Weterynarze: jedni leczą, drudzy kaleczą

Dwie twarze dr. Dolittle
Zwierzęta leczy się dziś i traktuje niemal jak ludzi. To jedna strona polskiej weterynarii. Druga – to maksymalna eksploatacja zwierząt. Czy weterynarz to wciąż jeden zawód?
Medycyna weterynaryjna jest skupiona na leczeniu zwierząt domowych.
Klein J., Hubert M./EAST NEWS

Medycyna weterynaryjna jest skupiona na leczeniu zwierząt domowych.

Weterynaria klasyczna zajmuje się zwierzętami gospodarskimi i higieną produktów zwierzęcych.
Thiriet Claudius/EAST NEWS

Weterynaria klasyczna zajmuje się zwierzętami gospodarskimi i higieną produktów zwierzęcych.

W działalności Inspekcji Weterynaryjnej liczy się przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo ludzi, dobro zwierząt hodowlanych jest kwestią trzeciorzędną.
Piotr Malecki/Forum

W działalności Inspekcji Weterynaryjnej liczy się przede wszystkim zdrowie i bezpieczeństwo ludzi, dobro zwierząt hodowlanych jest kwestią trzeciorzędną.

Ludzie nie przyjmują do wiadomości, że ukochanemu psu czy kotu już pomóc się nie da i chcą go leczyć do upadłego, często wysupłując ostatnie grosze.
andersbknudsen/Flickr CC by SA

Ludzie nie przyjmują do wiadomości, że ukochanemu psu czy kotu już pomóc się nie da i chcą go leczyć do upadłego, często wysupłując ostatnie grosze.

Weterynaria powstała, by obsługiwać hodowców zwierząt.
Derrick Coetzee/Flickr CC by 2.0

Weterynaria powstała, by obsługiwać hodowców zwierząt.

W czasach, gdy studiowałem, uczono nas prawie wyłącznie na temat zwierząt gospodarskich. Psy i koty stanowiły margines – wspomina dr Jarosław Tobolewski, weterynarz prowadzący gabinet w Toruniu i pomagający tamtejszemu schronisku dla zwierząt.

Bez znieczulenia

Bo też po to weterynaria powstała – by obsługiwać hodowców zwierząt. Psy czy koty, jako pozbawione wartości materialnej, na leczenie nie zasługiwały. Gdy chorowały, w najlepszym przypadku należał się im zastrzyk usypiający. Jednym z pierwszych zadań, jakie stały przed adeptem weterynarii, było przełamanie oporu przed zadawaniem bólu. Znieczuleniem posługiwano się powściągliwie. Przecież to tylko zwierzęta. Włodzimierz Kłaczyński, który pracuje w zawodzie ponad pół wieku, opisuje, jak jeszcze w latach 90. odbywały się tzw. demonstracje chirurgiczne, czyli uśmiercenie psa doświadczalnego po wszystkich możliwych okaleczeniach.

– Ówczesny prezes lokalnej izby weterynaryjnej kroił go w sieni, na jakimś stoliku, w brudzie i papraninie. Zwierzak w czasie zabiegu spadł mu na ziemię. Zero szacunku dla pacjenta. Nawet rąk przed operacją nie umył – opowiada. – To się bardzo zmieniło. Lekarze jeżdżą na staże zagraniczne, dostaliśmy zastrzyk Europy.

Jednak nadal są to trudne studia dla wrażliwców, którzy marzą, by być jak powieściowy dr Dolittle. Lidia Pawłowska poszła na weterynarię w wieku 46 lat. Odchowała dzieci i postanowiła spełnić marzenie życia. Dziś na warszawskiej Pradze ma swój gabinet Puchatek.

Żeby to osiągnąć, musiałam przejść wizyty w rzeźniach, patrzeć, jak zabija się cielęta, oglądać, jak gilotyna odcina głowy jadącym na taśmie kurczakom – wspomina. – Do niczego mi ten koszmar nie był potrzebny. Ja chcę leczyć psy i koty.

Pojawiają się pomysły, by weterynarię rozdzielić na dwie specjalizacje. Dr Tadeusz Jakubowski, prezes Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej, przyznaje, że ten podział faktycznie już się dokonał. Po jednej stronie jest weterynaria klasyczna, zajmująca się zwierzętami gospodarskimi i higieną produktów zwierzęcych, po drugiej – medycyna weterynaryjna, skupiona na leczeniu zwierząt domowych, w której coraz bardziej liczą się specjalizacje, takie jak okulistyka, dermatologia czy onkologia. Rozdzieleniu programu studiów jest jednak przeciwny.

Lekarz weterynarii musi mieć dyplom, który pozwoli mu podjąć pracę w każdych warunkach – mówi. – Ci, którzy prowadzą praktyki na wsiach, zajmują się i zwierzętami gospodarskimi, i domowymi.

Na swoim

Weterynaria była pierwszą profesją, którą w Polsce przymusowo sprywatyzowano. W 1991 r. z dnia na dzień wstrzymano finansowanie leczenia zwierząt z budżetowych pieniędzy. Masowo powstawały prywatne gabinety: w prywatnych mieszkaniach, w piwnicach, na strychach. Grzegorz Pęczek, właściciel kliniki Pod Centaurem w Starych Babicach, zaczynał w tych pionierskich czasach.

Wcześniej nie było nic. Strzykawki dostawało się z rozdzielnika i to takie, które rozpadały się po dwóch gotowaniach, nie można było kupić leków. I nagle po prywatyzacji wszystko się znalazło – opowiada. – Skończyły się problemy ze sprzętem. Dziś rentgen czy USG to absolutny standard.

Są banki krwi, wózki dla psich inwalidów, zwierzętom wszczepia się endoprotezy, robi testy alergiczne. Zaczęły się za to problemy z konkurencją, bo weterynarzy jest za dużo. Dziś kształcą ich cztery wydziały, a za chwilę dojdą dwa kolejne. To oznacza, że rocznie zasila rynek 600 osób.

Dochodzimy do granicy, za którą zaczyna się bezrobocie – mówi prezes Jakubowski. Ocenia, że w tej chwili aktywnych zawodowo jest 10 tys. lekarzy weterynarii. Większość, ok. 7–8 tys., prowadzi prywatne praktyki, 2 tys. to urzędnicy Inspekcji Weterynaryjnej, a tysiąc pracuje na uczelniach i w firmach farmaceutycznych. Przy czym wielu lekarzy łączy te zajęcia.

Miałam wrażenie, że część wykładowców traktuje nas jako przyszłą konkurencję i bardzo powściągliwie dzieli się wiedzą. O wiele za mało jest zajęć praktycznych. Właściwie doświadczenie zdobywa się dopiero po studiach, na płatnych konferencjach i warsztatach – mówi Lidia Pawłowska.

Najpopularniejsza metoda zwalczania konkurencji to gremialna krytyka kolegi po fachu, który poprzednio zajmował się zwierzęciem. Ale bywają i inne. Jeden z warszawskich weterynarzy przyjął na staż absolwenta, który potem założył w pobliżu własny gabinet, a następnie odwiedził byłego pracodawcę z dwoma osiłkami i propozycją nie do odrzucenia: ma się przenieść w jakieś inne miejsce.

Małym gabinetom wyrosła konkurencja w postaci całodobowych klinik, dysponujących lepszym sprzętem i zastępem specjalistów.

Wykańczają nas jak supermarkety małe rodzinne sklepiki – mówi Lidia Pawłowska. – Nadrabiamy stosunkiem do zwierząt. W tych wielkich klinikach bywa on anonimowy, bo często zwierzakiem za każdym razem zajmuje się inny lekarz.

Według Grzegorza Pęczka całodobowe kliniki mają swoją rolę do spełnienia. – One działają na zasadzie ostrego dyżuru, my na zasadzie lekarza rodzinnego. Ja znam wszystkich moich pacjentów, leczę ich od szczeniaka do śmierci. Trafiają do mnie ich dzieci, a nawet wnuki.

Bywa, że możliwości diagnostyczne obracają się przeciwko zwierzęciu. Pani Grażyna trafiła z kotem, który miał napady duszności, do kliniki na warszawskim Bemowie. Kazali zostawić zwierzę na dwudniowej obserwacji i przeprowadzili badania za 800 zł. Po nich diagnozy nadal nie było. Zaproponowali kolejne, m.in. gastroskopię. Ponieważ kot był już bardzo wymęczony, a gastroskopia to zabieg mocno inwazyjny, chciała się upewnić, co dalej, jeśli gastroskopia niczego nie wykaże. Usłyszała, że wtedy trzeba będzie „kota otworzyć”. Zabrała zwierzę do innego lekarza, który też co prawda nie był pewny diagnozy, ale uznał, że leczenie nie może być groźniejsze niż choroba, przyjął najprostszą opcję, że to infekcja i podał antybiotyk. Pomogło.

W przypadku Anny Pyziak, od kilkunastu lat prowadzącej hodowlę psów, zawiódł między innymi obieg informacji. Jej dog, suczka Chrupek, dostała ostrego skrętu żołądka. Konieczna była natychmiastowa operacja. Zawiozła ją do kliniki Elwet i podczas przyjęcia przekazała, że suka trzy dni wcześniej się oszczeniła i poprosiła o podanie leku wstrzymującego laktację.

Chciałam pomóc w opiece nad psem, robić jej okłady i masaże, ale mnie nie wpuścili. Pani doktor mi powiedziała, że jeśli kochałabym swojego pieska, to nie chciałabym go odwiedzać, a jak trzeba się będzie pożegnać, to zadzwonią. Bardzo lakonicznie informowali, jakie leki jej podają. Z pytaniem, czy zgadzam się na podanie leków wstrzymujących laktację, zadzwonili w drugiej dobie po operacji. Zdziwiłam się, bo prosiłam o to od początku. Trzeciego dnia Chrupek miała gorączkę, nie chciała jeść, spytali, czy mogę przyjechać, bo może nie je z tęsknoty – opowiada Anna Pyziak. – Natychmiast ją stamtąd zabrałam, była w strasznym stanie. Gruczoły mleczne wielkości melonów, z czarną skórą, świadczącą o martwicy i cieknącą z przetoki ropą. Na łapach i brodzie miała odleżyny, bo do spania dali jej tylko cienki kocyk. A lekarka zrobiła mi jeszcze awanturę, że mam jakieś pretensje.

Lekarz, który przejął leczenie, był załamany. Część listwy mlecznej trzeba było usunąć, wdała się posocznica. Chrupek cudem z tego wyszła, ale koszt jej leczenia grubo przekroczył 4 tys. zł. I nigdy już nie wychowa szczeniaków. Anna Pyziak skierowała sprawę do Izby Weterynaryjnej, chce od kliniki uzyskać zwrot kosztów leczenia. Klinika zarzuty odpiera, twierdzi, że pies był leczony zgodnie ze sztuką, a zbyt wczesne podanie preparatu mogło być niebezpieczne. Są zdziwieni roszczeniową postawą właścicielki.

Etyka milczenia

Sprawy prowadzone przez rzeczników odpowiedzialności zawodowej izb weterynaryjnych są o tyle trudne, że według kodeksu etyki lekarz weterynarii nie może wypowiadać publicznie niekorzystnych ocen o działalności zawodowej innego lekarza weterynarii lub dyskredytować go w inny sposób.

W ubiegłym roku fundacja Zmieńmy Świat skierowała w tej sprawie skargę do Ministerstwa Sprawiedliwości. „Jeśli ktoś zajmuje ważną funkcję w samorządzie weterynarzy albo ma dobre stosunki z władzami, żaden lekarz, mimo iż wie i był świadkiem poważnych naruszeń, a nawet przestępstw, nie powiadamia o tym żadnej izby, bojąc się zemsty kolegów, czyli np. utraty lukratywnych kontraktów z rzeźnią albo szykan ze strony kolegów. I tak zmowa milczenia staje się codzienną praktyką” – napisali.

Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna nie prowadzi ogólnopolskiego rejestru skarg. Wiadomo tylko, że obecnie 71 weterynarzy jest ukaranych upomnieniem lub naganą. Prezes Jakubowski przyznaje, że jeszcze się nie zdarzyło, by komuś dożywotnio odebrano prawo do wykonywania zawodu.

Ostatnio lokalne media nagłośniły sprawę weterynarza z Obornik Śląskich, który obok gabinetu otworzył hotel dla zwierząt i podpisał z kilkunastoma gminami umowy na wyłapywanie bezdomnych psów. Kasował po 1,5–3 tys. zł za zwierzaka, fałszował umowy adopcyjne, a psy znikały w niewyjaśnionych okolicznościach. Afer ze schroniskami, w których masowo eksterminuje się psy, było wiele. We wszystkich pracowali weterynarze, wszystkie były pod nadzorem powiatowych lekarzy weterynarii, żaden nie poniósł z tego powodu konsekwencji prawnych.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną