Jak się nie rozwieść
Dlaczego ludzie się rozstają, choć tylko czasem naprawdę muszą, opowiada na podstawie swojej praktyki w terapii par Mariola Kosowicz, psycholog.

Ludzie przeżywają kryzys i od razu myślą, że to koniec małżeństwa. Można powiedzieć: rozwodzą się nie z powodu dżumy, tylko kataru. Są oczywiście granice, których nie wolno nikomu przekraczać, bo poza nimi człowiek jest w związku niszczony. To jest przemoc, alkoholizm, którego partner nie chce leczyć.

To są te szczególne przypadki, w których lepiej odejść, niż zostać i walczyć z wiatrakami.

Ale bardzo często kandydatami na rozwodników są również osoby, które mogą coś zrobić w swoim związku, a z różnych powodów godzą się na bylejakość i trwają w małżeństwach, w których się duszą. To ludzie dojrzali z dużym rodzinnym stażem, ale też bardzo młodzi małżonkowie, którzy biorą ślub i dalej są bardzo skupieni jedynie na sobie, na swojej karierze. Żyją w permanentnym stresie i oczekują, że związek z partnerem sam się poukłada. Niestety – sam się nie poukłada. Co więc zrobić, żeby ten kryzysowy katar wyleczyć?

 1
On nigdy nie był idealny. I nie będzie.

Oto młode małżeństwo. Awanturowali się, byli gotowi do rozstania. Obwiniali się wzajemnie o niezrozumienie swoich potrzeb, o egoizm. Wyglądało na to, że niewiele wiedzą o swoich potrzebach. Zapytałam więc, czy ze sobą rozmawiają. Oni, że oczywiście. Rano przy śniadaniu pytają nawzajem, co będą robić w pracy, potem dzwonią do siebie do biura, a wieczorem otwierają wino. W trakcie spotkań odkryli, że rozmawiają ze sobą bardzo powierzchownie. Zero rozmów o potrzebach emocjonalnych, o intymności, o lękach.

Można tak żyć do czasu, ale wcześniej czy później w życiu zdarza się coś, co katalizuje kryzys. Kłopoty w pracy, kradzież, narodziny dziecka, problemy z zajściem w ciążę, choroba. Gdy wybieramy partnera życiowego, to siłą rzeczy chcemy widzieć w nim spełnienie naszych marzeń i potrzeb. Świadomie lub nie całkiem nie dostrzegamy cech, które nas drażnią.

Nie brakuje też związków, w których partner jest naszym jestestwem i żyjemy przekonani, że bez niego runie świat. Doskonały mąż, piękny dom, wakacje w kurortach, luksusowe auto. Złota klatka, czyli cały system podpórek naszego ego. W takich związkach zwykle znosi się bardzo dużo, żeby tylko nie zostać samemu.

Podstawowym problemem tego małżeństwa, które do mnie przyszło, był brak zrozumienia, że są różni i każde z nich ma prawo czuć inaczej.

Mąż miał bardzo chorą matkę, którą bardzo chciał się opiekować. Żona wpadała w furię, że go ciągle nie ma w domu. On tłumaczył i liczył na zrozumienie. Wysłuchiwał, jakim to jest marnym mężem i panikarzem, i z czasem przestał się odzywać. Zaczęło się piekło. Nie potrafili oderwać się od swoich racji. Skończyło się na indywidualnej terapii każdego z nich, dzięki której mogli się przyjrzeć sobie samym. On zrozumiał m.in., skąd w nim tak obezwładniający lęk o matkę. Jego ojciec zmarł na raka, potem ojczym, teraz chorowała matka, z którą był bardzo związany. Żona wychowywała się w rozbitej rodzinie. Ojciec odszedł, gdy była mała, a kiedy płakała, że nie przychodzi w odwiedziny, matka ją strofowała: nie rozczulaj się, nie wolno. Więc teraz jako dorosła kobieta też się nie rozczulała i nie rozumiała, dlaczego teściowa nie może jechać taksówką na zabiegi. Uważała, że mąż to maminsynek. Byli zakleszczeni w tych swoich lękach i żalach.

Poważny kryzys nie powstaje z chwili na chwilę, to proces, który trwa od jakiegoś czasu. Kiedy nie można już udawać, że go nie ma, to nadchodzi taki moment, w którym zamiast szukać winnych dookoła, warto uczciwie spojrzeć na siebie, swój związek, i odpowiedzieć na kilka pytań. Jaki jest mój wkład w to, co się obecnie dzieje w małżeństwie? Czy ze mną można o tym problemie rozmawiać? Czy ja walczę, czy też naprawiam? Czy mam gotowość usłyszeć, co mój partner myśli na mój temat i przemyśleć to? Ważne, by realnie stawiać oczekiwania wobec siebie i partnera.

Jeśli żona oskarża męża, że nie wyraża uczuć albo gorzej – nie wie, co czuje, że jest taki zamknięty w sobie, to pewnie nie pamięta, że przed ślubem nie był specjalnie wylewny, otwarty ani empatyczny. Tyle że wtedy jej to nie przeszkadzało albo miała misję, że go zmieni. Trzeba nauczyć się żyć z tym wszystkim, co piękne w najbliższej osobie, i niestety, z tym, co w niej trudne.

 2
Dlaczego go wybrałam?

Miałam pacjentkę, której narzeczony trzy razy odwołał ślub bez specjalnych tłumaczeń. Ona go kochała i prosiła, by mu przetłumaczyć, że manewrowanie terminami to niepotrzebne koszty. Spytałam, z jakiego jest domu. Ona, że nawet nie chce gadać, ojciec chlał jak świnia, bił, one z matką wciągały go po schodach do mieszkania, gdy spał na klatce zarzygany. Więc ta dziewczyna postanowiła, że nigdy tak nie będzie miała. Pomyślałam, że może potrzebna jej będzie indywidualna terapia dla dorosłych dzieci alkoholików. Ona na to, że jestem nienormalna. Narzeczony pije dobre trunki, sam się kładzie spać, może kilka razy szturchnie, ale to się każdemu zdarza. Mówiła: mam wersal. Po dwóch latach z powodu przemocy zabrała dziecko i zamieszkała z matką. Mimo wszystko potrafiła uciąć przemoc, inaczej niż matka.

Zdarzało ci się, że przed ślubem mąż uderzył cię w twarz albo ścisnął rękę, ale myślałaś, że jest kochający i zazdrosny? To znaczy, że masz nadtolerancję na przemoc. Nie zapaliła ci się czerwona lampka. To nie musi wynikać z tego, że w twoim domu rodzinnym stosowano otwartą przemoc. To mogła być nieumiejętność nazywania potrzeb, niedostrzeganie ich. Dom rodzinny to wzorzec, na podstawie którego tworzy się mapa poznawcza człowieka, czyli zestaw reguł, skłonności, którymi podświadomie kierujemy się w życiu. Chcemy czy nie, pierwsze wyobrażenie o relacji czerpiemy ze związku między rodzicami; niekoniecznie po prostu ją powtarzamy, ale odnosimy się do niej. Bardzo różnie te odniesienia wyglądają. Ktoś, kto żył w domu, w którym nie mógł się swobodnie wypowiadać, był poniżany, może wybrać partnera z takiego samego domu i zachowywać się tak jak własny ojciec. Albo też przeciwnie – szukać osoby, która jest jeszcze słabsza, by – opiekując się nią – dowartościować siebie. Częściej, niestety, dzieci dotknięte przemocą doświadczają jej także w swoich dorosłych związkach.

3
Czego od niego potrzebuję?

Znałam kiedyś panią, która w każdej wypowiedzi deprecjonowała siebie, to co robiła, jak myślała. Na zewnątrz trudno się było zorientować, że tak jest niepewna siebie, gdyż zbudowała sobie system podpórek i otoczyła murem. Znalazła utytułowanego męża, lekarza. Pomyślała: przy nim będę kimś. Mąż nie miał pojęcia o kompleksach, ale był z kolei typem opiekuńczego tatusia; wybrał sobie taką kobietę, która pozwalała mu na organizowanie jej całego życia. Do czasu była zachwycona, że on tak fantastycznie o nią dba, a on mógł się czuć wyjątkowym mężem. Aż ciężko zachorował. Obie strony straciły swoje role w życiu, a w nowych nie potrafiły się odnaleźć.

Partnerów, wbrew pozorom, nie wybieramy przypadkowo. Czasami przesłanki są głęboko ukryte. Tylko że bardzo trudno żyć w związku, w którym partner ma zaspokoić wszystkie deficyty, zabliźnić stare rany, rozumieć bez słów, być górą, na której się stoi i jest się widocznym. Nie ma człowieka, który udźwignie takie obciążenie. A nie dając rady, on może zacząć uciekać. Na przykład w chorobę.

Choćby z tego względu trzeba więcej wiedzieć o sobie i o tej drugiej osobie.

W małżeństwie zwykle nie myśli się o zasadach i się o nich nie rozmawia. To błąd. Bo nie rozmawiając człowiek nie nauczy się zasad poruszania po wspólnej drodze, jaką jest związek. Ludzie wjeżdżają sobie w drogę, nie dają kierunkowskazu, że skręcają, czasami stoją na zielonym świetle. Nie rozmawiają, bo bardzo boją się prawdy o sobie i konfrontacji z obrazem siebie, który misternie zbudowali. Nierzadko w złości mówimy: nie dam rady, nie chcę z tobą żyć, nic nas już nie łączy, nie mogę na ciebie patrzeć, nie rozumiesz mnie, zobacz, już nie sypiamy ze sobą. Ale nazajutrz, kiedy żona pyta, co zjesz na śniadanie, odpowiadamy: jajecznicę. I w ten sposób stan do następnej awantury jest zakonserwowany. A tak naprawdę potrzebna jest refleksja, jak naprawdę wygląda nasze życie i czy naprawdę chcemy coś zmienić, czy wykonujemy tylko ruchy pozorne.

4
Nie ratuj na oślep, ratuj precyzyjnie

Miałam pacjentkę, która przez 20 lat doświadczała upokorzeń i przemocy. Miała dwóch synów, ale od męża odeszła dopiero wtedy, gdy jeden z nich poważnie zachorował i wymagał spokoju i opieki. Po roku powiedziała: gdybym wiedziała, że mogę żyć sama. Utrzymuję siebie i dzieci, chodzę na terapię. A mąż zawsze mówił: kobito, ty beze mnie zginiesz!

Musiało się naprawdę przelać, żeby stanęła po swojej stronie i wyznaczyła nowe granice. Jeżeli pozwalamy partnerowi na przekraczanie granic, choć w głębi duszy chcielibyśmy powiedzieć: stop, to on naszą bezradność odczytuje jako przyzwolenie i korzysta z tego. Kiedy przyszedł dzień, że ona wreszcie powiedziała stop – oboje czuli się nieswojo. On był wściekły i liczył, że to tylko takie pogróżki, a ona, choć wiedziała, że tak trzeba, czuła się winna. Nie potrzeba tak drastycznych przykładów, aby zobaczyć, jak często przyzwalamy na zachowania, które nas ranią.

Jeśli ktoś myśli, że sobie nie da rady bez drugiej osoby, to oznacza, iż zgodzi się na wiele, żeby ta druga osoba nie odeszła.

Moja pacjentka zrozumiała, ile energii musiała wkładać w to, by uśpić lęk przed samotnością. Ratowała związek na oślep, nie wiedząc, co ratuje. To naprawdę ważne, by związek ratować celowo. Do tego jednak się zwykle dojrzewa. Najpierw mimo wszystko następuje jakiś przełom. Na przykład zachoruje dziecko albo jeden z partnerów w końcu się wyprowadzi.

5
Naucz się swojej mapy

Pani, której mąż odchodził już kilka razy, ale zawsze wracał z powodu nastoletniego syna, przyzwyczaiła się do tych jego nocy spędzanych u brata. Wiedziała, że ze względu na syna on nigdy jej nie zostawi. Teraz jednak miała uzasadnione podejrzenia, że mąż kogoś znalazł. Ich małżeństwo, jak sama mówiła, to była kiedyś wielka miłość. Jednak to ona rządziła wszystkim i do niej należało ostatnie słowo. Miała przekonanie, że jeśli sama czegoś nie narzuci, to będzie źle. Jemu najpierw to musiało pasować. Ona mówiła: kup granatowy garnitur, zmień pracę. Zbudowała dom, jak podkreślała, sama, mąż dawał tylko pieniądze. Z czasem on przestał mieć cokolwiek do powiedzenia. Zamykał się w swoim pokoju, późno wracał z pracy. I stało się coś klasycznego: spotkał koleżankę, zaczął z nią rozmawiać i wszedł z nią w romans emocjonalny. Koleżanka zadawała mu pytania, których nie zadawała żona: a co ty o tym myślisz, jakie jest twoje zdanie?, czego potrzebujesz?

Żona była strasznie nieszczęśliwa i długo uważała, że to wszystko wina męża i to on powinien się zmienić. Z czasem dopuściła do siebie myśl, że obydwie strony odpowiadają za kryzys. To było trudne i bolesne ujrzeć, że wysiłki, żeby rodzina była idealna, okazały się czymś odwrotnym, a nawet czasami zahaczały o przemoc emocjonalną. Mąż z inną kobietą, syn, który boi się życia i odpowiedzialności, to trudny bilans. Ona włożyła ogromny wysiłek w pracę nad sobą, zrozumiała, dlaczego tak podporządkowuje innych, dlaczego zawsze musi być po jej myśli. W gruncie rzeczy to była ciepła, lecz bardzo zagubiona osoba. W domu nauczyła się, gdzie jest miejsce mężczyzny, i tego, że kobieta za wszystko odpowiada. Przełomem był długi list, który napisała do męża. Mąż wrócił pełen obaw, czy te zmiany to nie jakaś gra. Oboje zaczęli pracować nad wzajemnymi relacjami. On musiał nauczyć się brać odpowiedzialność, a ona odpuszczać sobie kontrolę. Kiedy bardziej skupili się na budowaniu swojego związku, ich syn zaczął się usamodzielniać. Wiem, że są szczęśliwi i potrafią pokonywać swoje zakręty bez ofiar. Tak naprawdę jego odejście było krzykiem rozpaczy: nie mogę żyć z tobą taką, jaka jesteś!

6
Spróbuj nauczyć się jego mapy

Młode małżeństwo zgłosiło się na terapię, wskazując, iż problem w ich małżeństwie powstaje zawsze w dość podobnych okolicznościach. W tygodniu niewiele mieli czasu na rozmowy i wspólne zajęcia, a więc kiedy zbliżał się weekend, ona miała plan na wolne dni (sprzątanie, zakupy, gotowanie) i była przekonana, że on powinien ten plan zaakceptować. On odpowiadał: nic mi nie mówiłaś, że w sobotę mam siedzieć w łazience przy zlewie. Ona nacierała: kiedyś to musi być zrobione, sama nie zrobię wszystkiego za ciebie. Masz dom, masz obowiązki. On się bronił: mam też inne plany. Ona kończyła: jesteś cholernym egoistą, tylko twoje plany się liczą. No i weekend mieli z głowy.

Te awantury doprowadzały ich do nieziemskiej frustracji. Nie zauważyli, że traktują siebie wzajemnie jak własność, że rzucają rozkazy, które mają być wykonane. Nikt nikogo nie pytał, co o tym myślisz, czy to dobry pomysł, czy zrobimy to razem, a może pogodzimy sprzątanie z wyjściem na rower. Ona czuła się niesłusznie odrzucona, on przeklinał takie małżeństwo. Byli bardzo zdziwieni, kiedy usłyszeli, że w komunikacji istnieją pewne prawa i zasady, że dobrze jest trzymać się jednego tematu, który chcemy omówić, że nie wyciągamy wtedy brudów z przeszłości, wykorzystując je jako argument, że zawsze byłeś do niczego. Mój partner nie musi zawsze się zgadzać ze mną i nie jest to dla mnie policzek, możemy budować pomost pomiędzy sobą, a nie przepaść.

Warto pomyśleć, czy to, co za chwilę powiem, może być trudne dla tej drugiej osoby i dać nasz umowny kierunkowskaz, że będziemy skręcać: zależy mi na nas, dlatego chcę z tobą porozmawiać o tej trudnej sytuacji. Komunikat: zależy mi na tobie, wprowadza więcej zaufania. Oczywiście zawsze można ubrać swoje intencje w piękne słowa, a w konsekwencji są one zasłoną dymną dla naszego ataku na drugą osobę. To jednak my dokonujemy wyboru, jak przeprowadzamy trudne rozmowy i nie jest żadnym wytłumaczeniem, że: gdybyś mnie tak nie zdenerwował, to ja bym się tak nie zachowała... Zbyt często reagujemy nadwrażliwie, interpretując na swoją niekorzyść wypowiedź partnera, nie słyszymy jego argumentów, wiemy z góry, co on miał na myśli. Człowiek traciłby mniej zdrowia, gdyby dopytał: co chciałeś mi przez to powiedzieć?

7
Nie idź na skróty

Klientka przestała ufać mężowi. Zaczęło się od tego, że jak dzwoniła do męża i pytała: gdzie jesteś, to on odpowiadał: w aucie. Za ile będziesz? Za 40 min. Ale zwykle wracał po 2 godzinach. Siedział jeszcze w biurze, ale kłamał, żeby ona się odczepiła i nie robiła awantury od razu. Z czasem przestała ufać we wszystko, co mówił.

Myślał, że to takie niewinne kłamstewko, a nie przewidział, że konsekwencje będą opłakane. Ona z czasem przestała o cokolwiek pytać, on myślał, że zrozumiała i przesiadywał w biurze do wieczora. Nie zauważyli, że żyją już obok siebie. Prawdę o swoim związku spostrzegli, gdy ich siedmioletnia córka zaczęła się moczyć i miała silne lęki. Idąc na skróty, udając, że wszystko jest w najlepszym porządku, szczególnie gdy inni utwierdzają nas w tym przekonaniu – możemy nie zauważyć, że obok nas cierpią nasze dzieci i od nas uczą się przekłamywać swoją rzeczywistość.

8
Nigdy nie bierz na przeczekanie

Czekać z nadzieją, że coś się samo zmieni, to jak wierzyć w istnienie krasnoludków. Nikt niczego nie przebuduje za nas w naszym uczuciowym życiu. Trwając w złości, pretensjach, niedomówieniach uczymy się takiego modelu w związku i z czasem inaczej już nie potrafimy. Patrzymy na partnera z coraz większą niechęcią i przestajemy się lubić.

Ludzie oczywiście narzekają: nie dość, że on mnie frustruje, to jeszcze muszę wymyślać figury, żeby z nim właściwie porozmawiać. Wymyślać jakieś okazje.

Opowiadam im wtedy o małżeństwach, które tkwią tragicznie w związkach, a które krótka nauka jazdy mogłaby uleczyć skutecznie przed ćwierćwiekiem. Ale im się przez ten czas nie przydarzyła „naturalna” okazja do właściwej rozmowy. Naprawdę nie warto czekać na przypadek.

Wysłuchała Ewa Winnicka

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną