłuższy czas podlegał i nadal podlega poważnym ograniczeniom. Łącznie odpowiada on za mniej niż 10 proc. zatrudnienia i jeszcze mniejszą część wartości dodanej wytworzonej w gospodarce. W tym bardzo małym obszarze problemy są jednak bardzo poważne.

Do tego dochodzi aspekt geograficzny. Zamknięta restauracja w dużym mieście może ratować się dostarczaniem posiłków – jej stali klienci wciąż mają pracę, może ją wspomogą, częściej zamawiając obiad do domu. Inaczej sytuacja wygląda w gminie, w której większość mieszkańców żyje pośrednio lub bezpośrednio z turystów, zwłaszcza tam, gdzie gros przychodów powstaje w okresie zimowym. Tam mniejsze wpływy ma dziś sklep, salon fryzjerski czy firma budowlana – bo jeśli ich sąsiedzi nie zarobią na turystach, to będą zaciskać pasa do następnego sezonu. Najgorzej oczywiście mają firmy, które nie kwalifikują się do większości „tarcz” – jednoosobowe działalności gospodarcze czy firmy nowe, powstałe w ostatnim roku. Nic więc dziwnego, że szara strefa rozwija się coraz bardziej, rosnąc na desperacji przedsiębiorców, wyrokach sądów uchylających kolejne kary sanepidu i zmęczeniu klientów, którzy po stresującym roku chcieliby odpocząć inaczej niż w mieszkaniu, w dusznym od smogu mieście. Oczywiście szarej strefy nie zobaczymy w oficjalnej statystyce – ani w ubiegłorocznym, ani w tegorocznym PKB.

Czytaj także: Czy przedsiębiorcy doczekają się wsparcia?

Problemy największych

Na działania rządu skarżą się jednak nie tylko mali usługodawcy z miejscowości turystycznych. Krytyczne głosy da się także usłyszeć wśród przedstawicieli największych polskich firm, które w wyniku niespójnej i nieskutecznej polityki tracą swoje przewagi konkurencyjne. Quae sunt caesaris, caesari (łac. cesarzowi, co cesarskie) – wielu przedsiębiorców doceniło możliwość skorzystania z pomocy w ramach wiosennych tarcz antykryzysowych. Dotyczyły one jednak jedynie problemów powstałych w wyniku pierwszej fali pandemii.

Czytaj także: Spadek PKB w II kw. Wiemy, ile kosztował lockdown

Wraz ze wzrostem zachorowań i rozszerzeniem obostrzeń przeszkody w prowadzeniu działalności powróciły, pieniądze – nie. Ciężko powiedzieć, żeby pomoc od rządu była wystarczająca choćby za pierwszym razem – pokrycie 20 proc. kosztów i przesunięcie płatności składek ZUS nie jest w stanie uratować przedsiębiorstwa. Wtedy jednak firmy mogły pozwolić sobie na wykorzystanie posiadanych rezerw gotówkowych, jesienią wiele z nich takiego komfortu już nie miało.

Aby przetrwać, przedsiębiorcy musieli ratować się więc zaciąganiem dodatkowych kredytów na pokrycie kosztów bieżącej działalności. Tu jednak również pojawiały się problemy. Po obniżeniu stóp procentowych banki, wbrew intencji NBP, były bowiem mniej skłonne do udzielania kredytów. Niewielki potencjalny zysk z odsetek oraz wysokie ryzyko niewypłacalności klienta spowodowały zaostrzenie kryteriów przyznania kredytu, co z kolei utrudniło pozyskanie finansowania najbardziej potrzebującym.

Paradoksalnie jednak brak środków z dofinansowań nie jest największą przeszkodą dla przedsiębiorców. Równie często, jeśli nie częściej, da się słyszeć głosy o destrukcyjnym wpływie chaosu, jaki wywołują kolejne niezrozumiałe i komunikowane w ostatniej chwili decyzje rządu. Losowe zamykanie i otwieranie branż, niespójne i nieefektywne regulacje, różniące się w zależności od sektora – słowem: całkowita nieprzewidywalność – uniemożliwiają skuteczne planowanie działań na kolejne miesiące.

Czytaj także: Polskę przed głębszą recesją ratują państwowe wydatki

Niewystarczające dotacje publiczne w połączeniu z całkowitym chaosem organizacyjnym mogą okazać się tragiczne w skutkach dla, tak często podkreślanej przez rządzących, konieczności zwiększenia udziału kapitału krajowego w gospodarce. W czasie gdy polskie firmy muszą zastanawiać się, czy uda im się przeżyć kolejny miesiąc, zagraniczne koncerny opracowały już strategie na kolejne lata i coraz odważniej myślą o dalszych inwestycjach. W ich wyniku polskim firmom coraz trudniej będzie konkurować na rynku międzynarodowym. Zagraniczne koncerny, wykorzystując wyższe wsparcie państwa oraz stabilność przepisów, będą mogły zaoferować klientom lepsze, bardziej innowacyjne produkty niż ich polscy konkurenci. Nie tylko wpłynie to negatywnie na kondycję polskich firm w kolejnych latach, w dalszej perspektywie może wręcz wyeliminować je z rynku.

Czytaj też: Kogo dusi lockdown?

Rynek pracy czeka na najgorsze

Przez cały 2020 r. stopa bezrobocia utrzymywała się na niskim, jak na skalę kryzysu, poziomie. Niewątpliwie jest tu duża zasługa pierwszej reakcji rządu na kryzys – bardzo szerokiego i dosyć szybkiego wsparcia dla firm, połączonego z wymogiem utrzymania zatrudnienia. Dzięki temu pracodawcy utrzymali zatrudnienie, a pracownicy, spokojniejsi o swoją przyszłość – w miarę stabilny poziom wydatków. Na koniec roku stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 6,2 proc., ale już w kolejnych miesiącach zobaczymy jej dalsze wzrosty. Utrzymanie zatrudnienia przez tyle miesięcy braku możliwości zarobkowania (lub bardzo ograniczonych możliwości) nie jest możliwe. Zwalniają i zwalniać będą nie tylko firmy objęte restrykcjami. Pracę tracą też pracownicy banków (zamykanie oddziałów), niektórych gałęzi handlu (zamykanie punktów stacjonarnych na rzecz rozwoju e-commerce) czy przemysłu (choćby odzieżowego). Agencje pracy tymczasowej na przełomie roku zaczęły obserwować coraz większy napływ chętnych do pracy, nawet niezgodnej z ich kwalifikacjami i bardzo krótkoterminowej. Nie będzie łatwo im tej pracy znaleźć, bo dostępne na rynku oferty – w przemyśle, logistyce – wymagają konkretnych kompetencji. Kto się nie przekwalifikuje, poczeka długie miesiące na ponowne wakaty w swoim zawodzie – zdaniem agencji ratingowej Fitch turystyka wróci do obrotów sprzed pandemii najwcześniej za dwa, a może trzy lata, gdy do podróży wróci biznes.

Czytaj także: Spadek zatrudnienia? Jeszcze nie ma powodu do paniki

Nie dajmy się zaczarować liczbom

Począwszy od drugiego kwartału Główny Urząd Statystyczny zacznie nas informować o rekordowych poziomach wzrostu: produkcji, sprzedaży, zatrudnienia itd. Te jednak będą wynikać głównie z tzw. efektów bazy. Ponieważ w kwietniu 2020 r. wiele fabryk stanęło, a w kwietniu 2021 r. będą normalnie pracować, to zobaczymy wzrost produkcji przemysłowej o ponad 20 proc. W praktyce może to oznaczać, że pracują mniej więcej na poziomie sprzed pandemii, trudno więc mówić o istotnym odbiciu czy ożywieniu gospodarczym.

Czytaj też: Będą odszkodowania za lockdown? PiS już się zabezpiecza

Trzeba jednak pamiętać, że gospodarka to niestety nie tylko liczby, a miliony obywateli (i setki tysięcy migrantów), którzy ją tworzą. Wartości, którymi operują ekonomiści i politycy, to jedynie średnie, które nie są w stanie w pełni oddać sytuacji życiowej Polaków. To, że ogólne zatrudnienie wzrosło, nie oznacza, że w poturbowanych turystycznych regionach bezrobocie nie osiąga dwucyfrowych wielkości. Entuzjazm wobec tych dynamik wzrostu należy pohamować szczególnie, rozmawiając o tworzeniu pokryzysowej polityki, chociażby wydatkowaniu unijnych funduszy na odbudowę czy planowaniu prorozwojowych reform. Pandemia mogła stłumić dyskusję o fundamentalnych problemach polskiej gospodarki: niedoborze wykwalifikowanych pracowników i kryzysie demograficznym, niestabilnym prawie czy niskich inwestycjach, ale przez ostatni rok te problemy tylko narastały.

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną