Społeczeństwo

Cyberbomba w trawie

Astroturfing – nowa broń w polityce?

Astroturfing jest określeniem na korporacyjne działania podszywające się pod oddolne inicjatywy. Astroturfing jest określeniem na korporacyjne działania podszywające się pod oddolne inicjatywy. Mirosław Gryń / Polityka
Masowym protestom w obronie sądów towarzyszyła wojna informacyjna w sieci. Z najgłośniejszą, ale nieudolną próbą przeciągnięcia opinii publicznej na stronę rządu – odwołaniem się do astroturfingu.
Z Facebooka korzystają miesięcznie ponad 2 mld ludzi, w tym 14 mln w Polsce.Mirosław Gryń/Polityka Z Facebooka korzystają miesięcznie ponad 2 mld ludzi, w tym 14 mln w Polsce.

Artykuł w wersji audio

Nie ma chyba słowa, które zrobiłoby w ostatnim czasie większą karierę niż astroturfing. Kulminacja tej kariery nastąpiła, gdy pojawiło się w programie „Woronicza 17” TVP Info w niedzielny poranek 23 lipca, a więc dzień przed prezydenckim wetem, w szczycie protestów przeciwko ustawom demolującym polski system sądowniczy. Za sprawą prowadzącego, bliskiego PiS, Michała Rachonia.

Już wcześniej astroturfing był jednym z najgorętszych tematów w serwisach społecznościowych. PiS się do niego odwołał, oskarżając opozycję o to, że za pomocą założonych za granicą kont społecznościowych sprowokowała antyrządowe wystąpienia. „Polska jest dzisiaj celem zmasowanej akcji dezinformacyjnej ze strony środowisk opozycyjnych. Te cyberataki to tak naprawdę ataki na politykę polskiego rządu”grzmiał w „Woronicza 17” poseł PiS Jacek Sasin, sugerując, że za atakami stoi największy wróg europejskiej prawicy miliarder George Soros.

Temat podjęli inni politycy PiS. Sugestie o zorganizowanej akcji prowadzonej z zagranicznych kont społecznościowych podgrzewał na Twitterze m.in. Paweł Szefernaker, jeden z doradców medialnych premier Szydło. „Wiadomości” poświęciły astroturfingowi aż sześciominutowy materiał w niedzielnym wydaniu, zapowiadając go tytułem „Wojna hybrydowa z Polską”. A na antenie TV Trwam minister obrony Antoni Macierewicz o wspieranie „ataku hybrydowego” na Polskę oskarżył... Zachód.

O co w tym chodzi?

Sam termin astroturfing na świecie znany jest od lat – powstał jako gra słów z anglojęzycznym wyrażeniem grassroots, które określa wszelkie oddolne działania skupione na lokalnych społecznościach. Astroturfing, pochodzący od nazwy producenta sztucznej trawy, jest określeniem na korporacyjne działania podszywające się pod oddolne inicjatywy. Jedną z jego form jest tzw. marketing szeptany. Odpowiadają za niego wyspecjalizowane agencje, które publikują np. pozytywne oceny produktów. Astroturfingem miały być także – w ocenie części prasy i internautów – lipcowe protesty, które zgromadziły kilkadziesiąt tysięcy Polaków i przynajmniej częściowo przyczyniły się do zawetowania przez prezydenta ustaw o zmianach w Sądzie Najwyższym.

Pierwsze wzmianki o tym, że za protestami mogą stać profesjonalni marketingowcy, wspomagani pieniędzmi międzynarodowych korporacji oraz George’a Sorosa, pojawiły się przed 20 lipca. A 22 lipca termin astroturfing stał się jednym z najpopularniejszych haseł na Twitterze.

Sama ta akcja sprawia jednak wrażenie wyjątkowo nieprofesjonalnego astroturfingu. Tweety zaczęły się pojawiać 22 lipca o 21 i w ciągu godziny wysłano ich kilkanaście tysięcy. W szczytowym momencie tweetowano o astroturfingu ponad 30 razy na minutę. Dla porównania w tym samym czasie hasztag #wolnesądy pojawiał się ponaddwukrotnie rzadziej. Jednak już po kilku godzinach dynamika osłabła i nie wróciła do poprzedniego poziomu, tymczasem częstotliwość użycia hasztagu #wolnesądy wyraźnie rosła za każdym razem, gdy trwały protesty, a tweety nim oznaczone pojawiały się regularnie również poza godzinami manifestacji.

– Nie ma wątpliwości, że akcja z weekendu 21–23 lipca była prowokacją obliczoną na podgrzanie sporu politycznego w Polsce. I to na dwóch poziomach – twierdzi dr Dominik Batorski, socjolog internetu z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego.

Mogła mieć na celu delegitymizację protestów przeciwko reformie sądownictwa jako oddolnego ruchu i powiązanie ich z zachodnimi, liberalnymi środowiskami, według obecnej władzy wrogimi Polsce. W konsekwencji jednak ośmieszyła także polityków i media związane z obozem rządzącym, gdy wyszło na jaw, że sama akcja przestrzegająca przed astroturfingiem jest przykładem tej metody. – Takie działania, nieudolne i oczywiste, nie wyglądają na dzieło profesjonalistów. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że są dziełem przeciwników politycznych, by zdyskredytować drugą stronę sporu – dodaje prof. Dariusz Jemielniak z Akademii Leona Koźmińskiego. Dobrze przygotowany astroturfing jest w praktyce nieodróżnialny od działań organicznych (czyli spontanicznych, niewspomaganych płatnymi formami promocji), lepiej rozłożony w czasie i bardziej dyskretny.

Kto to podrzucił?

Cała ta przebiegająca w Polsce akcja była na tyle niedyskretna, że szybko zaczęła wzbudzać podejrzenia samych internautów. Aktywni na Twitterze dziennikarze, m.in. Bartosz Wieliński z „Gazety Wyborczej”, wytropili, że jako jeden z pierwszych hasztag #astroturfing wykorzystał w tym serwisie ten sam użytkownik, który opublikował słynne zdjęcie Ryszarda Petru z pokładu samolotu, gdy w towarzystwie Joanny Schmidt leciał do Portugalii. W kontekście ostatnich informacji o inwigilowaniu lidera Nowoczesnej przez policję podczas protestów przed Sejmem nabiera to zupełnie innego, dość ponurego znaczenia.

Szybko wyszło też na jaw, że w piątek, czyli dzień przed rozpoczęciem akcji z rozsyłaniem w sieci ostrzeżeń przed rzekomą astroturfingową akcją opozycji, przebywał w Warszawie niejaki Jack Posobiec. To amerykański publicysta o polskich korzeniach, który za pomocą fake newsów atakował Hillary Clinton, a przede wszystkim stał za twitterową akcją #Macronleaks, mającą tuż przed wyborami prezydenckimi we Francji skompromitować Emmanuela Macrona – za pomocą wykradzionych dokumentów z kont jego ruchu En Marche!.

Po co to wszystko?

Media społecznościowe stały się głównym polem walki politycznej. Z Facebooka korzystają miesięcznie ponad 2 mld ludzi, w tym 14 mln w Polsce. Z Twittera, ulubionego medium Donalda Trumpa i wielu polityków, korzysta 328 mln użytkowników. W Polsce o potędze tej gałęzi mediów boleśnie przekonał się Bronisław Komorowski, którego pokonał dużo popularniejszy na Facebooku i Twitterze Andrzej Duda. Za sukcesami polityków coraz rzadziej stają programy polityczne, coraz częściej – marketingowcy, specjaliści od komunikacji i wizerunku, a także analitycy danych, czego przykładem może być głośna współpraca sztabu Donalda Trumpa z firmą analityczną Cambridge Analytica. Wybory wygrywa się dziś w internecie i mediach społecznościowych, odpowiednio kierując komunikaty do różnych grup odbiorców, sterując ich zachowaniami i reakcjami.

Specyfika mediów społecznościowych, ich płaska struktura w przeciwieństwie do hierarchicznego modelu mediów tradycyjnych oraz położenie nacisku na komunikację dwustronną sprawiają, że są łatwiejszym celem różnego rodzaju ataków. W 2013 r. jeden tweet wysłany z przejętego przez hakerów z Syrian Electronic Army konta Associated Press – o wybuchu w Białym Domu, w którym ranny został Barack Obama – spowodował wyparowanie z nowojorskiej giełdy ponad miliarda dolarów. W ubiegłym roku StratCom CoE, jedna z agend NATO, zajmująca się analizą komunikacji i propagandy, opublikowała raport dotyczący użycia mediów społecznościowych w tzw. wojnie hybrydowej. Jako jedną z metod zwiększenia zasięgu informacji propagandowej raport wymienia Twitter-bombing, czyli wysyłanie przez wiele kont tej samej informacji w tym samym czasie, co jako żywo przypomina wydarzenia z 22 lipca, gdy najczęściej tweetowano: „Stop wykorzystywaniu mechanizmu #AstroTurfing do manipulowania Polską! #StopAstroTurfing #StopNGOSoros”.

Serwis politykawsieci.pl, który monitoruje aktywność polityczną w internecie, napisał: „Bezdyskusyjnie do polskiej politycznej piaskownicy internetowej wszedł nowy gracz. Nikt nie zna jego celów, siły, technologii oraz potencjału finansowego. Nie ma jednoznacznych dowodów, kto sponsoruje ww. widoczne akcje. (...) Bez względu na to, kto to jest, obie strony polskiego dyskursu politycznego muszą zdać sobie sprawę, że w ich świat wszedł bardzo niebezpieczny przeciwnik”.

Medium najbardziej narażonym na ataki z użyciem botów jest właśnie Twitter, na którym można publikować krótkie wiadomości o długości do 140 znaków. Jego największa zaleta szybkość informacji jest także jego największą wadą. Niepotwierdzona czy wręcz fałszywa informacja może zostać rozesłana w ciągu kilkunastu minut do milionów użytkowników, w czym dużą zasługę mogą mieć roboty. Późniejsze zdementowanie wiadomości najczęściej nie ma już takiego zasięgu.

Jak się bronić?

Twitter w porównaniu z Facebookiem niemrawo walczy z fałszywymi kontami. Według badań naukowców z University of Southern California i University of Indiana z marca bieżącego roku aż 48 mln kont na Twitterze to boty.

Firm oferujących kupno obserwujących oraz zajmujących się prowadzeniem fałszywych/sztucznych kont są tysiące. To jedna z najprostszych metod na zbudowanie wrażenia wiarygodności i popularności w mediach społecznościowych. Zasada jest prosta: im więcej obserwujących, tym dane konto wydaje się wiarygodniejsze, warte obserwowania i użytkownicy chętniej śledzą jego wpisy. Również takie praktyki stają się częścią wojny propagandowej.

Pozostaje pytanie, co robić, by się nie dać nabrać na podobne akcje z użyciem botów i innymi formami wojny w sieci. O ile ta ostatnia, z astroturfingiem, była grubymi nićmi szyta – pojawiło się wiele tweetów dokładnie w tym samym czasie o dokładnie tej samej treści – o tyle dobrze przygotowane, zaawansowane boty są trudne do odróżnienia od rzeczywistych użytkowników sieci. Potrafią nie tylko same ze sobą rozmawiać, ale też podtrzymywać konwersację, podawać dalej treści, linkować do innych stron i w inny sposób podszywać się pod ludzi.

Przede wszystkim warto sprawdzać, kto publikuje tweety. – Jeśli tweety z konta wysyłane są często, nawet co kilka sekund, jeśli konto tweetuje w różnych językach i o dziwnych porach, to prawdopodobnie jest to bot – ostrzega prof. Jemielniak. Wspomniany już raport NATO StratCom CoE jako metody przeciwdziałania propagandzie w internecie wymienia uważne czytanie informacji, sprawdzanie źródeł i nieuleganie zbiorowym nastrojom. Czyli staroświecką chłodną głowę i ostrożność. Na razie nie wymyśliliśmy niczego lepszego.

***

Michał Wieczorek pracuje w Sotrender, firmie zajmującej się badaniem, analizą i interpretacją danych z mediów społecznościowych.

Polityka 31.2017 (3121) z dnia 01.08.2017; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Cyberbomba w trawie"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną