Marsz to zdrowie

No to chodźmy
W maju nawet największe leniuchy chętniej wybierają się na spacer. I dobrze, bo chodzić trzeba jak najwięcej – to marsz po zdrowie.
Chód jest czynnością odruchową, niemal machinalną, właściwie dzieje się bez udziału naszej woli.
Adrian Gładecki/Reporter

Chód jest czynnością odruchową, niemal machinalną, właściwie dzieje się bez udziału naszej woli.

Były olimpijczyk i dziennikarz Marek Jóźwik przemierzył pieszo polskie wybrzeże, czyli 440 km!
Wojtek Jakubowski/KFP

Były olimpijczyk i dziennikarz Marek Jóźwik przemierzył pieszo polskie wybrzeże, czyli 440 km!

Gandhi, 1946 r. Przewędrował przez prawie całe Indie.
AKG IMAGES/EAST NEWS

Gandhi, 1946 r. Przewędrował przez prawie całe Indie.

Ludwig van Beethoven rankami i wieczorami zażywał długich spacerów po lesie, a żeby lżej mu się chodziło, rozbierał się przy tym do bielizny. Amerykański myśliciel Henry Thoreau pisał, że nie jest w stanie normalnie funkcjonować, jeśli nie spędzi co najmniej czterech godzin dziennie na łażeniu po łąkach i wzgórzach. Benjamin Franklin przeprowadził się z centrum Paryża pod Wersal, by móc korzystać z dużego parku do spacerów. Arthur Rimbaud pieszo przewędrował Alpy.

W dawnych czasach ludzie chodzili, bo nie było czym jeździć. Ale nawet jak już istniały samochody, autobusy i pociągi, niektórzy nie wsiadali. Gandhi nie tylko regularnie spacerował po porannych medytacjach szybkim krokiem i zawsze udawał się do pracy pieszo, ale w ogóle przemierzył prawie całe Indie na nogach. Zainicjował też 400-kilometrowy tzw. marsz solny, będący masowym protestem przeciwko obłożeniu soli podatkiem przez brytyjskie władze kolonialne.

Drogi twórcze

Kiedy Paryż był jeszcze artystyczną stolicą świata, ciągnęły doń tłumy artystów. Nędzarze przybywali pieszo. W 1904 r. w ten sposób dotarł tu z Rumunii rzeźbiarz Constantin Brancusi. Najpierw tylko marzył o poznaniu wielkiego Augusta Rodina, a później dorównał mistrzowi sławą. W 2004 r. artysta Robert Kuśmirowski szedł z Łodzi do Paryża 27 dni na wernisaż własnej wystawy w Narodowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych. Marsz ten urósł do rangi jednego z dzieł sztuki prezentowanych na tej ekspozycji. Tę metaforę drogi twórczej rejestrowały dwie fotografie: jedna z wymarszu, a druga z punktu dojścia. Kuśmirowski mówił później, że monotonia marszu wyjątkowo sprzyja analizie.

Reżyser filmowy Werner Herzog kręci filmy o zakręconych ludziach. Siebie też powinien sfilmować, bo sam jest niebywałym oryginałem. Słynął m.in. z pieszych wędrówek, które rozpoczął po Niemczech w wieku 14 lat. Kiedy w 1976 r. usłyszał, że zbliżają się ostatnie dni wybitnej krytyczki filmowej Lotte Eisner, udał się piechotą z Monachium do Paryża, aby oddać jej hołd.

Marszowe wyczyny

Pierwszym wędrowcem, na którego wskazuje historia, że per pedes przemierzył świat, był łotewski Niemiec Konstantin Rengarten. W sierpniu 1894 r. wyruszył z Rygi na południowy wschód i po kilku latach wrócił do domu przemierzywszy ponad 26 tys. km. W trakcie wędrówki zyskał sławę i po drodze dorabiał wygłaszaniem odczytów, za które winszował sobie słone honoraria. Plonem wyprawy była oczywiście książka „Dookoła świata na piechotę”. W latach 30. ukazała się inna pozycja – „Dookoła świata tyłem do przodu”. Jej autor Amerykanin Plenny Wingo pokonał 13 tys. km z Teksasu do Stambułu idąc... tyłem. Żeby nie zboczyć z drogi, śledził ją w lusterku.

I w naszych czasach zdarzają się wędrowcy imponujący rozmachem. Kilka lat temu były olimpijczyk z Monachium 1972 r. i ówczesny dziennikarz sportowy „Rzeczpospolitej” Marek Jóźwik wybrał się na przechadzkę wzdłuż polskiego wybrzeża Bałtyku. Bagatela – 440 km.

Jeszcze ambitniejszy cel przyświecał emerytowanemu pedagogowi Wojciechowi Różyckiemu, który 8 marca 2007 r. udał się na spacer po całej granicy Polski. 51-letniemu wówczas mieszkańcowi Ostrowca Świętokrzyskiego pokonanie dystansu ok. 4 tys. km zajęło niecałe 6,5 miesiąca. Przez ten czas schudł 15 kg. Nocował przeważnie pod dźwiganym przez siebie namiotem (w sumie jego bagaż ważył ok. 35 kg), w gospodarstwach agroturystycznych, w gościnnych remizach, świetlicach wiejskich, bacówkach i plebaniach. Chwalił sobie dyskretną opiekę Straży Granicznej. Pytany o motywy, wymieniał dwa: wyczynowy i poznawczy. Odpowiadał, że chciał sprawdzić, czy w jego wieku człowiek nadaje się już tylko na śmietnik. I dodawał: Lubię szukać nowych ścieżek, szlaków, dróg, także tych prowadzących do człowieka.

Różycki nie jest jedynym śmiałkiem, który porwał się na pieszą ekspedycję dookoła Polski. Wrocławska prasa informowała o Czesławie Michałku, któremu obejście kraju zabrało 5 miesięcy. Włóczęga nie była dla niego niczym dziwnym, był bowiem lokatorem schroniska dla bezdomnych w Świdnicy. Na ponad 4 tys. km zdarł trzy pary butów. Drugą podarowali mu strażnicy graniczni, a trzecią przygodny mieszkaniec wsi w Bieszczadach.

W 2004 r. łuk Karpat od Rumunii do Beskidu Śląskiego (ponad 2 tys. km) pokonał Łukasz Supergan, ówczesny student ochrony środowiska na Uniwersytecie Warszawskim. Przed nim tej sztuki dokonało 13 osób, ale wcześniej nikt samotnie. W 2006 r. urzędniczka Mirosława Stroińska w ciągu półtora miesiąca przebyła 1154 km szlakiem bursztynowym z Pragi do Gdańska.

4 marca 2008 r. wyruszył z Nowego Jorku 38-letni grafik Mark Phillips i już 2 grudnia zameldował się w Los Angeles, przebywszy ok. 6,5 tys. km. Przemarsz rozpoczął jako schludny yuppie (krótko ostrzyżony i gładko ogolony), ale do celu dobrnął w opłakanym stanie. „The Times” odnotował m.in. takie spostrzeżenia: „Broda zawierała resztki posiłków, a zmierzwiona czupryna przypominała rezerwat dzikich ptaków”. Choć na szlaku stołował się głównie w barach sieci McDonald’s, wcale nie przybrał na wadze, wręcz przeciwnie – w pasie ubyło mu przynajmniej 15 cm. Na całej trasie spotykał przyjaznych ludzi, z wyjątkiem Wirginii Zachodniej, gdzie jakiś pomyleniec postraszył go bronią. Psioczył jedynie na Los Angeles, bo przejście tylko przez tę aglomerację zajęło mu tydzień. Tyle było świateł, a na wszystkich karnie czekał, aż zapali się zielone. Co nieuniknione, oczywiście nabawił się odcisków.

Rekordzistą w odchudzaniu się za pomocą diety marszowej jest Amerykanin Steve Vaught, który w ciągu ponad roku na przełomie lat 2005/06 na trasie z San Diego do Nowego Jorku (blisko 5 tys. km) zgubił ponad 60 kg. A wyruszył w drogę ważąc już groźne dla zdrowia 190 kg.

Tranzyt przez Polskę

Od 2006 r. idą z Nowego Sącza przez kraj wicemarszałek województwa małopolskiego Leszek Zegzda i Marek Surowiak, który jeszcze na starcie był dyrektorem szpitala w Krynicy Zdroju, a obecnie jest prezesem PKS w Nowym Sączu. Oczywiście nie idą non stop, lecz etapami, wznawiając wędrówkę tam, gdzie ją zakończyli w poprzednim roku. W 2006 r. w 11 dni przeszli 250 km i osiągnęli Sandomierz, w 2007 r. – Maciejowice pod Warszawą, w 2008 r. – Ostrów Mazowiecką. W odróżnieniu od innych piechurów, w czasie tych wypraw tyją. Tłumaczą to przyrostem masy mięśniowej. Zegzda zachwalał w „Dzienniku Nowosądeckim”: „Taka normalna Polska jest piękną Polską”. Surowiak dodawał: „Obserwowałem po sobie, jak każdego dnia schodziło ze mnie napięcie spowodowane codziennymi sprawami. (...) Dawno się tak szczerze i sympatycznie nie uśmiałem z byle czego”.

Amatorem chodzenia jest także pisarz Maciej Malicki. Preferuje szlaki wzdłuż torów i rzek. W „Playboyu” tak opowiadał: „Drogi wzdłuż niektórych torów są zupełnie oszałamiające. Jestem wciąż pod wrażeniem trasy wzdłuż magistrali węglowej. Szedłem z Jaktorowa do Zawiercia. Ona omija całą cywilizację”. Książki Malickiego publikuje wydawnictwo Czarne z Wołowca. Ta sama oficyna w 2004 r. wydała reportaż Wolfganga Bueschera „Berlin-Moskwa. Podróż na piechotę”. Ten niemiecki dziennikarz w 2001 r. przemaszerował Polskę tranzytem i przyrównał ją do jednego wielkiego megamarketu budowlanego. Tak wryły mu się w pamięć polskie przydroża, bezkreśnie oflankowane hurtowniami, składami i salonami z materiałami budowlanymi i artykułami do wyposażenia domów.

Chód jest czynnością odruchową, niemal machinalną, właściwie dzieje się bez udziału naszej woli – dzięki temu rozluźnia skurczone mięśnie, napięte od stresu i nienaturalnych pozycji przyjmowanych podczas pracy. Oprócz korzyści dla ciała poruszanie się pieszo jest zbawienne dla umysłu. Monotonnie powtarzająca się sekwencja ruchów: ręka, noga, ręka, noga – nadaje organizmowi uspokajający, odprężający rytm. Oto idealny relaks!

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną