Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Rynek

Emerytury za dzieci? PiS znów ma głupi, zły i szkodliwy pomysł

Z przymiarek ministerstwa rodziny do zmian systemu emerytalnego wynika, że na starość w dostatki opływać będą rodzice wielodzietni. Z przymiarek ministerstwa rodziny do zmian systemu emerytalnego wynika, że na starość w dostatki opływać będą rodzice wielodzietni. daisy-daisy / PantherMedia
Na państwie spoczywa ciężar takiej organizacji systemu emerytalnego, żeby był stabilny i wydolny. Nasz taki już od dawna nie jest, a PiS stara się, by było jeszcze gorzej. Im więcej dzieci, tym wyższe emerytury dla rodziców? Kto na tym skorzysta? Nikt. Oprócz PiS.

PiS znów majstruje przy emeryturach. Chce, aby wysokość świadczeń rodziców w dużym stopniu zależała od liczby posiadanych dzieci. Politykom wydaje się, że w ten sposób skłonią Polaków do powiększania rodzin. Mamy się mnożyć z wyrachowania i strachu przed głodową starością. Tak mogą myśleć tylko ludzie, którzy nie mają pojęcia, dlaczego w ogóle rozwinięte społeczeństwa wymyśliły systemy emerytalne.

Czytaj także: Łapówka za dzieci. Chybione recepty PiS na demografię

Emerytury za dzieci? Można byłoby się śmiać...

To, co proponuje PiS, można tylko obśmiać, ale najpierw spróbujmy na poważnie. Pomysłodawczyni projektu Barbara Socha, wiceminister rodziny, uważa, że wymyśliła koło – uzależnienie wysokości przyszłych emerytur od liczby dzieci ma być cudownym rozwiązaniem naszego problemu demograficznego, tego, że znacznie więcej osób umiera, zwłaszcza w ostatnich latach, niż się rodzi. Ta kurcząca się liczba osób zdolnych do pracy i płacenia składek nie jest w stanie zarobić na świadczenia dla szybko rosnącej grupy seniorów.

Wiemy i dyskutujemy o tym od lat 90. Polskie społeczeństwo starzeje się bardzo szybko, ale podobny problem ma cała Europa. Więc inne kraje, chociaż niechętnie, wydłużają wiek emerytalny, a Polska wręcz odwrotnie. Dzięki przywróceniu wcześniejszego wieku emerytalnego PiS zdobył władzę. Ale problem nie zniknął, stał się jeszcze większy. Osób, którym trzeba wypłacać emerytury, przybywa szybciej niż gdzie indziej. Zarobić na nie muszą ci, którzy pracują.

Państwo okradnie pracujących?

Pomysł PiS nie spowoduje, że składki na ZUS, już teraz obciążające zarobki, staną się mniejsze. Przecież obecni emeryci w powietrzu się nie rozpłyną, a to ze składek pracujących sfinansowane są ich świadczenia. Z powodu pseudoreformy resortu rodziny nie można im emerytur pomniejszyć, okraść ich. Ci, którym kilku lat do emerytury brakuje, też z niej nie zrezygnują. Konstytucja gwarantuje przecież tzw. prawa nabyte. Liczą na takie emerytury, jakie sobie wypracowali.

Mamy w ZUS swoje indywidualne konta i wiadomo, ile kto odłożył na starość. Od tych pieniędzy w ZUS zależy nasza emerytura. Czy pomysł wiceminister Sochy oznacza, że z tych kont zniknie część zebranych przez nas środków? A może państwo okradnie tylko osoby bezdzietne? Czy przyszłe świadczenia pracujących Polaków będą jeszcze niższe, niż wynika ze stanu ich konta w ZUS? Przecież emerytury kobiet i tak są głodowe, wiele nie uzbierało nawet na minimalne świadczenie. Jakoś sobie tego nie wyobrażam, ale lepiej zapytać.

Czytaj także: Emerytury za dzieci? Chyba nikt nie uwierzy, że będzie je z czego wypłacać

Składki na ZUS wzrosną

Bo jeśli władza nam tych zebranych oszczędności nie ukradnie, to wyłania się następne pytanie. Skąd wezmą się pieniądze na dodatkowe świadczenia dla rodziców? Z doniesień medialnych wynika, że właśnie z zarobków dzieci. Czyli w momencie, gdy pseudoreforma pani Sochy weszłaby w życie, składki na ZUS nie będą mniejsze, jak obecnie, ale jeszcze większe. Zostałyby bowiem powiększone o tę część, która powiększy świadczenia ich rodziców. A więc pomniejszy zarobki pracujących dzieci, one „na rękę” dostaną mniej.

Zanim zgodnie z nadzieją wiceminister Sochy urodzą się w Polsce dodatkowe miliony maluchów, to ich rodzice na ich wychowanie będą mieć jeszcze mniej pieniędzy. Muszą przecież płacić składki na własne konto emerytalne, ale i dorzucać się do emerytur rodziców. Przecież nie kto inny niż młodzi pracujący Polacy z podatków finansują dla nich „trzynastki”. Udźwigną to wszystko? Za co wykształcą te swoje gromadki dzieci, żeby były w stanie dokładać się potem do ich emerytur?

Czytaj także: Czternasta emerytura, czyli na łaskawym chlebie PiS

Im więcej dzieci, tym wyższe emerytury dla rodziców

Z przymiarek ministerstwa rodziny do zmian systemu emerytalnego wynika, że na starość w dostatki opływać będą rodzice wielodzietni. A jeśli nie zapewnią gromadce dzieci wykształcenia dającego szansę na wysokie zarobki? A jeśli te dzieci będą bez pracy? Albo, nie będąc w stanie udźwignąć dodatkowych obciążeń, wyemigrują do innego kraju? Co jeśli dziecko umrze przed rodzicami?

Inna sytuacja – rodzice się rozwiodą. Czy dorosłe dzieci nadal dopłacają do emerytur obojga, czy tylko do jednego? Pytanie jak najbardziej zasadne, bo przecież rozpada się co trzecie polskie małżeństwo.

Prawie 30 proc. dzieci rodzi się natomiast w związkach nieformalnych. To komu te nieślubne dzieci mają się dokładać do emerytury? Ojcu? Matce? Czy żadnemu z rodziców, skoro żyli „na kocią łapę”?

Co z rolnikami? Ta grupa nie płaci podatku PIT, a ich składka na KRUS ma wymiar o wiele niższy niż w ZUS. Jak i czy w ogóle będą się dokładać do świadczeń swoich rodziców?

Co z osobami bezdzietnymi? Czy – tak jak obecnie – ich świadczenia będą uzależnione od składek, czy coś w systemie naliczania ich świadczeń miałoby się zmienić? Zostaną np. za bezdzietność ukarane podatkiem dla rodziców wielodzietnych?

Posłuchaj: Pomysł PiS na emerytury zaszkodzi młodym

Społeczny darwinizm

Takie pytania mogą wydać się śmieszne, ale śmieszne nie są. Państwa rozwinięte po to stworzyły, a teraz modyfikują systemy emerytalne, aby ciężar starości był możliwy do udźwignięcia w wielu różnych sytuacjach. Dlatego wydłużają wiek emerytalny. Na rodzinę zwalać go już nie można, bo jej model szybko się zmienia, obecnie wiele rodzin to po prostu jeden bezradny i samotny senior.

Na państwie spoczywa ciężar takiej organizacji systemu emerytalnego, żeby był stabilny i wydolny. Nasz przestał być stabilny i nie jest już wydolny. Państwo PiS chce się z odpowiedzialności za jego kształt wymigać. Niejako ten system sprywatyzować, mówiąc: taką będziesz miał emeryturę, ile sobie narodzisz dzieci. W obecnym świecie to nie do przeprowadzenia, to jest społeczny darwinizm.

Politycy bardzo lubią majstrować przy systemie emerytalnym. Zwykle robią to z wyrachowania – zysk polityczny w postaci głosów grup, które stają się beneficjentami zmian, mają bowiem natychmiast. Straty natomiast ujawniają się po latach, kiedy już zdążą stracić władzę. Wtedy też wyborcy poznają prawdziwy koszt owego majstrowania i zaczną się orientować, jakiej części społeczeństwa przychodzi go płacić.

Głupie, złe i szkodliwe zmiany

Kto będzie beneficjentem ostatniego pomysłu PiS? Najprawdopodobniej nikt. Zmiany są bowiem głupie, złe i szkodliwe. I, prawdę mówiąc, nie do wprowadzenia. Co najwyżej zachęcą jeszcze bardziej do zarabiania na czarno, skoro na emeryturę z ZUS młodzi nie będą mieli co liczyć. Więc po co? Bo Polaków ubywa, umiera nas, zwłaszcza w ostatnich latach, dużo więcej, niż się rodzi. Można to zmienić tylko wtedy, kiedy rodziny będą miały więcej dzieci.

Sprawa jest przez demografów i socjologów przebadana do głębi, wnioski już dawno zostały opisane. Dokładnie wiadomo, dlaczego Polacy kończą powiększanie rodziny często na jednym dziecku, nawet jeśli marzyli o gromadce. Wiadomo, co robić, żeby polskie rodziny chciały mieć więcej dzieci, a jednocześnie mogły realizować aspiracje obojga rodziców. Naukowcy dawno odpowiedzieli na pytanie, jak im w tym pomóc.

PiS jest na to głuchy. A ślepy na to, jak zmienia się na świecie model rodziny i rola w niej obojga partnerów. Bo to nie jest model zgodny z tym, który propaguje Kościół. PiS nie zamierza pomagać, próbuje zmusić. Głodem?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Nowe szaty tyrana. Dlaczego Putin zaatakował i co go dziś przeraża?

Sergei Guriev, profesor ekonomii, były doradca prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa i były główny ekonomista EBOiR, o tym, co może czekać Putina i Rosję pod jego dyktatorskimi rządami.

Jacek Żakowski
18.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną