Społeczeństwo

Co tu począć?

Los bezpłodnych katolików: niech Bóg decyduje

Co piąta para w wieku prokreacyjnym ma problem z niepłodnością. Co piąta para w wieku prokreacyjnym ma problem z niepłodnością. Peter Zelei/Getty Images / FPM
Wierzą w Boga, dlatego nie decydują się na potępiane przez Kościół in vitro i inseminację. Niepłodni po katolicku.
Bezpłodni katolicy szukają moralnie godziwych sposobów na zajście w ciążę albo kupują reklamowaną przez Kościół naprotechnologię.Design Pics/PantherMedia Bezpłodni katolicy szukają moralnie godziwych sposobów na zajście w ciążę albo kupują reklamowaną przez Kościół naprotechnologię.
Zdesperowani idą na układ z Bogiem i podczas in vitro nie zgadzają się na mrożenie zarodków.Wavebreakmedia ltd/PantherMedia Zdesperowani idą na układ z Bogiem i podczas in vitro nie zgadzają się na mrożenie zarodków.

Artykuł w wersji audio

Tekst został opublikowany w POLITYCE w lipcu 2013 roku.

Jest ich kilka milionów. Mają problem z niepłodnością, jak co piąta para w wieku prokreacyjnym – ale wierzą. Biorą więc to, co mogą – czyli listę świętych, rozpiskę miejsc słynących z uzdrowień, czasem pasek świętego Dominika. Szukają moralnie godziwych sposobów na zajście w ciążę albo kupują reklamowaną przez Kościół naprotechnologię. Zdesperowani idą na układ z Bogiem i podczas in vitro nie zgadzają się na mrożenie zarodków. Wszyscy marzą o dziecku.

Płacz na stadionie

J. idzie na Stadion Narodowy i płacze. Trochę ze zmęczenia, ale przede wszystkim z radości, bo w nocnym z Opola do Warszawy przyśniła jej się Matka Boska Watopedzka i obiecała, że za kilka dni pocznie dzieciątko. – To znak, bo Maryja Watopedzka jest patronką niepłodnych kobiet. Wierzę, że ojciec Bashobora zgładzi moje problemy z owulacją i doprowadzi mnie do stacji rodzina.

O stacji rodzina marzy od pięciu lat, odkąd wyszła za mąż za Pawła. Oboje znali się jeszcze z oazy, ona śpiewała w chórze, on był ministrantem. Kiedy na studiach znajomi chodzili na randki i uprawiali seks, oni działali w duszpasterstwie i w myśl nauki Kościoła czuli się powołani do małżeństwa. Miało być po bożemu: współżycie po ślubie, dziewięć, góra dziesięć miesięcy później dziecko, po kilku latach kolejne. Przed ślubem poszli na pielgrzymkę do Częstochowy, a tuż po weselu dali na mszę w intencji przyszłego potomka. J., która oprócz pedagogiki skończyła dwuletnie Studium Życia Rodzinnego, prowadziła kalendarzyk dni płodnych. Przez cały miesiąc ograniczali się ze współżyciem, żeby na ten dzień uzbierać największą ilość plemników. Po roku starań dziecka nie było. – Lekarz wypisał skierowania na badania, dla mnie i dla męża. Który musiałby popełnić grzech samogwałtu. Poszliśmy do księdza – opowiada. – Był zdania, że gdyby Bóg chciał dla nas dzieciątka, dałby nam je bez tych wszystkich cyrków. Obiecał, że będzie się za nas modlił. Mąż odstąpił od badań. J. zaczęła łykać pastylki wspomagające jajeczkowanie. Dziecka nadal nie było.

W końcu na katolickim forum dla niepłodnych J. znalazła informację o bawełnianym pasku świętego Dominika. Zamówiła go u sióstr dominikanek, a potem przez kilka miesięcy nie zdejmowała z brzucha – dziewczynom z forum pomogło. Zdobyła listę miejsc słynących z cudownych uzdrowień niepłodnych – mąż nie chciał z nią jeździć (powiedział, że poddaje się woli Bożej, a podróże nic nie zmienią), ruszyła więc sama. Modliła się u karmelitanek w Przasnyszu, nazaretanek w Krakowie, w klasztorze św. Anny pod Częstochową i u Matki Bożej Watopedzkiej w Ujkowicach na Podkarpaciu. W jednym z zakonów poznała parę, która namówiła ją na rekolekcje o uzdrowienie i uwolnienie u ojców reformatów w Wieliczce. – Usłyszałam, że mogę płacić niepłodnością za grzechy rodziny i to była wreszcie odpowiedź, której szukałam – wspomina J. – Przypomniałam sobie o ciotce, która usunęła ciążę, pradziadku, który w czasie wojny zamordował sąsiada Ukraińca, dalekim kuzynie, który żył w związku niesakramentalnym z rozwódką. Na zakończenie ojciec, który prowadził rekolekcje, pomodlił się, trzymając nade mną ręce, o uwolnienie od duchowych obciążeń, które mogą być przyczyną niepłodności. Zakręciło mi się w głowie. Byłam pewna, że teraz wreszcie pocznę dzieciątko.

Ale nie poczęła. A jednocześnie – coraz ciężej i trudniej walczyło jej się z szatanem. Czuła, że głębiej i głębiej pogrąża się w grzechu. Na widok ciężarnych rosła w niej nienawiść. Zamiast o dziecko – coraz częściej modliła się o brak ciąży u koleżanek w pracy, przekonana, że następna ciąża obok ją zabije. – Wiedziałam, że to robota szatana – opowiada – i nie miałam odwagi opowiedzieć o tym nikomu, nawet mężowi, bo czułam, że jego wiara jest silniejsza od mojej.

Gdy więc usłyszała o przyjeździe do Polski katolickiego charyzmatyka i uzdrowiciela z Ugandy, wykupiła bilet na rekolekcje na Stadionie Narodowym. No i jest. Bóg uzdrawiał zawsze kogoś obok, teraz jej kolej.

Jezus w „lekkim powiewie”

Katarzyna Jarosz, prawniczka z Warszawy, też jest na stadionie, ale nie liczy na uzdrowienie. Razem z mężem Tomaszem, informatykiem, sprzedają swoje książki: „Miłość czy miłość?” i ostatnio wydaną „Czekając na dziecko”. – Od dziewięciu lat borykamy się z niepłodnością. Chcę być uzdrowiona, ale nie tak spektakularnie – uśmiecha się Katarzyna. Ideałem byłoby, żeby – jak mówi Biblia – Jezus przyszedł „w lekkim powiewie”. Z zakazem in vitro nigdy nie dyskutowali, to dla nich ewidentne wchodzenie Bogu w paradę. Przez moment dyskutowali za to z zakazem inseminacji, czyli podania plemników wprost na szyjkę macicy. W ich przypadku – niepłodności idiopatycznej, czyli niezdiagnozowanej – inseminacja miała być ostatnim etapem leczenia, polecali ją ginekolodzy, zachwalali specjaliści z klinik in vitro. Nasienie użyte do zabiegu mogłoby być pobrane podczas aktu małżeńskiego. Wystarczyło kupić specjalną prezerwatywę bez środka plemnikobójczego (dostępne w klinikach in vitro, cena jednej sztuki: 100 zł) i najpierw, aby zachować otwartość na życie, zrobić w niej dziurkę, a po stosunku pozostałość nasienia przelać do pojemniczka i zawieźć do kliniki. Gdy usłyszeli od księdza, że Kościół zabrania nawet tak pomyślanej inseminacji, wpadli w rozpacz. – Nie mogłam zrozumieć, na czym polega zarzucane inseminacji w Donum Vitae [instrukcja Kongregacji Nauki Wiary o szacunku dla rodzącego się życia ludzkiego i o godności jego przekazywania] „rozdzielenie dokonane między dwoma znaczeniami aktu małżeńskiego” – wspomina Katarzyna Jarosz. – Musiałam trochę poczytać, zanim do mnie dotarło, że skoro podczas preparowania nasienia wybiera się najsilniejsze plemniki, to też oznacza ludzką interwencję w cud życia.

W Donum Vitae była za to mowa o „godziwych moralnie środkach i technikach ułatwiających poczęcie i akt małżeński”, ale nikt nie umiał im odpowiedzieć na pytanie, co to takiego.

W końcu trafiła na klinikę naprotechnologii. Była dość sceptyczna – od lat obserwowała swój organizm zgodnie z tą zasadą. W leczeniu tradycyjnym i naprotechnologii leki i badania są podobne, jedynie w tym drugim przypadku lekarz nie proponuje in vitro ani inseminacji. Po namyśle – zdecydowali się z mężem skorzystać. – Zgłosiliśmy się do jednego z najbardziej polecanych przez katolickie media specjalistów od tej metody – wspomina Katarzyna Jarosz. – Niestety, przez dwa lata diagnostyki nie udało się stwierdzić, co nam dolega.

Kiedy okazało się, że po leczeniu wykryto u niej guzy piersi, powiedziała dość. Przyznaje dziś, że kiedy słyszy z ambony, że naprotechnologia daje 100 proc. wykrywalności przyczyn niepłodności, ma ochotę podejść do księdza i poprosić, żeby przestał robić ludziom wodę z mózgu.

Katarzyna z mężem zostali rodzicami adoptowanego syna.

Pakt z Bogiem

M. nie chce krzyża i cierpienia, ale nie zamierza też rezygnować z Kościoła. Dlatego zawarła prywatny pakt z Bogiem. Zobowiązała się, że – z jej niewydolnością ciałka żółtego i azoospermią męża – najpierw zobaczą, jak może im pomóc naprotechnologia. Jeśli spece od napro stwierdzą, że wyleczą ją z problemów z prolaktyną, a męża z braku plemników, oboje nawet nie spojrzą w stronę kliniki in vitro. Będą próbować po bożemu aż do skutku, a jeśli naprotechnologia okaże się bezradna, zrobią wszystko, żeby ich dzieci – czyli zarodki szykowane do transferu w in vitro – nie trafiły do zamrażarki. – Wierzę, że życie zaczyna się tuż po zapłodnieniu i nie umiałabym żyć ze świadomością, że skazuję swoje dzieci na czekanie w zamrażarce – opowiada M. – Moi znajomi, też praktykujący katolicy, zdecydowali się na in vitro i do dziś przechowują zrobione pod mikroskopem zdjęcia swoich dzieci. Udało im się zajść w ciążę, ale w laboratorium zostały ich dwie białe stokrotki. Chcieliby jak najszybciej je przyjąć, ale na razie nie mają warunków, bo on stracił pracę, a ona ma problemy z sercem. Tamci znajomi boją się więc, że ktoś je zabierze, bo nie ma jasnych przepisów dotyczących tego, kto jest właścicielem zarodków. Zawsze kiedy w mieście siada prąd, zamartwiają się, że w laboratorium siądzie aparatura i ich dzieci zginą.

M., zgodnie z umową, przez kilka miesięcy próbowali leczyć się w zgodzie z Kościołem. Zapisali się do specjalisty od napro, z jego polecenia trafili na kurs obserwacji objawów płodności w modelu Creighton. Instruktorka dała im planszę w kratkę, na której mieli wpisywać – w oparciu o dokładną instrukcję – czy Magda ma dni suche czy mokre, a jeśli mokre, to czy np. ciągnące czy papkowate. Po wyjściu ze szkolenia oboje robili sobie śmichy-chichy, ale stres był, bo instruktorka straszyła, że od obserwacji śluzu zależy los ich dziecka. Od kompletnego załamania pod krzyżem niepłodności (jak o tym mówią) zawsze ratowało ich poczucie humoru, ale tutaj zgodnie z zaleceniami postanowili być śmiertelnie poważni. Byli serio, kiedy robili dziurkę w prezerwatywie pro life, a potem gnali do kliniki, modląc się, żeby przeznaczone do badań nasienie Łukasza nie straciło wartości. M. po każdej wizycie w toalecie dzwoniła do małżonka, który jako „strażnik śluzu” zapisywał wszystko w notesie. Wieczorem wyniki obserwacji zapisywali na planszy. Kiedy M. dostawała okres, Łukasz naklejał na kratce czerwoną naklejkę, w inne dni – zależnie od fazy cyklu – obrazki z zielonym albo białym bobasem. – Nie mam pojęcia, po co mieliśmy to robić, bo przecież Łukasz nie miał plemników, ale miałam nadzieję, że ta zabawa w naklejanki coś zmieni – przyznaje M. Jemu lekarz przepisał jakieś środki na poprawę wyników, ale kiedy nadal ilość plemników była bliska zeru, doszli do wniosku, że teraz pora na realizację drugiej części planu. Przed wizytą w klinice in vitro wybrali się do kilku księży. Opowiadali o swoim pomyśle na ocalenie dzieci (opcja z dwoma zarodkami) i pytali, czy to do zaakceptowania przez Kościół. Jeden z księży powiedział, że nie zna się na in vitro, ale skoro Kościół mówi „nie”, to wie, co robi. Drugi kazał się modlić za cud i próbować poczęcia w łożu małżeńskim, a trzeci stwierdził, żeby robili, co im serce podpowiada, bo Kościół na razie jest przeciw, ale w przyszłości, jak w wielu innych sprawach, może zmienić zdanie. Dodał jeszcze, że sam Jezus nie został poczęty w sposób naturalny, więc może to również jakiś znak dla nich? Tej myśli się uczepili.

Przed wizytą w klinice in vitro M. dodała jeszcze mały aneks do umowy: jeśli in vitro się uda i zajdzie w ciążę, nie zrobi amniopunkcji. Urodzi dziecko, nawet jeśli będzie chore albo ułomne. Tu już niech Bóg decyduje.

Polityka 30.2013 (2917) z dnia 23.07.2013; Kraj; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Co tu począć?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama