Żadne złoże nie pomoże
Ostatnie odkrycia wielkich złóż ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej, przy brzegach Brazylii i w Iranie rozpaliły na nowo dyskusję o rezerwach czarnego złota. Epoka naftowa kończy się czy nabiera rozpędu, a marzenia o zielonej technologicznej rewolucji należy odłożyć na półkę?

Światu grozi załamanie na rynku ropy naftowej, ostrzegł w sierpniu Fatih Birol, główny ekonomista Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA). Przypomniał, że większość pól naftowych wkroczyła w okres malejącej wydajności wydobycia, a globalny kryzys gospodarczy dołożył się do wieloletnich zaniechań inwestycyjnych w podtrzymanie produkcji i odkrywanie nowych złóż. W efekcie podaż surowca, gdy świat zacznie wychodzić z kryzysu, nie sprosta oczekiwanemu wzrostowi popytu, ceny poszybują w górę i znowu zaczną się kłopoty, jak w połowie ubiegłego roku, gdy za baryłkę ropy płacono prawie 150 dol.

Kilka tygodni po tych kasandrycznych zapowiedziach, dokładnie w 150 rocznicę narodzin amerykańskiego przemysłu naftowego, agencje prasowe doniosły, że BP odkryło pod dnem Zatoki Meksykańskiej olbrzymie złoże Tiber, liczące być może nawet 4 mld baryłek ropy. Chwilę potem o podobnym sukcesie zameldowali Brazylijczycy, ogłaszając odkrycie złoża Guara pod dnem Atlantyku, gdzie może być nawet 150 mld baryłek. Nie gorsi okazali się także Irańczycy, chwaląc się odkryciem złoża z 8,8 mld baryłek w Soussangerd. Birol musi odejść, kryzys naftowy nie grozi światu, wszystko będzie po staremu – obwieścił Witold Gadomski w „Gazecie Wyborczej”.

Arytmetyka

Zgodnie z danymi IEA, świat zużywa dziennie 83,7 mln baryłek ropy, z tego jedną czwartą Amerykanie. Łatwo obliczyć, że samo złoże Tiber wystarczy na jakieś dwa miesiące pompowania. Pod warunkiem, że dałoby się wydobyć wszystko, co jest pod dnem, i w tempie odpowiadającym popytowi. Niestety, z każdym z tych elementów jest poważny problem. Po pierwsze, nie lada wyzwaniem jest zamiana odkrycia w rzeczywiste wydobycie. Złoże Tiber jest na głębokości przekraczającej 10 km, jeszcze kilka lat temu takie pokłady wydawały się nieosiągalne i zalicza się je do niekonwencjonalnych zasobów. A więc takich, których eksploatacja wymaga nie lada wysiłku technologicznego, wielkich pieniędzy, a na dodatek obarczone jest dużym ryzykiem niepowodzenia. Tylko jeden dzień wierceń poszukiwawczych kosztuje kilkaset tysięcy dolarów! Geologiczne rozpoznanie złoża i budowa infrastruktury wydobywczej może trwać ponad 10 lat.
 

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to – jak szacuje Philip Martin, ekspert z amerykańskiej Energy Intelligence Agency (EIA) – w 2030 r. ze złóż podmorskich Stany Zjednoczone uzyskają około 200 tys. baryłek dziennie, a będą w tym czasie potrzebować 23 mln (przy popycie światowym sięgającym 118 mln). Niby więc ropy jest dużo, podaż jednak będzie niewystarczająca, a produkcja jednej baryłki (ze względu na niekonwencjonalny charakter zasobów) może kosztować nawet 40 dol. według dzisiejszych cen. Jeśli szacunki Martina są prawidłowe, to ropa z nowych złóż nie wyrówna Amerykanom nawet traconych zdolności wydobywczych ze starych pokładów.

Petropolityka

Stany Zjednoczone, mimo że ich udział w światowej konsumpcji czarnego złota będzie malał na rzecz nowych graczy, jak Chiny i Indie, zachowają jednak na długo rolę kluczowego rozgrywającego. Daniel Yergin, szef IHS CERA, jednej z najważniejszych firm analitycznych ryku naftowego, przypomina na łamach najnowszego numeru magazynu „Foreign Policy”, że ropa jest dziś nie tylko surowcem energetycznym i chemicznym, lecz stała się także instrumentem finansowym funkcjonującym na rynkach wymiennie z pieniądzem. Kontrola kursu ropy jest równie ważna jak rezerw finansowych.

Gdzie wielkie pieniądze, tam polityka, a dokładnie petropolityka. Pojęcie to wprowadził do obiegu amerykański publicysta Thomas L. Friedman, pokazując, jak rosnące ceny czarnego surowca powodują eksport bogactwa do krajów o wątpliwej reputacji politycznej. Czy to przypadek, że Rosja podjęła wojnę z Gruzją, gdy baryłka kosztowała 150 dol.? Czy byłoby ją stać na taką ekstrawagancję przy obecnym deficycie budżetowym wywołanym gwałtowną, kryzysową obniżką cen? Czy Hugo Chavez mógłby sobie pozwolić w Wenezueli na budowę socjalizmu XXI w., gdyby nie strumień petrodolarów? Czy Arabię Saudyjską stać byłoby na eksport idei islamistycznych bez amerykańskich dolarów?

To właśnie ten splot czynników bezpieczeństwa energetycznego, finansowego i strategicznych wyzwań politycznych spowodował, że w Stanach Zjednoczonych pojawiła się koncepcja niezależności energetycznej, łącząca amerykańskich polityków ponad podziałami. To senator John McCain, oponent Baracka Obamy w ostatnich wyborach prezydenckich, wzywa, by przestać płacić roczny haracz w wysokości 700 mld dol. krajom, które i tak USA nie lubią.

Cena niezależności

Czy jednak niezależność energetyczna USA jest w ogóle możliwa i co oznaczałaby ona dla świata? Być może podpowiedź niesie historia. Jednym z kluczowych producentów ropy jest kartel OPEC skupiający 12 krajów dostarczających blisko 30 mln baryłek dziennie. Ponieważ w tym klubie dominują kraje arabskie, stał się on ważnym narzędziem bliskowschodniej polityki. Gdy w 1973 r. wybuchła wojna z Izraelem, OPEC ukarał sojuszników tego kraju, m.in. Stany Zjednoczone, embargiem na dostawy ropy. Amerykanie ustawili się w kolejki do stacji benzynowych, a ceny za baryłkę na światowym rynku się zwielokrotniły.

Podobna sytuacja wydarzyła się podczas wcześniejszej wojny arabsko-izraelskiej w 1967 r., wówczas jednak globalny rynek nie doznał wstrząsu. Wyjaśnienie jest banalnie proste. W 1967 r. USA miały jeszcze nadwyżki produkcyjne i choć importowały ropę, to jednak rodzimy przemysł naftowy mógł szybko zwiększyć wydobycie i pokryć niedobory wynikające z embarga. W 1970 r. Stany Zjednoczone osiągnęły jednak maksimum swego potencjału, zatrzymując się na poziomie produkcji 10 mln baryłek dziennie. Od tamtego momentu trwa nieustanne zmniejszanie wydobycia. Gdy więc w 1973 r. ponownie pojawiło się embargo, jedynym sposobem pokrycia braku surowca okazały się zakupy na globalnym rynku, co wywołało gigantyczny impuls cenowy.

Popierajmy więc niezależność energetyczną Ameryki nie tylko dla dobra Amerykanów. Niestety, sprawa nie jest wcale taka prosta. Prezydent F.D. Roosevelt, gdy w 1945 r. wracał z Jałty, gdzie z Churchillem i Stalinem ustalił podstawy powojennego ładu, zatrzymał się u wybrzeży Arabii Saudyjskiej, by podpisać porozumienie będące ważnym aneksem do jałtańskiej ugody. Zawarł wtedy strategiczne przymierze z Domem Saudów, oferując ochronę jego interesów w zamian za pierwszeństwo w dostępie do saudyjskiej ropy. Arabia Saudyjska pełniła – i jako jedyny kraj produkujący ropę nadal pełni – funkcję swing state, to znaczy może szybko zwiększyć produkcję, by zniwelować wahania na rynku.

Powrót do amerykańskiej niezależności energetycznej oznaczałby załamanie strategicznego sojuszu, bez którego szanse na przetrwanie Domu Saudów u władzy byłyby raczej marne. Ewentualne turbulencje polityczne w Arabii Saudyjskiej oznaczałyby szok dla globalnego rynku surowców energetycznych. Niedoborów saudyjskiej ropy, nawet gdyby Stany przeszły na własny garnuszek, nie wyrównałaby zwiększona produkcja z nowo odkrytych złóż brazylijskich czy irańskich. Brazylijczycy szacują, że w 2020 r. osiągną zdolność wydobywczą 5,7 mln baryłek dziennie, ledwie połowę tego, co daje Arabia Saudyjska. I to pod warunkiem, że znajdą dziesiątki miliardów dolarów na niezbędne inwestycje w przygotowanie do eksploatacji odkrytych złóż.

W świetle najnowszego wrześniowego raportu koncernu Total, o wolne pieniądze na inwestycje obecnie najtrudniej – realne nakłady na rozwój infrastruktury wydobywczej zmaleją w tym roku nawet o 20 proc., co przełoży się na zmniejszoną o 4 mln baryłek dziennie globalną zdolność wydobywczą w 2015 r. A także, jak z kolei prognozuje Daniel Yergin z IHS CERA, na kolejny szok cenowy nie później niż w 2012 r., gdy zaczniemy udawać, że kryzysu nie było.

Jeszcze 40 lat

Teoretycznie ropy ciągle jest dużo; zgodnie z używaną powszechnie w branży statystyką, przygotowywaną przez koncern BP, stan udokumentowanych rezerw szacowano na koniec 2008 r. na 1258 mld baryłek, co daje perspektywę czterdziestoletniego wydobycia. W tym czasie powstaną zapewne nowe technologie umożliwiające wykorzystanie złóż, których dotychczas nie było jak – lub nie opłacało się – eksploatować. Rzeczywiście rozwój technologii geologicznego rozpoznania, wierceń i przeróbki jest bardzo szybki, wiąże się jednak z wielkimi inwestycjami, za które trzeba będzie zapłacić w przyszłości, co dobrze pokazują szacowane koszty produkcji baryłki ze złoża Tiber. Zdaniem wielu analityków ten przyszły koszt może być na tyle wysoki, że jeśli dołożyć doń koszty zewnętrzne związane ze szkodami ekologicznymi, a także z opłatami za emisję dwutlenku węgla pochodzącego ze spalania produktów z ropy naftowej, to lepiej poważnie zabrać się za inwestowanie w alternatywne technologie energetyczne.
 

Dodatkowym argumentem za inwestycjami w nowe technologie jest wskaźnik EROEI, pokazujący relację między energią uzyskiwaną z wydobytego surowca a potrzebną do jego wydobycia i przeróbki. Okazuje się, że dalsza eksploatacja ropy wiąże się nie tylko z rosnącymi nakładami finansowymi, lecz także energetycznymi, co zaczyna po prostu tracić sens.

Ropa naftowa będzie z nami jeszcze przez wiele lat. Budowanie przyszłości świata na niej byłoby jednak nierozsądne. David Strahan w bestsellerowej książce „The Last Oil Shock” (Ostatni szok naftowy) przypomina życzliwie, że już od wielu lat na każdą nowo odkrytą baryłkę ropy przypadają trzy zużywane. Ta nierównowaga między tempem odkrywania a realną konsumpcją może być zapowiedzią, że światowy system naftowy zbliża się do momentu peak oil, czyli sytuacji USA w 1971 r. Ropy jest jeszcze sporo, lecz realne zdolności wydobywcze będą systematycznie maleć przy rosnącym apetycie na nią.

Rezultat? Warto zajrzeć do powieści Jamesa Grahama Ballarda „Witaj, Ameryko!”, opowiadającej w przejmujący sposób o załamaniu naftowej cywilizacji. Warto także wczytać się w najnowsze dzieło wybitnych socjologów brytyjskich Kingsleya Dennisa i Johna Urry’ego „After the Car” zastanawiających się, jak będzie wyglądało społeczeństwo oderwane od swoich aut.

Oszczędzać, co się da

Koncepcja peak oil ma licznych oponentów, którzy przekonują, że z ropą naftową jest jak z rynkiem – gdy będzie popyt, pojawi się odpowiednia podaż, bo zachęci to do inwestowania w nowe technologie poszukiwania złóż i ich eksploatację. Optymizm ten podważa jednak Sheila Newman, redaktorka tomu „The Final Energy Crisis” (Ostateczny kryzys energetyczny), pokazując, że już w 1978 r. świat osiągnął peak oil per capita. Od tamtego czasu podaż ropy naftowej w przeliczeniu na mieszkańca Ziemi systematycznie maleje. Wyłączanie czynnika demograficznego z rozważań o energetycznej przyszłości świata jest niebezpieczną krótkowzrocznością.

Można ten niepokój cynicznie skwitować, że problem przyrostu demograficznego jest problemem krajów biednych, które nie decydują o cenie ropy na globalnym rynku. Warto więc przyjrzeć się historii rozwoju Chin, które jeszcze na początku lat 90. XX w. eksportowały ropę, a dziś wychodzący z kryzysu gigant importuje 4,6 mln baryłek dziennie. Apetyt Chińczyków będzie szybko rósł, bo bogacąc się zaczęli zamieniać rowery na samochody i kupili ich w tym roku więcej niż Amerykanie. W kolejce czekają mieszkańcy Indii.

Lepiej nie udawać, że nic się nie zmieniło. Rozsądniej oszczędzać to, co jeszcze zostało w ziemi, by starczyło na jak najdłużej. Ten czas jest potrzebny, by wyleczyć się od uzależnienia od ropy.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj