Jak nie zostaliśmy kapitalistami
Jak nie zostaliśmy kapitalistami. Dlaczego NFI były niewypałem? I kto na nich naprawdę zarobił?
Obietnicę 100 mln starych zł, (po denominacji w 1994 r. byłoby to 10 tys. zł), Polacy potraktowali dosłownie. Rozczarowany Kazik Staszewski w popularnej piosence domagał się potem: „Wałęsa, dawaj moje sto milionów”. Prezydent nie odżegnywał się od pomysłu, ale widział go nieco inaczej niż Staszewski: tłumaczył, że to miała być nie gotówka, ale bony, za które moglibyśmy kupować udziały w przedsiębiorstwach pozostałych po PRL. Do realizacji pomysłu Wałęsy nie doszło, ale idea powszechnego uwłaszczenia jako rekompensaty za krzywdy komuny i sprawiedliwego podziału tego, co po niej zostało, wykiełkowała.
Pomysł Wałęsy usiłował zamienić w konkret Janusz Lewandowski, gdański liberał, przyjaciel Donalda Tuska, minister przekształceń własnościowych w rządzie Hanny Suchockiej. Dzisiaj Lewandowski, autor programu NFI, wspomina: – Program Powszechnej Prywatyzacji zrodził się w Gdańsku, u Wałęsy na Zaspie, ale spodobał się także w innych krajach posocjalistycznych. Świadectwa udziałowe rozdały obywatelom nie tylko Czechy, ale nawet Mongolia. Niestety, realizacja tej idei wszędzie okazała się nieudana, zwykle prowadziła do stworzenia lokalnej oligarchii, nam przynajmniej tego udało się uniknąć. Do gospodarki rynkowej, do kapitalizmu, nie dało się dojść na skróty.
Kapitaliści bez kapitału
Na początku lat 90. socjalizm wprawdzie upadł, ale ludzie byli przekonani, że jak podzielimy między siebie zakłady, które po nim zostały, zostaniemy obdarowani (jako kandydaci na kapitalistów) całkiem sowicie. Bez kapitału, ale z udziałami w socjalistycznych fabrykach łatwiej będzie nam radzić sobie w gospodarce rynkowej, może nawet zostaniemy rentierami.
Kiedy wreszcie Sejm w kwietniu 1993 r. uchwalił ustawę o NFI, zaraz potem rząd Hanny Suchockiej upadł, a do władzy doszła koalicja SLD-PSL.