Rozmowa z twórczynią nowej metody nauki czytania

Odczytać siebie
Irena Majchrzak opowiada o miłości do Meksyku, znaczeniu imion i wyższości wzroku nad słuchem.
ckaroli/Flickr CC by SA

Irena Majchrzak
Grzegorz Press/Polityka

Irena Majchrzak

Joanna Podgórska: – Meksyk to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Irena Majchrzak: – Od pierwszego do ostatniego. Zdrowie nie pozwoli mi już więcej tam pojechać. Zlikwidowałam tam swoje mieszkanie.

Jak to się zaczęło?

Pojechałam jako żona ambasadora, z szaloną tremą. Protokół, kapelusze, high life; nie miałam o tym pojęcia. Do stołu podaje kelner, wozi kierowca. Trzeba mieć dużo poczucia humoru, żeby nie zwariować. Dla męża była to pierwsza placówka, ja wyszłam prosto po doktoracie z Instytutu Filozofii i Socjologii. Ale natychmiast zrobiło się dramatycznie. To był 1968 r. Bunty studenckie w Meksyku miały przebieg szczególnie tragiczny. Wojsko strzelało, były ofiary.

Nasza ambasada stała się bardzo popularna w korpusie dyplomatycznym, wśród profesorów, studentów. Mieszkaliśmy przy ulicy Insurgentes, która wiodła od uniwersytetu, na którym trwał studencki strajk okupacyjny, do śródmieścia. Wszystkie manifestacje przechodziły pod naszymi oknami. Profesorowie to była lewica i ze wszystkich ambasad wybrali polską, bo Polska była jednak inna od Związku Radzieckiego, można było inaczej rozmawiać i – co tu dużo kryć – mieliśmy dobrą wódkę. Przychodzili do nas na takie nocne rodaków rozmowy. To, co natychmiast ujęło mnie u Meksykanów, to abrazo, czyli powszechny obyczaj obejmowania się na powitanie i pożegnanie. Dotyk ciała drugiego, ledwo co poznanego człowieka był dla nas na początku czymś osobliwym. Ale teraz za nim tęsknię.

Wyjeżdżała pani z szarego, północnego kraju w czasach głębokiego PRL.

Przede wszystkim uderzający był ogrom miasta; niewyobrażalny. Żyliśmy na wysokości 2,5 tys. m. To jest inne powietrze, świat inaczej pachnie, inaczej się oddycha. Nowe było to, że klimat się nie zmienia, że nie ma zimy. Przyjechaliśmy w listopadzie i w dniu, w którym zrobiliśmy pierwszy poczęstunek w ogrodzie, spadł śnieg. Wszyscy się śmiali, że Polacy przywieźli zimę. To był jedyny raz, kiedy widziałam śnieg w Meksyku, pomijając ośnieżony wierzchołek wulkanu Popocatepetl. Codziennie go oglądałam i myślałam, czy kiedyś tam wejdę. Był jak wyzwanie. Weszłam. Ale kiedyś, podczas wycieczki, nagle zobaczyłam go z innej niż zazwyczaj strony i aż krzyknęłam. Był przerażający, pokazał nam nową twarz. Sprawiał wrażenie, jakby chciał człowieka połknąć, pochłonąć.

Ograniczała się pani do bycia żoną ambasadora?

Najpierw, oczywiście, musiałam nauczyć się hiszpańskiego. I zdobyć przyjaciół, bo bez tego życie nie ma sensu. Poszukałam ich na wydziale antropologii i wtedy zaczęły się moje wyjazdy na tereny zamieszkane przez Indian. Zafascynowała mnie różnorodność etniczna i kulturowa.

Powrót do Polski był trudny?

Tak. To był wrzesień 1981 r. Poczułam, że nie mogę tu żyć. Szaro, zimno, ale przede wszystkim poczucie zamknięcia. Trzeba oddać paszport. Stale myślałam, że idę do więzienia. Napisałam do mojego przyjaciela, antropologa Salomona Nahmada, który w ministerstwie edukacji był odpowiedzialny za naukę indiańskich dzieci, że chciałabym wrócić do Meksyku. Czy miałby dla mnie jakąś propozycję? Odpowiedział, że tak. Moim zadaniem było przejechać przez Meksyk i zobaczyć, jak wygląda w praktyce edukacja indiańskich dzieci.

Jak to się stało, że pani, Polce, osobie z zewnątrz, powierzono takie zadanie?

Miałam już za sobą wiele podróży po indiańskich terenach. I byłam wiarygodna, bo nie miałam żadnego ideologicznego uprzedzenia. Przez dziesiątki lat meksykańskie władze pracowały nad asymilacją Indian, a najważniejszym ośrodkiem asymilacyjnym były szkoły. Tam uczono dzieci hiszpańskiego kosztem języków lokalnych. Tym razem do władzy doszła grupa lewicowych antropologów, którzy chcieli wspierać kultury plemienne. Tyle że to jest 56 plemion, 56 języków, 56 religii. Ministerstwo, które przyzwyczajone jest do tworzenia programów i wydawania poleceń, nie bardzo sobie z tym radziło.

Salomon, antropolog zakochany w różnorodności indiańskiej, stworzył program kształcenia dzieci równocześnie w dwóch językach: hiszpańskim i plemiennym. Powstały nowe podręczniki. Ja miałam ocenić wdrażanie nowego systemu. Pierwsze, co mnie uderzyło, to to, że dzieci z plemion, które mają niezwykle bogatą kulturę materialną, w szkołach i internatach otoczone są przedmiotami przysyłanymi ze stolicy. Spały w tropiku na metalowych łóżkach z materacami, choć obok wyplatano maty i hamaki, jadły na plastikowych talerzach, choć w ich plemieniu wypalano przepiękną ceramikę. A przecież nie tylko język się liczy, ale też estetyczna wrażliwość i identyfikacja z własną kulturą. Mój raport o sytuacji w indiańskich szkołach wydano w formie książki „Listy do Salomona”. Kończę go puentą nawiązującą do biblijnej przypowieści o sądzie króla Salomona. Oto dwie kultury: hiszpańska i autochtoniczna, niczym zwaśnione matki, walczą o prawo do dziecka, podczas gdy należy się skupić na tym, by pomóc mu stać się samodzielnym człowiekiem w coraz bardziej skomplikowanym świecie.

Bardzo głęboko weszła pani w kulturę Indian. Próbowała pani nawet halucynogennych grzybów.

To było wstrząsające doświadczenie. Metafizyczne. Miało miejsce w wiosce Huautla de Jimenez, stolicy Mazateków, gdzie spożywanie grzybów halucynogennych jest ważnym rytuałem, poddanym kontroli szamanów. Tamtej nocy widziałam siebie z długim czarnym warkoczem Indianki i mojego dawnego narzeczonego w pozycji boga deszczu Chac-Mola. Głosy w języku mazateckim, dobywające się z ogromnego glinianego naczynia, przeplatały się z żołnierskimi pieśniami, śpiewanymi w oblężonej Warszawie we wrześniu 1939 r. Mój dziadek z babcią fruwali nad dachami płonącej stolicy, jak na obrazach Chagalla. Grzyby pozwoliły mi zbudować pomost między znanym mi światem człowieka Zachodu a światem Indian. Dlatego kiedy pracującym ze mną indiańskim nauczycielom opowiedziałam o Korczaku, a oni w święto zmarłych ustawili w moim pokoju ołtarz z potrawami, tłumacząc, że nocą przyjdą do mnie dzieci Korczaka, przyjęłam to ze zrozumieniem.

Przeżyciem, które opisuje pani jako niesamowite, było także spotkanie z indiańską dziewczynką Simoną.

To przede wszystkim było przeżycie głęboko intelektualne. Iskra świadomości. Po wydaniu „Listów do Salomona” odezwała się do mnie żona gubernatora stanu Tabasco, wybitna pisarka Julieta Campos, i zaproponowała, bym stworzyła program pomocy pedagogicznej dla dzieci z plemienia Czontali. To było wyzwanie. Miałam pod opieką 700 uczniów w 14 internatach. Któregoś dnia pojechałam do wioski Guaytalpa. 8-letnia Simona poprosiła mnie, żebym jej pomogła przygotować czytankę zadaną na następny dzień. Znała litery i potrafiła je wybrzmieć, ale nie umiała odczytać żadnego słowa. Po chwili ona była znudzona, a ja bezradna. Niespodziewanie dla siebie, spytałam, czy wie, jak się pisze jej imię. Nie wiedziała. Więc ja napisałam: Simona. Uśmiechnęła się, a ja zrozumiałam, że po raz pierwszy zobaczyła wyraz, który miał dla niej znaczenie. Porównywałyśmy kolejne litery. Była zafascynowana, skupiona, przestała zerkać w stronę grupy rówieśników puszczających latawce. Wtedy zresztą po raz pierwszy odczytałam własne imię jako hiszpańskie zdanie ir en a, czyli iść ku a, ku początkowi. Tym początkiem miała stać się w moim życiu metoda nauki czytania, którą nazwałam odimienną.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną