Czego nauczyły nas plajty biur podróży

Wakacje z długami
Open Travel, Air Polonia, El Greco, Alpina Tour - te nazwy zapamiętamy na długo. U progu każdych wakacji zaczynamy się niepokoić, czy firmy turystyczne, które sprzedały nam bilety i wycieczki, dotrwają do końca sezonu?

Upadek linii lotniczej lub biura podróży najczęściej jest spektakularny. Prawie zawsze wiąże się z dużą liczbą poszkodowanych. Pod adresem turystycznych bankrutów padają ciężkie oskarżenia. Ale po paru tygodniach emocje opadają, sprawy bada dalej prokurator, ale ciągną się one latami, a losów bankrutów nikt nie śledzi. Do niektórych udało nam się dotrzeć i rzucić nieco światła na kulisy kilku głośnych upadków.

Kto ukradł 18 mln zł?

Toruńskie biuro podróży Open Travel Group (OTG) ogłosiło plajtę we wrześniu 2006 r. psując lub niwecząc urlop blisko 3,8 tys. turystów. Firma jest im winna prawie 6 mln zł. Ponad 10,5 mln zł stanowią należności wobec linii lotniczej Fisher Air. Po uwzględnieniu zobowiązań wobec zagranicznych kontrahentów uzbiera się 18 mln zł. – Open Travel aż do chwili ogłoszenia upadłości przyjmował od ludzi pieniądze i wykazywał zyski. Jeśli w kasie pieniędzy nie było, to ktoś musiał je ukraść – podejrzewa Jacek Panek, krakowski przedsiębiorca turystyczny, który do sierpnia 2006 r. miał 30 proc. udziałów toruńskiej spółki.

Na miesiąc przed bankructwem sprzedał je warszawskiej firmie Podróże TV, do której już wcześniej należał pozostały większościowy pakiet OTG (70 proc.). Właścicielem Podróży TV był natomiast brytyjski fundusz Carlson Private Equity Ltd., który jesienią 2005 r. zapowiedział podbój polskiego rynku turystycznego. Jak zapewnia Jacek Panek, Carlson zrobił na nim bardzo dobre wrażenie, a plany i ich rozmach budziły podziw: – Przedstawiciel Carlsona Artur Jędrzejewski mówił mi, że fundusz chce zainwestować 40 mln euro i przejąć największe firmy w branży – wspomina Panek, który zdecydował się mu sprzedać swoją krakowską firmę, za którą obiecano mu duże pieniądze. Szybko się jednak rozczarował: – Ponieważ Carlson nie miał środków na zapłacenie pierwszej raty, zgodziłem się przyjąć w rozliczeniu 30 proc. udziałów toruńskiego Open Travel. W tym czasie jeszcze nie wiedziałem, że Carlson to nie żaden poważny fundusz, tylko jednoosobowa firma, w dodatku bez grosza – mówi Panek. Ponieważ to nie Podróże TV zostawiły turystów na lodzie, lecz OTG – prokuratura nie miała powodów, by zainteresować się brytyjskim udziałowcem. Tymczasem ten ostatni z podbojów naszego rynku wcale nie zrezygnował. Jego spółka zależna, Carlson Capital Partners, zarejestrowała spółkę Air Italy Polska, która chce uruchomić nową linię czarterową.

Dla toruńskiej prokuratury głównym podejrzanym pozostaje Paweł P., jeden z udziałowców Podróży TV i zarazem prezes OTG, który zarządzał spółką do czasu wrześniowej plajty. Został wtedy przez policję zatrzymany (sąd zwolnił go z aresztu za kaucją i odebrał paszport), a prokurator postawił mu zarzut oszustwa. Po ośmiu miesiącach usłyszał kilka kolejnych zarzutów. – Zebraliśmy dowody świadczące o przywłaszczeniu kwoty około miliona złotych. Dochodzą zarzuty dotyczące fałszowania dokumentów i poświadczenia nieprawdy. Pawłowi P. grozi od roku do 10 lat więzienia – mówi Anna Gawrysiak, naczelnik wydziału śledczego Prokuratury Okręgowej w Toruniu.

Tymczasem sam oskarżony nie czuje się winny. – Zostałem publicznie znieważony. Media wydały na mnie wyrok, mimo że jeszcze nie zostałem skazany – mówi P., który zarzuca prokuratorom nadgorliwość. – Postawiono mi zarzut oszustwa już po sześciu godzinach od czasu zatrzymania i to nie na podstawie przesłuchań, lecz pomówień – utrzymuje. Twierdzi, że zarzuty są naciągane. – Poświadczenie nieprawdy opiera się na błędnie wypełnionym świadectwie pracy. Pieniądze z firmy nie wyciekały. Gdybym był złodziejem, nie czekałbym przecież na policję, tylko uciekł z pieniędzmi za granicę – przekonuje P. Winą za upadek biura obarcza swoich biznesowych partnerów. Najmocniej Jacka Panka – za to, że po rozwodzie z Open Travel rozesłał do agentów w całym kraju oświadczenie podważające wiarygodność kierowanej przez niego spółki. Twierdzi, że jak tylko sąd oczyści go z zarzutów, wyemigruje do Wielkiej Brytanii.

Stygmaty bankruta

O niebo lepiej radzi sobie Marcin Kołodziejczyk, były prezes i właściciel jeleniogórskiego biura Big Blue Travel, którego bankructwo w październiku 2003 r. zaskoczyło półtora tysiąca klientów odpoczywających w Grecji i Egipcie oraz 700 osób, które wycieczki wykupiło, ale nie zdążyło wyjechać. Kołodziejczyk to wciąż czynny biznesmen. Obecnie zarządza informatyczną spółką Exilon, która sprzedaje oprogramowanie dla biur podróży. Jednocześnie jest menedżerem w firmie Medical Travel, oferującej zachodnim pacjentom tanie usługi polskich lekarzy.

– W ciągu trzech lat udało mi się stworzyć od zera jedno z największych biur podróży w Polsce, z czego pozostanę dumny. To, że moja firma zbankrutowała, jest wynikiem zewnętrznych okoliczności, więc nie muszę się wstydzić. Sąd nie zakazał mi prowadzenia działalności gospodarczej, a moi wierzyciele nawet się tego nie domagali. W tej sytuacji bankructwo nie przekreśla mnie jako biznesmena – tłumaczy Kołodziejczyk.

Całą winą za upadek Big Blue Travel obarcza aparat skarbowy. Ma mu za złe, że nie zważając na dobro turystów postanowił wyegzekwować 2 mln zł zaległego podatku (firma źle naliczała VAT, co było kwestią błędnej interpretacji podatkowej). Urzędnikom skarbowym trudno się jednak dziwić – zorientowali się bowiem, że Kołodziejczyk sprzedaje wycieczki pod szyldem bliźniaczej spółki o niemal identycznej nazwie (też Big Blue, ale bez Travel). Nabrali więc podejrzeń, że przedsiębiorca chce ukryć pieniądze przed wierzycielami. – Nie miałem takich intencji. Dużo wcześniej, zanim popadłem w kłopoty, postanowiłem zrestrukturyzować firmę i stworzyć grupę kapitałową, a następnie wprowadzić ją na giełdę – stara się rozwiać podejrzenia Kołodziejczyk.

Jego wyjaśnienia nie przekonały jeleniogórskiej prokuratury, która po trwającym trzy lata śledztwie w końcu maja 2007 r. postawiła biznesmenowi osiem zarzutów – siedem w sprawie oszustwa i jedno w sprawie nieogłoszenia w terminie upadłości. Dla Kołodziejczyka było to dużym zaskoczeniem: – Byłem przekonany, że ten horror mam za sobą. Czuję się tak, jakbym nosił stygmaty, które zaczęły krwawić. Sprawa w prokuraturze była przecież zawieszona, podjęto ją na nowo, na zamówienie polityczne – uważa Kołodziejczyk. Czyje dokładnie, nie wyjaśnia.

Kto udaje Greka?

Tarek Hammudeh, polski przedsiębiorca jordańskiego pochodzenia, najwyraźniej nie ma dobrej ręki do interesów. Biura podróży, które tworzył lub dla których pracował, dziwnym trafem upadały. Gdy w czerwcu 2003 r. zbankrutował Aladin (główny udziałowiec, Tunezyjczyk, uciekł z pieniędzmi za granicę), Hammudeh działał już wtedy w El Greco, spółce, którą założył w 2002 r. (na początku podnajmował pokój w biurze Aladina). El Greco splajtowała w styczniu 2004 r., pozostawiając ponad 150 turystów na egipskim lotnisku. Kilka miesięcy wcześniej, gdy firma miała kłopoty, w jej imieniu wypowiadał się Jan Bestry, który później został posłem Samoobrony. W 2006 r. było o nim głośno, gdy został usunięty przez Andrzeja Leppera z partii za aferę obyczajową. Uchodzi za jednego z najbogatszych parlamentarzystów – ma na koncie ponad milion złotych, dwa gospodarstwa rolne o pow. 1500 ha wyceniane na 8 mln zł i udziały w kilku spółkach. Skąd to nagłe zainteresowanie turystyką?

– Firma El Greco, będąc na granicy upadłości, zwróciła się do mnie jako do firmy doradczo-consultingowej z dwoma zleceniami. Pierwsze dotyczyło prowadzenia księgowości tej spółki, drugie – wyprowadzenia firmy z zapaści finansowej i opracowania programu naprawczego – tłumaczy Bestry.

Ale jego związki z właścicielami El Greco nie ograniczyły się do świadczenia doradczych usług. W kwietniu 2003 r. zakłada z nimi spółkę El Greco Air Services, a jej prezesem zostaje Tarek Hammudeh. Firma organizowała dla biura turystycznego przeloty. Rok po upadku El Greco spółka zawiesiła działalność. Z zapisów w Krajowym Rejestrze Sądowym wynika, że do dzisiaj Bestry jest jej współwłaścicielem, choć sam twierdzi, że swoje udziały dawno sprzedał. Dlatego też o udziałach w El Greco Air Service w oświadczeniu majątkowym nawet nie wspomina. Przyznaje się tam natomiast do spółki Orange Holidays, którą dziennikarze trzy lata temu przedstawiali jako nowe wcielenie El Greco. Te ostrzeżenia okazały się na tyle skuteczne, że Orange Holidays, mimo wielokrotnych starań w urzędzie marszałkowskim, nie otrzymało turystycznej koncesji.

Tarek Hammudeh nie ma już własnego biura. Sąd przychylił się do wniosku towarzystwa Gerling (ubezpieczało El Greco) i zakazał mu prowadzenia działalności gospodarczej na 4 lata. Obecnie pracuje na Krecie jako rezydent greckich biur podróży. Gdy przebywa w Polsce, doradza zaprzyjaźnionym biurom podróży: – Dostałem mocno po plecach. Nie zamierzam już pracować na własny rachunek. Wolę pracować jako zwykły pilot – zapewnia Hammudeh.

Czekają na pomniki

Jako doradca swoje usługi oferuje dzisiaj Jan Litwiński, były prezes pierwszej polskiej taniej linii Air Polonia, która w grudniu 2004 r. upadła z hukiem zostawiając zobowiązania wobec 53 tys. niedoszłych pasażerów oraz ok. 26 mln zł długów. Od 2005 r. prowadzi jednoosobową firmę doradczą OpenSky Consulting Group. Niewykluczone, że już niebawem będzie musiał ją zamknąć, gdyż jeden z wierzycieli Air Polonii (Petrolot) złożył pozew, w którym domaga się, by sąd zakazał byłym szefom upadłej spółki prowadzenia działalności gospodarczej.

Taka sama sankcja grozi byłemu współwłaścicielowi Air Polonii Tomaszowi Sudołowi, który również zasiadał w jej zarządzie (odpowiadał za finanse spółki). Ten cieszący się zaufaniem Andrzeja Leppera menedżer (z ramienia Samoobrony startował w wyborach do europarlamentu, a z przewodniczącym jeździł do Chin) kilka miesięcy temu był kandydatem na prezesa PLL LOT. – Miałem duże szanse. Gdy rada nadzorcza LOT wezwała mnie na przesłuchanie, akurat byłem w USA. Tylko dlatego z konkursu odpadłem – mówi Sudoł. Teraz kończy pisać doktorat z zarządzania na wrocławskiej Akademii Ekonomicznej. Jest też właścicielem trzech stacji benzynowych.

On i pozostali akcjonariusze Air Polonii nie mają sobie niczego do zarzucenia. – Zamiast pręgierza powinniśmy mieć pomniki. To my pierwsi stanęliśmy do konkurencji z PLL LOT – mówi Mirosław Szeleziński, który na zakup akcji Air Polonii wydał niegdyś milion złotych. Jego zdaniem za bankructwo firmy ponoszą odpowiedzialność Irlandczycy, którzy najpierw obiecali ratować linię, a potem zdradziecko się z niej wycofali.

Tomasz Sudoł nie widzi powodów, by użalać się nad pasażerami, którzy nie zdążyli z Air Polonią wylecieć. Ci, którzy płacili przez Internet kartą, dostali odszkodowanie od firmy e-card. Reszta mogła skorzystać z usług konkurentów. Linie SkyEurope i WizzAir zgodziły się przewieźć ich za darmo w tych samych lub w zbliżonych terminach: – Znam cwaniaków, którzy skorzystali z bałaganu i odebrali pieniądze z e-card, a następnie polecieli za darmo i to nie raz, a dwa razy – mówi Sudoł.

Okoliczności tej plajty od stycznia 2005 r. bada warszawska prokuratura. Brak determinacji, jaką tu wykazuje, może świadczyć, że czuje respekt przed menedżerem z poparciem Samoobrony. Z kolei prokuratura przekonuje, że śledztwo przeciąga się z przyczyn obiektywnych. – Wciąż badamy, czy zarząd działał na szkodę spółki i czy klienci Air Polonii zostali oszukani? To, czy zarzuty komuś będą postawione, zależy od ekspertyzy biegłych, której jeszcze nie ma. Podobne dochodzenia trwają latami – mówi Katarzyna Szeska, rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej.

Temida jest nierychliwa, ale jednak karze. Przykładem jest finał głośnej afery Alpina Tour. Krakowskie biuro padło osiem lat temu. Ostatecznie w listopadzie 2006 r. siedem spośród ośmiu oskarżonych osób zostało skazanych za oszustwo. Stało się tak tylko dlatego, że dobrowolnie poddały się karze. Ósma nie przyznała się do winy i jej proces trwa. Jak twierdzi rzecznik Sądu Okręgowego w Krakowie sędzia Andrzej Almert, sprawa Alpiny wymagała przesłuchania ponad trzech tysięcy poszkodowanych świadków, zaś akt oskarżenia znalazł się w 185 tomie. Oskarżeni zostali skazani za oszustwa, fałszowanie dokumentów i przywłaszczenie mienia.

Każdy z nich otrzymał od roku do półtora roku więzienia (tylko jedna osoba dostała wyrok w zawieszeniu). Prócz tego każdy z nich po odbyciu kary przez dwa lata nie będzie mógł prowadzić biura podróży. – Wyroki mogą nie wydawać się surowe, ale sąd wziął pod uwagę dobro poszkodowanych. Skazani muszą im oddać 5,7 mln zł, na co mają cztery lata – wyjaśnia sędzia Almert. Przynajmniej niektórzy mają z czego spłacać. Jeden z nich prowadził firmę instalacji saun, drugi do listopada ub.r. był udziałowcem modnego krakowskiego klubu przy Floriańskiej.

Sztuka upadania

Turystyczni bankruci – Paweł P., Marcin Kołodziejczyk, Tarek Hammudeh twierdzą, że ich działania mieściły się w ramach ryzyka biznesowego, z którym każdy przedsiębiorca musi się liczyć. Czują się usprawiedliwieni, bo, jak zapewniają, jak lwy walczyli o swoje firmy wierząc, iż uda im się wyjść z opresji. Wobec klientów też czują się w porządku. Przecież ich roszczenia zaspokaja bankowa gwarancja lub ubezpieczeniowa polisa. Tymczasem, jak pokazuje praktyka, zabezpieczenia finansowe są zbyt małe (np. klienci Open Travel dostaną tylko 15–75 proc. wpłaconych na wakacje pieniędzy). A jak wyliczyć straty wynikłe ze zmarnowanych wakacji?

Polska Izba Turystyki oraz towarzystwa ubezpieczeniowe od jesieni zastanawiają się, jak skutecznie zapobiegać kolejnym, raczej nieuniknionym, plajtom. Te największe firmy, które upadały – Big Blue, Alpina, Air Polonia czy Open Travel – kredytowały swoją bieżącą działalność przedpłatami klientów. Dopóki ich liczba szybko rosła, nie było kłopotów. Gdy popyt malał, to zaczynało brakować pieniędzy na spłatę wcześniejszych zobowiązań. Przypominało to trochę słynne finansowe łańcuszki świętego Antoniego. A własnych wystarczająco dużych środków obrotowych przedsiębiorcy z reguły nie mieli.

Żeby zapobiec tworzeniu się podobnych piramid, izba turystyki chce wprowadzić zasadę przyjmowania przedpłat na wycieczki najwcześniej miesiąc przed podróżą. Firmy mogłyby przyjmować wpłaty wcześniej, ale zebrane pieniądze byłyby deponowane w specjalnym funduszu powierniczym. Już wiele lat temu podobne rozwiązanie wprowadzili Anglicy. Skoro sprawdziło się w Wielkiej Brytanii, może będzie skuteczne i u nas.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj