Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Rynek

Przyszły Metaverse i dzisiejsze kłopoty. Facebook ucieka do przodu

Załozyciel Facebooka Mark Zuckerberg podczas marcowego przesłuchania w Kongresie. Załozyciel Facebooka Mark Zuckerberg podczas marcowego przesłuchania w Kongresie. US House TV via CNP / Zuma Press / Forum
Najważniejsi globalni regulatorzy: administracje w Waszyngtonie, Brukseli i Pekinie podejmują coraz bardziej zdecydowane działania, których celem jest ograniczenie negatywnych skutków działania platform cyfrowych.

W ostatnich dniach października Mark Zuckerberg, założyciel i szef Facebooka w opublikowanym przez firmę filmie przedstawił światu Metaverse. W zaprezentowanej przez miliardera wizji Metaverse (połączenie słów meta i i universe) to oparte na internecie uniwersum, w którym za pośrednictwem spersonalizowanych awatarów będzie można się spotykać, bawić, uczyć, uprawiać sport, handlować czy pracować.

To nie tyle nowy produkt, co kierunek, w którym ma podążać przedsiębiorstwo, co dodatkowo symbolizuje zmiana nazwy korporacji z Facebooka na Meta. Docelowo każdy, kto ma odpowiedni sprzęt oraz konto w serwisie będzie mógł za pomocą jednej aplikacji spędzać dnie i noce w rozszerzonej, fizyczno-wirtualnej rzeczywistości. Stanie się tak dzięki połączeniu funkcji aplikacji, które należą do grupy Zuckerberga, i z których korzystają miliardy osób na świecie: Facebooka, Messengera, Instagrama, Whatsappa oraz uruchomieniu nowych funkcjonalności (m.in. znanych ze Slacka czy Dropboxa).

Edwin Bendyk: Władcy metaversum

Nowe otwarcie

Największą innowacją ma być szerokie zastosowanie hologramów i gogli VR (virtual reality), które zapewnią duży poziom zanurzenia w nowym cyfrowym świecie. To właśnie przede wszystkim na rozwój tej technologii Zuckerberg chce wydać do końca roku prawie 10 mld. dol. Jeśli udałoby się zrealizować pomysły przedstawione w prezentacji, ten wydatek zwróci się z wielokrotnym zyskiem. Według ekspertów sektora cyfrowego, w ciągu najbliższej dekady w „metawersum” do zarobienie będzie od setek miliardów (wg analityków banku Morgan Stanley) nawet do 8 bln dol. Taki zysk prognozowany jest do podziału przez firmy, które otworzą swoje wirtualne „sklepy”, „nieruchomości” lub w inny sposób będą oferować usługi podłączonym do systemu klientom. Dodatkowo wielkie pieniądze mogą zarobić twórcy sprzętu i oprogramowania związanego z technologiami sensorycznymi: rzeczywistością wirtualną, hologramami, „ubieralnymi” gadżetami czy internetem rzeczy.

Osobna kwestia, która jest w koncepcji Metaverse kluczowa, to dostęp do informacji o zachowaniach użytkowników. W ten sposób Meta może oferować firmom dostęp do najważniejszego zasobu cyfrowej gospodarki: ludzkiej uwagi. Dane, które Facebook pozyskał na podstawie naszych logowań, wysyłanych wiadomości, obserwowanych fanpage'ów, zdjęć, adresów czy numerów telefonów są podstawą osiągania przez korporację dochodów. Odpowiednio przetworzone pozwalają na stworzenie precyzyjnych profili konsumenckich, za które chętnie płacą firmy chcące dotrzeć do klientów. Zakładając, że w niedalekiej przyszłości postęp technologiczny pozwoli np. na obsługiwanie interface’ów za pomocą myśli (już dziś korzysta się z autonomicznych kamer i mikrofonów), Facebook stałby się dysponentem niemal nieograniczonego zasobu wiedzy o prawie wszystkich dziedzinach życia użytkowników.

Na razie amerykańska giełda przyjęła informację o przekształceniu w metawersum z umiarkowanym optymizmem, a akcje firmy wzrosły zaledwie o kilka punktów procentowych. Znacznie mocniej zareagowały natomiast środowiska krytyczne wobec cyfrowych korporacji. Eksperci komentujący zapowiedzi powstania Meta przestrzegają przed nadejściem globalnego cyfrowego totalitaryzmu (w Polsce m.in. Jan Zygmuntowski), redaktorzy „Financial Times” porównują pomysł do wirtualnego kasyna, popularny niegdyś komik i aktor, a dziś influencer Russel Brand mówi nawet o „powstaniu nowej religii”, a filozof Tomasz Stawiszyński postuluje konieczność „ochrony rzeczywistości”. Ile w tych przestrogach prawdy?

Czytaj też: Mark Zuckerberg otwiera nowy rozdział internetu

Retrofuturo

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to wszystko już widzieliśmy. W sensie dosłownym obietnicę stworzenia cyfrowego świata równoległego do tego fizycznego dawała stworzona w 2003 r. gra online „Second Life”. Dyskusje o tym czy ludzkość przeniesie się do świata awatarów prowadzono już wtedy, a ówczesny cyberentuzjazm sprawił m.in., że swojego awatara w SL miał (ma?) m.in. ksiądz Boniecki. Choć prawie dwie dekady to z punktu widzenia rozwoju technologii cyfrowych cała era, to gra – w dużej mierze dzięki pandemii – ma się dziś zaskakująco dobrze i potrafi co miesiąc zgromadzić kilkaset tysięcy graczy.

Meta chce dostarczyć podobnej usługi, z tym, że angażującej więcej zmysłów i, w konsekwencji, sprawić, że będziemy spędzać w korporacyjnym matriksie kilkanaście godzin dziennie. Skojarzenie z filmem sióstr Wachowskich jest zasadne także dlatego, że ogłoszenie planów „podboju metawersum” przez Zuckerberga zbiega się z kampanią promującą nowego „Matrixa”. Sprawia to wrażenie, że firma chce wykorzystać falę kulturowej nostalgii za wyśnioną cyberprzyszłością, która jak dotąd nie nadeszła.

Wbrew futurystycznej narracji, już dziś istnieją i działają światy oparte na podobnych zasadach. Taki model biznesowy z powodzeniem wykorzystują producenci i dystrybutorzy gier wideo. W wielu grach typu multiplayer gracze mogą wydawać punkty – za które zazwyczaj płaci się prawdziwymi pieniędzmi – na dodatkowe funkcjonalności w grze. Gamerzy mogą w ten sposób np. personalizować postać, zmieniać awatary czy wchodzić w posiadanie wirtualnych dóbr czy nieruchomości. Ten rynek już dziś wart jest globalnie ponad 50 mld dol., a według prognoz w ciągu dekady się podwoi.

Meta chce być platformą sprzedażową, która wykorzystuje nie ekrany smartfonów czy laptopów, ale technologie bezpośrednio oddziałujące na nasze zmysły: wzrok, słuch, dotyk, a nawet myśli. Jeśli metaverse faktycznie powstanie, będzie działał analogicznie do systemu znanego w potocznej polszczyźnie z innych usług jako „market place”. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że Facebook (Meta) planuje zająć taką samą pozycję jak Apple w Apple Storze, Google na telefonach operujących w ramach Androida (Google Play) czy Sony na platformie Playstation Store. Innymi słowy, metawersum ma być wielowymiarową przestrzenią, w której inny firmy będą mogły, za odpowiednią opłatą, oferować swoje produkty i usługi użytkownikom.

Czytaj też: Nadchodzi potężny, supercyfrowy świat. Kto za tym stoi?

Jak za to zapłacić

Wiemy też, jak gospodarka w metaverse może wyglądać w praktyce. Pod koniec listopada za wirtualny jacht (i NFT, unikalny token powiązany z cyfrowym artefaktem zarazem) prywatny inwestor zapłacił w kryptowalucie ethereum równowartość 650 tys. dol. Wątek kryptowalut czy szerzej, stosowania zdecentralizowanych finansów i kontraktów opartych na technologii blockchain jest tu bardzo istotny. W przypadku powstania masowej platformy typu metaverse stosowanie wirtualnych walut i inteligentnych (niewymagających udziału pośredników) kontraktów może szybko stać się podstawowymi jednostkami wzajemnych rozliczeń, tym samym wypierając tradycyjne waluty.

Globalną wirtualną walutę chciałby oczywiście powołać sam Facebook/Meta. Jednak tworzona przez firmę Diem (dawniej Libra) nie wydaje się być projektem na tyle zaawansowanym, aby móc w niedalekiej przyszłości pełnić tę rolę. W tej sytuacji naturalnym kandydatem do zostania wirtualnym „złotem” jest bitcoin, ewentualnie wspomagany przez innye popularne tokeny (jak np. Ether czy Binance). Biorąc pod uwagę dotychczasowy brak konsensusu, a tym bardziej zdecydowanych działań rządów wobec rynku kryptowalut można bezpiecznie założyć, że instytucje publiczne miałyby ogromne trudności, aby w jakikolwiek sposób kontrolować, nadzorować czy opodatkować przepływy finansowe w metaverse. O tym, że te procesy już trwają wskazują szacunki dotyczące rosnącego wykorzystywania przez firmy kryptowalut w transakcjach międzynarodowych.

Jeśli większość użytkowników Facebooka będzie chciała i mogła wejść w metawersum, to korporacja stanie się największym na świecie pośrednikiem między ludźmi – zarówno jako konsumentami jak i pracownikami – a przedsiębiorstwami. W takim scenariuszu Meta miałaby ogromny wpływ na zasady obowiązujące na rynku pracy, handlu czy w rozrywce. Z prawnego punktu widzenia taką rolę ocenić trzeba jako skrajnie nierówną, a pozycję Facebooka można porównać do władcy absolutnego kontrolującego wszystkie aspekty (cyfrowego) świata i jego „obywateli”. Metaverse w wizji zaprezentowanej przez Marka Zuckerberga jest więc wyzwaniem rzuconym dzisiejszym systemom ochrony praw pracowników, konsumentów i obywateli. Problemy i patologie, którym podlega cyfrowa gospodarka i którym z opóźnieniem zajmują się instytucje publiczne w metaverse nabrałyby jeszcze większego znaczenia.

Czytaj też: „Diuna” i GAFA, czyli kosmiczny i cyfrowy feudalizm

Problemy w realu

Fantastyczne plany Zuckerberga pokrzyżować może szara rzeczywistość. Największą niewiadomą z punktu widzenia wdrożenia pomysłu w życie są kwestie stricte techniczne. Na dzień dzisiejszy nie istnieją sprzęt i programy, które umożliwiałyby nam wejście w metaverse. W tym miejscu można by dyskusję o prawdopodobieństwie powodzenia projektu Metaverse zakończyć. Załóżmy jednak, że wizja Zucka okaże się prorocza, a odpowiednie urządzenia nie tylko powstaną, ale będą także dostępne dla przeciętnego konsumenta. To jednak nie byłby koniec, ale zaledwie początek trudności.

Serwisy gamingowe wskazują na ogromne problemy techniczne, z którymi musiałby radzić sobie system informatyczny metaverse, aby umożliwić skomplikowane interakcje między różnymi urządzeniami, platformami czy systemami. Dodatkowym wyzwaniem będzie dostęp do ultraszybkiego i niezawodnego internetu, który umożliwiałby płynne korzystania z platformy. Biorąc pod uwagę ilość przesyłanych danych, prawdopodobnie nawet upowszechnienie sieci 5G okazałoby się niewystarczające i pełnie funkcjonalności gwarantowałby dopiero internet szóstej lub nawet siódmej generacji.

Innym kłopotem jest dostęp do taniej i czystej energii elektrycznej i baterii dla urządzeń służących do łączenia się z rzeczywistością wirtualną. Wraz z ograniczeniami nakładanymi na dostawców energii, a co za tym idzie, konsumentów, kwestia ogromnego zużycia prądu przez Metaverse może być jedną z ważnych barier rozwoju całego rynku. Pamiętać trzeba też o tym, że konkurencja – m.in. Amazon, Google, Apple, ale także firmy azjatyckie, takie jak Samsung czy Huawei – nie powiedziała ostatniego słowa. Prawdopodobny jest scenariusz, w którym powstanie nie jeden, ale wiele komercyjnych światów wirtualnych, co w dużym stopniu ogranicza zasadność najczarniejszych dystopijnych prognoz.

W świecie (wciąż) realnym Meta, do niedawna Facebook, zmaga się także z problemami natury ludzkiej. Na dzień dzisiejszy zarzuty wobec cyfrowego giganta mają zwolennicy wszystkich opcji politycznych. W kręgach liberalnych popularna jest także krytyka cyfrowego giganta za niedostateczną (bądź pozorowaną) walkę z dezinformacją i trollingiem, zaś w kręgach progresywnych te same pretensje dotyczą kwestii nieskutecznej walki z mową nienawiści. Z kolei dla konserwatystów Facebook uchodzi za symbol nowej cenzury, w której prywatne firmy mają nieograniczoną władzę nad tym, co możemy publikować czy czytać.

Amerykańska opinia publiczna wciąż żyje oskarżeniami, które przed kongresem USA przedstawiła sygnalistka i była pracownica firmy Frances Haugen. Według ujawnionych przez nią dokumentów szefostwo firmy od dawna wiedziało, jak bardzo negatywny jest wpływ, jaki medium społecznościowe ma na użytkowników, w szczególności młodzież. I nic, jak wiemy z wewnętrznych dokumentów, z tą wiedzą nie robiło. To właśnie ten klimat wokół social mediów skłonił niedawno Jacka Dorseya, założyciela i prezesa Twittera do ustąpienia z pełnionej od kilkunastu lat funkcji.

O dymisji Zuckerberga mówi się od lat, a sprawę pogarsza fakt, że w przeciwieństwie do Dorseya prywatnie nie ma on wpływowych przyjaciół. Ten problem rozwiązywać ma lobbying, na który Facebook wydaje więcej niż ktokolwiek z konkurencji. Lobbyści są firmie potrzebni, bo firma zmaga się z poważnymi problemami prawnymi. Jak informuje „Financial Times” , w Stanach złożony został pozew zbiorowy dotyczący naruszenia prywatności i tajemnicy korespondencji, który, jeśli zakończony pomyślnie dla pozywających, będzie kosztował firmę miliardy dolarów. Równolegle toczą się sprawy związane z wykorzystywanymi masowo przez Facebooka algorytmami rozpoznawania twarzy. Podobne pozwy przygotowywane są w krajach Unii Europejskiej, co jest o tyle istotne, że kary przewidziane w unijnym prawie ochrony danych osobowych liczone są procentowo od globalnego obrotu także mogą okazać się dla Meta bardzo kosztowne.

Czytaj też: Nadchodzi era 6G, a w Polsce wciąż nie radzimy sobie z 5G

Na kłopoty: Meta

Jednak najpoważniejsze z punktu widzenia szans na powodzenie metawersum są kłopoty, w które Facebook popadł ze względu na swoją politykę na rynku reklamy. W dużym skrócie można powiedzieć, że Google z Facebookiem zmowę cenową – a przynajmniej taką hipotezę stawiają pracownicy amerykańskiego departamentu sprawiedliwości popierani przez kilkanaście stanowych prokuratur. Sprawa z technicznego punktu widzenia jest skomplikowana: chodzi w niej o preferencyjne (w porównaniu do innych firm w sieci) warunki licytowania przez Facebooka ogłoszeń i możliwość precyzyjnego profilowania użytkowników. Jeśli sąd przyzna rację stronie oskarżycielom, Meta może spodziewać się nałożenia wielomiliardowych kar.

Jeszcze gorszą konsekwencją dla firmy byłoby ewentualne wprowadzenie nowych reguł, które zakazywałyby działań mono- i oligopolistycznych rządzących dziś reklamą w internecie. W podobnym kierunku działają prawnicy i aktywiści także w Polsce. Na tym odcinku sukces odniosła niedawno Fundacja Panoptykon, do której wniosku o możliwość uzyskania wglądu w swój profil marketingowy przychylił się nasz Urząd Ochrony Praw Osobowych.

To wszystko sprawia, że kontynuacja modelu biznesowego, który pozwolił Facebookowi osiągnąć ogromny sukces stoi obecnie pod znakiem zapytania. Najważniejsi globalni regulatorzy: administracje w Waszyngtonie, Brukseli i Pekinie podejmują coraz bardziej zdecydowane działania, których celem jest ograniczenie negatywnych efektów powstania platform cyfrowych. Najbardziej aktywny na tym polu jest rząd Chin, który niedawno wprowadził m.in. odgórne limity korzystania przez dzieci z Tik Toka czy gier online.

Także Zachód, który w przeszłości często był bezradny wobec patologii cyfrowego rynku lub, co gorsza, realizował interesy największych graczy podchodzi dziś do kwestii cyfrowych inaczej. Nowe unijne regulacje (dotyczące m.in. rynku i usług cyfrowych i działania algorytmów opartych na sztucznej inteligencji) czy aktywność departamentu sprawiedliwości USA wskazują, że zarówno w krajach demokratycznych jak i autorytarnych miodowe lata w małżeństwie Big Techu i państw już minęły.

W tym świetle Metaverse wydaje się więc być przede wszystkim próbą odwrócenia uwagi od realnych problemów i zastąpienia ich dywagacjami na temat pół-fantastycznej przyszłości. To przeniesienie debaty wokół firmy na nowe, budzące zarówno ekscytację jak i obawę terytoria. Jednak problemy, które wywołują te emocje są ważne już dziś. Dobrą informacją jest to, że do ich rozwiązania nie potrzebujemy „wybrańca” (jak w Matrixie) czy podróży w czasie (jak w „Terminatorze”). W zupełności wystarczy popieranie działań – społecznych, administracyjnych czy politycznych, które dążą do ucywilizowania reguł obowiązujących w internecie.

Czytaj też: Jak algorytm dokarmia skrajną prawicę

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Apartamentowce na skażonej ziemi. Ludzie chcą tu mieszkać, a nie powinni

Jak to możliwe, że na skażonych gruntach powstają budynki mieszkalne?

Ryszarda Socha
22.06.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną