Mordercza droga do prestiżowego zawodu

Zawody na wytrzymałość
Dziś przebijanie się do zawodów inteligenckich to wieloletnia walka o przeżycie, gra na granicy psychicznej i fizycznej wytrzymałości. Bez gwarancji, że zostanie się w końcu prawnikiem, architektem czy naukowcem. I że da się z tego utrzymać.
Atlas Arena w Łodzi. Ogólnopolski Lekarsko-Dentystyczny Egzamin Państwowy. Do życiowego wyścigu staruje kolejny tysiąc młodych ludzi.
Jakub Pokora

Atlas Arena w Łodzi. Ogólnopolski Lekarsko-Dentystyczny Egzamin Państwowy. Do życiowego wyścigu staruje kolejny tysiąc młodych ludzi.

Architekci Natalia Paszkowska i Marcin Mostafa.
Tadeusz Późniak/Polityka

Architekci Natalia Paszkowska i Marcin Mostafa.

Przychodzi matka do urzędu pracy: – Miałaby pani coś dla mojego syna? Nieuk, nierób, pijak, ale niechby coś robił.

– Może murarz? Cztery tysiące na rękę.
– Za dużo, przepije.
– No to pomocnik murarza. Dwa tysiące.
– A za tysiąc nic by pani nie miała?
– To musiałby skończyć studia.

Żart. Coraz mniej zabawny. Od lat było do przewidzenia, że studia – zwłaszcza te masowe, marne, w pospiesznie otwieranych uczelniach byle czego – nie dadzą ani kasy, ani klasy. Ani pewnej pracy, ani dobrobytu, ani poważania. Lecz wydawać się mogło, że są zawody pewniaki, utrzymujące się zawsze na górnych szczeblach drabiny prestiżu społecznego. Adwokat, naukowiec, architekt.

Rozbieg z przeszkodami

Nie, nie jest beznadziejnie. Wiadomo: wolny rynek, konkurencja, wyścig. Startujesz. Maturę zdajesz perfekcyjnie, więc wygrywasz. Prawo. Prawie 60 tys. osób studiuje dziś prawo. Giniesz w peletonie przez pięć lat, ale zdajesz egzamin na aplikację; połowa zdających odpada.

Znów w tłumie. Kilka lat temu w Warszawie było 11 aplikantów, teraz jest 800. Coś zarabiasz u patrona, czasem tysiąc, czasem 200 zł miesięcznie, bo w końcu jesteś jeszcze niepełnowartościowy – chodzisz na zajęcia, nie zawsze można na ciebie liczyć. Dorabiasz jako kelner w weekendy. Płacisz za tę aplikację 4,2 tys. zł rocznie. Lecz w końcu jesteś wśród 70 proc., którzy po trzech latach zdali egzamin końcowy.

Znów w tłumie – po styczniowym egzaminie państwowym, jak się przewiduje, przybędzie 5,5–6 tys. pomyślnie wyaplikowanych adwokatów i radców. (Teraz pracuje 15 tys. adwokatów, a od niedawna uprawnienia adwokackie ma także 29 tys. radców. W 2005 r. adwokatów było 8 tys.). Ale, powiedzmy, znów wygrywasz: dostajesz się do renomowanej kancelarii. Duże nazwiska, duże sprawy, duże pieniądze przy dużym biznesie. Jest takich na rynku około stu. Nie, nie tak trudno tam się dostać. Nie, żeby na etat, ale zapłacą (niektórzy na forach internetowych mówią nawet o 7 tys. zł miesięcznie, inni im nie wierzą).

Zresztą lepiej z góry założyć, że to tylko epizod, w którym nie o pieniądze chodzi. Że znajdziesz się w 80-proc. większości, czyli wśród tych, których kancelaria wymieni na nowych. Prawdopodobnie po dwóch, trzech latach odejdziesz sam. Bo to rzeźnia. Czasem czujesz się jak w XIX-wiecznej fabryce. Kilkanaście godzin na dobę, dwa tygodnie na red bullu, bo jest sprawa. Masz dać z siebie wszystko. Dajesz, jesteś młody. W końcu to fascynujące być tam w środku, widzieć, jak się gra i wygrywa. Masz poczucie, że uczysz się prawa od najlepszych. Masz trzydzieści parę lat. Zaczynasz.

Albo tak: Jesteś najlepszy na roku, może nawet z tych, którzy teraz mogą starać się o „diamentowy grant” na badania prowadzone już w czasie studiów (przyznano ich dotychczas 200). Zostajesz doktorantem. Jednym z 40 tys. Hybrydą – ani studentem, ani pracownikiem. Masz szczęście, jeśli jesteś w mniejszości: wystarczająco biednych, by dostać stypendium socjalne, wystarczająco dobrych, by zdobyć naukowe, a nawet wystarczająco obrotnych, by wywalczyć grant dla młodych naukowców (już nawet 30 proc. pieniędzy na badania rezerwuje się dla młodych do 35 roku życia). Gorzej ma większość, która nic nie dostaje, zaczepia się na jakieś zlecenia, śmieciówki, zastępstwa, półetaty po bibliotekach, po redakcjach, po urzędach i przeczekuje na tym doktoracie. Żeby coś robić.

Gorzej mają ci, którym wydaje się, że złapali Pana Boga za nogi, bo przyjęto ich na stanowiska asystenckie (średnia pensja asystenta to 1,2 tys. zł; ze stypendiów średnio można utoczyć 1,6 tys. zł). Gorzej ci, których traktuje się jak bezpłatną siłę roboczą do mordęgi z tłumem studentów, bo doktorant ma obowiązek odbycia praktyk pracowniczych (za 60 proc. minimalnej płacy asystenta). Gorzej ci, którzy pałętają się tolerowani tylko dlatego, że na doktoranta uczelnia dostaje od państwa pięć razy więcej niż na magistranta. I odbywają powtórne, nudne studia, bo tyle im uczelnia oferuje. Ty traktujesz doktorat poważnie. Jako rozbieg. Do trzydziestki.

Albo: Należysz do tych wyjątkowo obdarzonych i zdolnościami matematyczno-technicznymi, i wrażliwością artystyczną. Wygrywasz, dostajesz się na wciąż elitarne studia (na największym spośród 9 wydziałów architektury w Polsce – tym na Politechnice Warszawskiej – studiuje „tylko” tysiąc osób; architektów z uprawnieniami praktykuje w całej Polsce 10 tys.). Pracujesz. Najlepiej od pierwszego roku w dobrym biurze projektowym. Wakacje? Nie jedziesz, pracujesz. Erasmus? Nie, pracujesz. Nie należysz do tych naiwnych, którzy myślą, że jak przyniosą dyplom, to dostaną etat i średnią krajową. Akceptujesz, co dadzą.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną