Nie wszystkich stać na sprowadzenie zwłok z zagranicy

Repatrianci
Jeżeli w życiu na emigracji ci się nie wiodło, to i po śmierci bywa ciężko.
Firma Jacka Nowakowskiego wyspecjalizowała się w pogrzebach rodaków w Wielkiej Brytanii.
Jacek Nowakowski

Firma Jacka Nowakowskiego wyspecjalizowała się w pogrzebach rodaków w Wielkiej Brytanii.

80 proc. umierających z własnej ręki to mężczyźni, a wśród wszystkich zmarłych Polaków, którzy trafiają do Pana Jacka, samobójcy stanowią co najmniej 1/3.
Arne Trautmann/PantherMedia

80 proc. umierających z własnej ręki to mężczyźni, a wśród wszystkich zmarłych Polaków, którzy trafiają do Pana Jacka, samobójcy stanowią co najmniej 1/3.

audio

AudioPolityka Marta Mazuś - Repatrianci

Wracali razem, choć nigdy się nie poznali. Ola i Czarek, 32 lata, oboje w tym samym wieku. Droga ta, co zwykle. Do Dover, na prom, przez morze, któremu Ola zawsze lubiła robić podobne, jednostajne zdjęcia, Francja i Niemcy autostradami, aż do granicy z Polską. Tym razem to wreszcie nie był zatłoczony autokar rejsowy, w którym przez ponad 1,5 tys. km walczysz o utrzymanie skrawka swojej przestrzeni życiowej, ani nawet tanioliniowy samolot, w którym siedzenia są tak gęsto, że aż drętwieją nogi. Tym razem wreszcie ktoś zadbał o komfort ich podróży. Nowoczesny van z miejscami na maksymalnie sześć osób, ze wszystkimi sanitarnymi atestami. Wracali obok siebie. W drewnianych skrzyniach metalowe trumny zawierające na dnie pięciocentymetrową warstwę substancji pochłaniającej zapachy zgodnie z wymogami nie poruszały się, były hermetycznie zalutowane.

*

Samochód prowadził Jacek Nowakowski, 44-letni właściciel jednego z pierwszych polskich zakładów pogrzebowych na Wyspach, od pięciu lat zajmujący się pogrzebami rodaków z pasją oraz zaangażowaniem. Repatriacja zwłok – tak to się nazywa w oficjalnym, emeszetowskim języku. Czyli po prostu transport do kraju pochodzenia. Lub jeśli ktoś ceni większą uczuciowość, można też powiedzieć: ostatnia droga.

Zajęcie to samo wybrało sobie Jacka, emigranta polskiego z 10-letnim stażem, łodzianina, z wykształcenia technika urządzeń sanitarnych z dwuletnim studium dziennikarskim, który po rozstaniu z żoną porzucił biznes szwalniczy i udał się roznosić ulotki w nieznanym kraju, czyli w Wielkiej Brytanii. W pewnym momencie, w czasie kilku pierwszych lat, gdy piął się po szczeblach kariery w Burger Kingu oraz dla wyższych celów oszczędnościowych koczował na piętrowym łóżku nad poznanym w pracy Banglijczykiem, w odwiedziny do kuzynki w Dublinie pojechała jego bliska ciocia. I nagle zmarła. Rodzinne przejścia formalno-transportowe, żeby przywrócić ciocię ojczyźnie, utwierdziły go w przekonaniu, że emigracyjny biznes funeralny to wyzwanie dla niego.

To był jeszcze czas, gdy w przypadku śmierci Polaka to głównie polskie zakłady jeździły zwozić ciała za astronomiczne kwoty. Pięć tysięcy funtów za transport – takie ceny były jeszcze kilka lat temu. Ale Jacek wierzył, że da się szybciej, taniej, bardziej kompleksowo, bo załatwiając na miejscu, bez pośredników wszystkie urzędowe certyfikejty i konsularne pozwolenia. Tylko w Jacka na początku jakoś nie wierzyli. Dopiero w drugim roku działalności zaczął mieć klientów.

Wielu londyńskich rodaków patrzyło z podziwem i niedowierzaniem. Sami zatrudnieni u Angoli na posadach, a tu biznesmen. Nielicznym udaje się na obczyźnie rozkręcić z sukcesem coś swojego. Jacek twierdzi, że trochę w tym szczęścia, ale większość charakteru. W Polsce ci nie wychodziło, nie miałeś pasji, motywacji albo siły przebicia, jest duże prawdopodobieństwo, że zmienisz tylko kraj, ale z resztą będzie tak samo.

*

W połowie października 2016 r. wiezie więc Jacek do domu hermetycznie przypieczętowane dwie przeciwstawne metafory polskiego losu emigracyjnego.

Metafora pierwsza: Czarek. W spadku po rodzicach dostał problemy z sercem. Oboje zmarli, więc nie czekając aż go przytłoczy wizja bezrobocia i depresji w rodzinnym Olsztynie, po szkole gastronomicznej i liceum od razu wyjechał za pracą. Pracował po magazynach, był kierowcą, uzupełniał automaty do kawy, a w przerwach robił sesje zdjęciowe, bo tworzył fotograficzne portfolio. Czarek lgnął do ludzi oraz do motorów. Więc połączył te dwie potrzeby w jedną i dołączył do grupy polskich bajkersów in UK z siedzibą w Reading. Po 10 latach na Wyspach wreszcie zaczął mieć z góry. Załapał się do dobrej firmy jako agent ubezpieczeniowy i odłożył na tyle dużo pieniędzy, żeby, jak planował, w przyszłym roku w Didcot pod Oksfordem kupić w końcu dom dla całej rodziny. 23 września 2016 r. jechał na lotnisko. Narzeczona czekała już w Polsce, w sobotę miał się odbyć chrzest ich drugiego dziecka. W pewnym momencie Czarek zatrzymał samochód, źle się poczuł i zemdlał. Umarł tego samego dnia wieczorem w szpitalu.

Metafora druga: Ola. Pewnego dnia, w maju 2012 r., do gmachu telewizji polskiej w Bydgoszczy przyszedł 10-letni chłopiec. W ręku trzymał list napisany przez mamę: „Bardzo proszę o pomoc, chcą mnie wyrzucić z mieszkania, nie mamy dokąd iść. Proszę o wasze wsparcie”. Tą mamą była Ola. W wywiadzie dla telewizji stwierdziła potem, że to był impuls – posłała najstarszego, bo była sama w mieszkaniu i gdyby wyszła, dzieci chciałyby iść za nią. Dzieci było sześcioro. A mieszkanie to był pustostan miejski, przeznaczony na lokal socjalny, który zajęli nielegalnie z mężem kilka miesięcy wcześniej. Ktoś z sąsiadów doniósł na nich do administracji domów miejskich i, mimo trzech materiałów interwencyjnych w lokalnej telewizji, w końcu musieli się wynieść.

Każdy wynajem kończył się zaległościami w czynszu, a u kuzynów i znajomych nie mogli wiecznie koczować swoją ośmioosobową rodziną. Dzieci w końcu trafiły do ośrodka wychowawczego, a Ola pojechała zarabiać na wkład własny mieszkania z TBS. W 30-tysięcznym Grays, 30 km na wschód od Londynu, była sama. Do czasu aż poznała Marka. Zamieszkali razem w pokoju u Albańczyka. Marek wciąż bardziej tracił, niż miał pracę. Ola załapała się do kuchni w restauracji u Franka, w której menu przeważały jajka, frytki i grillowane mięso. W czerwcu 2016 r. wzięła w Polsce rozwód z mężem. Ale z dziećmi, mimo odległości, kontakt utrzymywała. Wyposażone w konta na fejsie słały jej swoje zdjęcia z wyznaniami miłości, a ona w formie obrazkowych serduszek odsyłała im swoje plus fotografie nowych adidasów wytropionych na sejlu, które im przywiezie, gdy przyjedzie w odwiedziny. 10 września 2016 r., w sobotni poranek, Arkadiusz Stereńczak, założyciel polonijnego towarzystwa Pollonus, jechał z żoną samochodem do centrum Grays. Przy jednej z głównych dróg zobaczyli odgrodzony przez policję przystanek autobusowy. Znaleziono przy nim ciało martwej kobiety – takie wybrała miejsce, żeby się powiesić. Kilka dni później okazało się, że to Ola.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną