Polityka. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

Subskrybuj
Rynek

Barbórka 2021: Polska węglową potęgą Unii Europejskiej. I basta!

Za mało mamy węgla, aby być liczącym się graczem w okresie koniunktury. Za mało mamy węgla, aby być liczącym się graczem w okresie koniunktury. Przemysław Jendroska / Agencja Gazeta
Polska wydobywa 96 proc. węgla UE. Rok temu górnictwo odnotowało 4,33 mld zł strat netto – przy 78 tys. zatrudnionych daje to ok. 55,4 tys. na każdego górnika. Ale akurat ten wynik na nikim nie robi wrażenia.

W statystykach, a szczególnie w obrazujących je grafikach, pozycja naszego węgla kamiennego osiągnęła szczyt Himalajów. Polska wydobywa 96 proc. węgla UE! Reszta przypada na Czechy. Edward Gierek w nieznanym nam jeszcze świecie bytów minionych pewnie kraśnieje z dumy, choć nie do końca. W liczbach odpowiedzialnych za dane Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostat) dotyczących 2020 r. to odpowiednio 54,24 mln ton po naszej stronie i 2,26 mln ton u naszych południowych sąsiadów.

Tak więc jeśli liczymy tony, a nie procenty – sprawa wygląda ciut gorzej, bo za późnego Gierka wydobycie sięgało 200 mln. Według Ministerstwa Aktywów Państwowych rok temu górnictwo odnotowało 4,33 mld zł strat netto – przy 78 tys. zatrudnionych daje to ok. 55,4 tys. na każdego górnika, ale akurat ten wynik na nikim nie robi wrażenia.

Czytaj też: Wszyscy płacimy za Turów. I to od ponad 200 lat

Górnictwo. Nie jest gorzej, więc jest nieźle

Można przyjąć, że w kończącym się właśnie roku produkcja węgla utrzyma się na podobnym poziomie, no może będzie odrobinę niższa. Straty też. W pierwszych trzech kwartałach wyniosły 2,3 mld zł netto. Na jednego zatrudnionego, od sekretarki po kamrata, wypada więc ok. 30 tys. zł. Według finansów rządzących w górnictwie jest więc nieźle, bo nie jest gorzej. A to już dużo.

Ten wynik – który będzie argumentem w żądaniach podwyżki płac – wynika z cen węgla obowiązujących w ostatnich miesiącach na europejskim rynku. A te przewyższyły „węglowe Himalaje”, bo odzwierciedlają zawsze ceny ropy i gazu ziemnego. W porywach spotowych, czyli natychmiastowych umów kupna-sprzedaży, w portach ARA (Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia), wyznaczających poziom cen w Europie, dobijały do 200 dol. za tonę dobrego węgla energetycznego. Teraz umowy zawierane są na 110–120 dol. w dostawach na przyszły rok i na 140 dol. w transakcjach bieżących.

Niestety, niewiele tej śmietanki spijemy. Za mało mamy węgla, aby być liczącym się graczem w okresie koniunktury. A na rynku krajowym producenci węgla powiązani są z odbiorcami ogniwem dość sztywnych umów. Dobrze jest, kiedy ceny spadają na łeb na szyję – gorzej, kiedy windują sią ponad wspomniany już wcześniej Mount Everest.

Czytaj też: Rzeźnik Morawiecki na zjeździe wegetarian

Wydobycie do lat 40.? To nie przejdzie

I tak – odnosząc się do realiów ARA – w listopadzie elektrownie płaciły za tonę węgla 72 dol., a zakłady ciepłownicze – 82. Przy średnim koszcie wydobycia w naszych kopalniach, wynoszącym 370 zł za tonę, to po dzisiejszym kursie ponad 92 dol. Obecnie krocie na węglu zarabiają koncerny – m.in. z Rosji, USA, Australii, Kolumbii – kopiące metodą odkrywkową po 20 dol. tonę. I nawet gdyby ich węglowce kilka razy okrążały Ziemię, to po przybiciu do portów Europy i tak będą oferować węgiel tańszy od polskiego. Resztki naszego głębinowego górnictwa, kiedy normą staje się fedrowanie kilometr pod ziemią, trzyma jeszcze coraz słabsza renta geograficzna i strach rządzących przed górniczym gniewem.

Stąd w umowie społecznej z górnikami, a także w negocjacjach z Unią Europejską dotyczących dotacji do górnictwa rzędu 3 mld zł rocznie (także umorzenia pożyczek i zaległych podatków), podawany jest 2049 r., w którym zakończy się wydobycie w Polsce. W to akurat nie wierzę. Realia zmuszą do wcześniejszego zamknięcia kopalń – ale może jestem człowiekiem małej wiary.

A co do negocjacji z UE: ostatnia tura, już pod przewodnictwem Piotra Pyzika, nowego wiceministra aktywów rzuconego na węgiel, zakończyła się parę dni temu. Zakończyła się niczym. UE nie zgadza się na polską propozycję finansowania górnictwa do końca lat 40. z budżetu. W zamian oferuje dodatkowe środki na rozwój regionów pogórniczych.

Mówimy ciągle o węglu energetycznym, tym pod kotły elektrowni, ciepłowni i wciąż pod domowe piece.

Stan węglowych spraw w Polsce i Europie

Ale mamy jeszcze węgiel koksowy, i to całkiem inna strona medalu. Będzie potrzebny dopóty, dopóki hutnictwo nie znajdzie tańszej alternatywy do wytopu stali. Na tym odcinku także jesteśmy europejskim mocarstwem, ale z tych prawdziwych. W bieżącym roku wydobędziemy ok. 15 mln ton węgla potrzebnego do produkcji koksu. Ten gatunek też ma obecnie niezłe cenowe przebicie, rzędu 300–400 dol. za tonę – a w pewnym momencie Chiny płaciły nawet 600. Jednak trzeba pamiętać, że nasz główny producent węgla koksowego, Jastrzębska Spółka Węglowa (ponad 13 mln ton w mijającym roku), żyje na huśtawce uzależnionej od koniunktury na stal. Raz zarabia miliardy, a za chwilę ma miliardy pod kreską – to tak w największym uproszczeniu.

W naszej unijnej Europie nikt już więcej węgla nie fedruje, choć jeszcze w 1990 r. jego wydobycie sięgało 280 mln ton. Patrząc na wielkich producentów, to już 17 lat temu rozstała się z nim Francja, a w 2018 r. Hiszpania i Niemcy. W przyszłym roku, góra za dwa lata, powinni skończyć z węglem Czesi. Z innych krajów niewielkie ilości kopie jeszcze Norwegia, ale i ona ma w 2022 r. zamknąć ostatnią kopalnię na Spitsbergenie. Wielka Brytania, niegdysiejsza potęga, wydobywa czarny kruszec śladowo, a w przyszłym roku pewnie to zupełnie wygasi. Na wyspy trafia ok. 7 mln ton węgla z importu, głównie z Rosji i USA. Jeszcze w 2012 r. 40 proc. brytyjskiej energii wytwarzano z węgla kamiennego – obecnie to niecałe 2 proc. Niesamowite, to tylko przestrzeń ośmiu lat.

Co do Ukrainy, węglowego giganta w ramach ZSRR, to nie ma wiarygodnych danych, ale szacuje się, że w mijającym roku wykopie – po odcięciu od kopalń Donbasu – niecałe 30 mln ton. W tym 3 mln ton z kopalń państwowych. Ukraina jest w ostatnich latach jednym z większych importerów węgla – przede wszystkim z wrażej Rosji.

Rosja, głównie za sprawą odkrywkowych kopalń na Syberii i Dalekim Wschodzie, to zupełnie wyjątkowy gracz na węglowym rynku. Moskwa zaplanowała na ten rok wydobycie 370 mln ton, a w ciągu dziesięciu lat, kosztem 20 mld dol., chce zwiększyć je o kolejne 200–300 mln ton. Rosyjski węgiel spogląda na kraje azjatyckie, gdzie teraz trafia ok. 130 mln ton węgla rocznie. Z powodu likwidacji elektrowni węglowych eksport do Europy się zmniejsza – ale to ciągle rząd 50 mln ton rocznie, z tego ok. 8 mln ton kupi w tym roku Polska.

Taki jest stan węglowych spraw w Polsce i najbliższej okolicy.

Czytaj też: Kronika zapowiedzianego kryzysu energetycznego

Górnik. Emeryt pełną gębą

Ciekawe w tym wszystkim jest to, że w upadającym od dziesięcioleci naszym głębinowym górnictwie węgla kamiennego całkiem dobrze czują się sami górnicy. W sensie pracy, a byłem ponad 30 razy pod ziemią, nie ma czego zazdrościć. Nie ma też przymusu pracy w kopalniach, jak było w pierwszych latach PRL. Nie można też zamienić służby wojskowej na trud hajera, jak przed wielu laty, kiedy to poborowi często uciekali przed wojskiem do kopalń.

Jeżeli warto jeszcze iść do pracy w górnictwie, to dla zarobków. Także dla niebywałej otoczki socjalnej i gwarancji pełnej emerytury po 25 latach pracy pod ziemią. Tak więc jeśli dzisiaj 20-letni Kowalski zatrudni się w kopalni, to tenże sam 45-letni Kowalski będzie pod koniec lat 40. pełną gębą emerytem. Pod warunkiem, rzecz jasna, że jego ulubiony obecnie rząd PiS nie zmajstruje czegoś w sprawie wszystkich emerytur, w tym górniczych. Albo nie powie: no dobrze, Kowalski, swoje zrobiłeś pod ziemią, będziesz miał z tego profity, ale najpierw lata do ustawowej emerytury przepracujesz przy budowie dróg, bunkrów czy granicznych murów, bo i to może się zdarzyć. Nie wymyślam, w Niemczech w podobnych okolicznościach górniczy emeryt pozostawał w pracy na rzecz kopalni i otoczenia jeszcze dziesięć lat.

Wróćmy jeszcze do naszych baranów, czyli rzeczonego podziemnego Kowalskiego. Gdyby w wieku 45–50 lat odchodził na emeryturę jeszcze w tym roku, to wszelkie obliczenia podstawy uposażenia muszą uwzględniać ostatnie wynagrodzenia. GUS informuje, że średnia płaca górnika w styczniu tego roku wynosiła 7 060 zł brutto, a w połowie tego samego roku – już 8 250. Na wszelkie dane statystyczne o płacach górnicy zgrzytają zębami, bo na swoich kontach widzą coś innego. Ale nadchodzi zima. W grudniu tamtego roku pensja brutto na paskach dochodziła do 16 tys. zł. Bo przyszły wynagrodzenia barbórkowe równe samej pensji i wszelkie inne dodatki, m.in. równowartość 8 ton węgla.

Czytaj też: Wara od polskiego węgla! Czego chcą od nas Czechy, Australia i Kanada

JSW. Kto wie, ten zarabia

W grudniu zawsze wszystko się kumuluje, a już w nadchodzącym zaraz po nim styczniu i lutym dochodzi „czternasta pensja” – pomyślana jeszcze w PRL jako nagroda z zysku, chociaż od dziesiątków lat zysku nikt nie widział. Ale żaden rząd nie śmiał jeszcze się zderzyć z tym najbardziej absurdalnym górniczym przywilejem. Za PRL wymyślono go, aby „kupić” przychylność górników nieprzychylnych wobec socjalizmu – i tak już pozostało. Taka więc zadłużona w miliardach Polska Grupa Górnicza, bezapelacyjnie największa firma węglowa w Europie, co warto podkreślać w nieskończoność (zatrudniająca 39 tys. osób i z prognozą wydobycia w tym roku rzędu 24–25 mln ton węgla), będzie musiała wydać na nagrody z zysku grubo ponad 200 mln zł. Właściciel tak chce, jego wola.

Czytaj też: Czy największe śląskie kopalnie podzielą los Turowa?

Jeśli więc w 2019 r. średnia grudniowa pensja górnicza brutto wynosiła 15 tys. zł, a rok wcześniej jak wyżej, to w obecnym grudniu śmiało powinna przekroczyć 17 tys. zł. Gwoli sprawiedliwości jakiś wpływ, choć niewielki, mają na to wynagrodzenia zarządzających górnictwem. Wyszło z tajemnic handlowych, że w 2018 r. tylko na sześciu członków zarządu Jastrzębskiej Spółki Węglowej poszło na roczne pensje prawie 4 mln zł. Wychodziło więc gdzieś 55 tys. zł na miesiąc bez względu na wyniki spółki. To jest oczywiście pryszcz w miliardach, którymi obraca państwowa giełdowa Jastrzębska Spółka Węglowa.

JSW pozostaje, mimo wahań na rynkach koksu, jednym z naszych mocnych atutów wśród państwowych spółek. Stąd obsadzana jest we władzach po partyjnemu lub po innemu uznaniu. I tak na początku sierpnia br. jej wiceprezesem ds. ekonomicznych został Robert Ostrowski z imponującym – według oficjalnego CV – dorobkiem w wielkich spółkach państwowych. Już 21 września sprzedał 2,5 tys. akcji jastrzębskiej spółki (na górce cenowej), przynależnych mu w zakupie z racji stanowiska, a półtora miesiąca później JSW ogłosiła, że nie jest w stanie wyprodukować zapowiedzianych 16 mln ton węgla. Akcje gwałtownie spadają o prawie 10 proc. – na swoje i na dobre pieniądze wychodzą ci, którzy mieli nosa i pozbyli się ich wcześniej. De iure taka sprzedaż akcji jest czysta jak łza, ale de facto… kto wie, ten zarabia. Bóg jeszcze wie, co z tą sprawą zrobi Komisja Nadzoru Finansowego (w tym: kto jeszcze miał tak szczęśliwą rękę, aby pozbyć się akcji JSW), a może jakieś inne służby, bo prezes Ostrowski dokonał transakcji przed oficjalną prezentacją strategii firmy. Nie czepiajmy się, może to być zwykły przypadek.

Czytaj też: Węglowe iluzje. Jak ze strachu obiecać wszystko

PiS uprawia swój węglowy ogródek

Jak już zostało powiedziane teraz i setki razy wcześniej, wynagrodzenia „w węglu” nie mają nic wspólnego z wynikami, z rachunkami zysków i strat, co jest warunkiem sine qua non w normalnych firmach. To są spółki państwowe, a one rządzą się innymi prawami.

To, że jest tak dobrze, górnicy zawdzięczają związkom zawodowym, przede wszystkim Solidarności Górniczej, która gra z PiS w jednej drużynie. Drużyna ma wiele do stracenia i wie, że musi trzymać się razem. To dlatego następuje sukcesywna indeksacja wynagrodzeń i innych dodatków. Solidarność walczy tu o swoje, bo, jak szepnął mi na ucho jeden z działaczy, jedna czwarta dochodów w krajowym budżecie związku pochodzi z górniczych składek członkowskich.

Cóż, górnicy zarabiają nieźle. Nie mnie oceniać, czy wystarczająco godziwie wobec znoju podziemnej pracy. Ale też wobec czarnego trudu przynoszącego od dziesięcioleci tylko miliardowe straty. Ale taka jest filozofia właściciela: państwa, które chce w ten, a nie inny sposób uprawiać swój węglowy ogródek.

Górnik pracuje tak, jak mu pan każe. Jednak należy wyostrzyć węch i poczuć ten wiatr wiejący z zachodu. Łączy się on ze starą górniczą melodią i zagłusza dźwięk dzwoneczka z górniczej wieży. I ze słowami o synach podziemnych czarnych światów, którym każdy chętnie poda swą dłoń. Czy ta dłoń wyciągnie ich z kopalnianych czeluści na powierzchnię, gdzie świeci słońce? I czy oni zechcą tę dłoń uchwycić? I czyja to będzie dłoń? Pożyjemy, zobaczymy. Z całego serca – szczęść Boże.

Czytaj też: Hospicjum dla węgla, czyli plan Sasina na polską energetykę

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Omikron. Czy faktycznie potrzebna nam nowa wersja szczepionki?

Żaden z dotychczasowych wariantów SARS-CoV-2 nie wymagał wprowadzenia zaktualizowanej wersji szczepionki. Omikron jest pierwszym, w przypadku którego taka ewentualność na poważnie jest brana pod uwagę. Jednak – czy to w ogóle konieczne? Są wątpliwości.

Piotr Rzymski
18.01.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną