Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Rynek

Ceny rosną bez zadyszki, szczyt inflacji wciąż przed nami

Wrocław, hala targowa. Powrotu do taniej żywności w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie. Wrocław, hala targowa. Powrotu do taniej żywności w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie. Tomasz Pietrzyk / Agencja Wyborcza.pl
Tempo wzrostu cen nie maleje. Według wstępnych szacunków GUS w czerwcu były wyższe o 15,6 proc. niż rok wcześniej. Końca drożyzny ciągle jednak nie widać, inflacyjny szczyt jeszcze przed nami. Żywność jest droższa o ponad 14 proc. niż rok temu.

Gorsze prognozy tegorocznych zbiorów odbierają nadzieję, że jesienią inflacja będzie niższa. Nie tylko więc ceny nie spadną, ale nawet nie zaczną rosnąć nieco wolniej. Powrotu do taniej żywności w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie.

Nie będzie taniej, będzie zimniej i głodniej

Musimy też zapomnieć o dotychczasowych cenach energii, ogrzewania, ciepłej wody. Koszty utrzymania mieszkania rosną błyskawicznie, to kolejna wysoka pozycja w domowych budżetach Polaków. I transport, ceny paliw też od kilku miesięcy walą po kieszeni. Z innych wydatków, np. rodzinnych wyjazdów wakacyjnych, już wiele rodzin musi rezygnować. Paragony grozy z odpoczynku nad morzem odbiją się na odczycie inflacji dopiero w lipcu, przecież cena pizzy w nadmorskich restauracjach przekroczyła 50 zł.

Często ofiarą cięć w domowych budżetach padają wydatki na prywatne leczenie, bo na publiczną ochronę zdrowia trudno liczyć. Jako pierwsze „odpuszcza się” zęby, stomatologia się sprywatyzowała, co widać po uśmiechach Polaków.

Przedsmak tego, co będzie się działo jesienią, poczuliśmy już tej zimy. Jesienią taniej nie będzie, może być tylko zimniej. Ceny na pewno będą bowiem wyższe, ale węgla czy gazu po prostu może być za mało, domy i mieszkania pozostaną niedogrzane. Zatęsknimy za ciepłą wodą w kranie.

Czytaj także: Inflacja, drożyzna... recesja? PiS traci umiar, opozycja ma problem

Pogłębiają się braki żywności

Premier Mateusz Morawiecki powtarza, że to wina Putina, ale drożyzna w Polsce zaczęła się przed agresją Rosji na Ukrainę. Jeszcze w ubiegłym roku – od sporo wyższych cen gazu i prądu, co natychmiast odbiło się na cenach żywności. Zanim Putin napadł na Ukrainę, inflacja w Polsce dobijała do 10 proc. Po 24 lutego było już tylko gorzej. Wojna i blokada portów czarnomorskich spowodowały światowy kryzys żywnościowy. Dżuma nałożyła się na cholerę, żadna nie ma zamiaru odpuścić. Dotyka całej Europy, a nawet świata, ale nas najboleśniej.

Niestety, jesienią może być jeszcze gorzej. Na świecie tegoroczne zbiory zapowiadają się bowiem gorzej niż w minionym sezonie, braki żywności się pogłębią. Doskwiera susza, ocieplenie klimatu coraz bardziej odbija się na wysokości zbiorów. Ceny będą więc rosnąć, w krajach uzależnionych od importu zboża powiększa się grono osób, dla których chleb stał się towarem niedostępnym, wysokie ceny hamują popyt. Obywateli Europy jeszcze na niego stać, ale pasa zaciskać musimy coraz bardziej, rezygnując z innych wydatków. Pierwsza pod nóż idzie rozrywka i kultura.

Czytaj także: Wojna, inflacja i inne światowe kryzysy. Kiedy to minie?

Płace nie doganiają inflacji

Drożyzna odbiła się już na budżetach domowych wszystkich Polaków, więc wszyscy domagają się podwyżek. Presja inflacyjna narasta, spirala się rozkręca. Skoro rośnie koszt naszej pracy, rosną też ceny produkowanych przez naszych pracodawców towarów i świadczonych przez nas usług. Tę spiralę trudno będzie zatrzymać. Tym bardziej że rząd nie bardzo ma zamiar to robić. No bo jak? Dopłatami do węgla, które spowodują, że jego ceny wzrosną jeszcze szybciej? Tarczami antyinflacyjnymi, od których nie przybywa ani gazu, ani benzyny, tylko wydatków?

A jednak inflacja, która drastycznie obniża poziom życia Polaków, pozwala coraz lepiej żyć monopolistom. A monopolistów za rządów Prawa i Sprawiedliwości szybko przybyło, dominującą pozycję na rynku ma nie tylko PKN Orlen, ale – na dobrą sprawę – cała energetyka kontrolowana przez państwo. Oni żyją dobrze, bezkarnie podnoszą marże. Konsumenci płacą i płaczą.

Czytaj także: Podpowiadamy, jak ratować swoje oszczędności

W ostatnich tygodniach GUS podał także, że płace, szybko rosnące w ubiegłych latach, już nie doganiają inflacji. Zmniejsza się więc szeroki strumień pieniędzy wypływających na rynek, może wzrost cen nieco spowolni. Z punktu widzenia makroekonomii to nie jest najgorsza wiadomość. Ale nie do końca. Jeśli bowiem najbardziej zaciskać pasa mają osoby pracujące, to kto zarobi na potężne transfery socjalne? Jeśli młode rodziny masowo stracą zdolność kredytową, do czego prowadzą coraz wyższe stopy procentowe, to nabywcami nowych mieszkań będą już tylko zagraniczne fundusze inwestycyjne.

PiS myśli tylko o wyborach

Rządzący udają jednak, że deszcz pada, przekonują, że nasze państwo jest w dobrej finansowej kondycji, a Polakom żyje się dzięki rządowi coraz lepiej. Nie chcą dostrzec, że nadchodzi spowolnienie gospodarcze, a jednym z jego skutków będzie błyskawicznie pogarszająca się relacja długu publicznego do PKB. Ceny będą szybować nadal, bo głównym zmartwieniem PiS ciągle nie jest inflacja, lecz zbliżające się wybory. Tylko że szybko pogarszający się poziom życia może wpłynąć także na ich wynik i drukowaniem pustych pieniędzy już nie da się go poprawić.

Czytaj także: Zakredytowani, czyli koszmar milionów

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Co z uznaniem ukraińskiej Cerkwi? Pytamy metropolitę Sawę. „Teraz trwa wojna”

Rozmowa z metropolitą Sawą, zwierzchnikiem Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego, związanego z patriarchatem moskiewskim, o tym, dlaczego polscy prawosławni nie uznają niezależności Cerkwi w Ukrainie.

Katarzyna Kaczorowska
09.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną