Społeczeństwo

Religia w środku zajęć. Czy to wbrew prawu?

Religia w środku zajęć. Czy to wbrew prawu? Religia w środku zajęć. Czy to wbrew prawu? Ruben Hutabarat / Unsplash
Religia, której jest więcej w polskiej szkole niż chemii, fizyki czy informatyki, wydłuża i tak już przepełnione plany lekcyjne uczniów, którzy na nią nie chodzą.

Jedno z radomskich liceów, klasa pierwsza. W planie lekcji dwie religie w środku dnia. Rodzice mejlowo zawiadamiają wychowawczynię, że dzieci nie będą chodzić na katechezę. W odpowiedzi dowiadują się, że „należy złożyć pisemną prośbę do dyrektora i wskazać jej powody”. Dyrektor wyda w tej sprawie decyzję za jakiś czas. Tak jakby religia była obowiązkowa, a uczestnictwo w niej „domyślne”. A jest odwrotnie, o czym wiedzieli rodzice Ani, uczennicy tego radomskiego liceum – poszli prosto do dyrektora i wytłumaczyli mu, że religia jest organizowana „na życzenie” rodziców lub uczniów, którzy mogą uczestniczyć w zajęciach z religii, z etyki, z obu przedmiotów albo nie zdecydować się na żaden. Odetchnęli, udało się.

Rodzice walczą o swoje prawa

W przepełnionych szkołach podstawowych i średnich, w których znalazły się jednocześnie dwa roczniki, a wciąż brakuje nauczycieli (gdzieniegdzie, np. w jednej ze szczecińskich podstawówek, nie ma nawet mebli), kłopoty z religią w środku zajęć i brakiem alternatywnej etyki to codzienność. Plany lekcji w wielu miejscach wciąż nie są gotowe, bardziej świadomi rodzice walczą o egzekwowanie przepisów i przesuwanie religii na skrajne godziny.

Nie wiadomo, ilu dokładnie uczniów na religię nie chodzi. Znamy dane z poszczególnych miast. W Warszawie to połowa uczniów, w Krakowie 20 proc. W Łodzi na 60,8 tys. osób w 2018 r. tylko 27,2 tys. uczęszczało na katechezę. Trzy lata temu ta grupa była dwukrotnie liczniejsza. Co się takiego stało? Od 2014 r. rodzice i uczniowie mają wybór. Minister edukacji podpisał wtedy – po przegranej przez Polskę w Strasburgu sprawie „Grzelak przeciwko Polsce” – rozporządzenie w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach.

Zgodnie z nim nauka religii i etyki organizowana jest na życzenie rodziców lub pełnoletnich uczniów, a każda szkoła zobowiązana jest zorganizować zajęcia z obu przedmiotów niezależnie od liczby chętnych. To ważne zastrzeżenie, bo wielu rodziców słyszy dziś, że dla ich dziecka, na wsiach lub w miasteczkach, jedynego w klasie czy w szkole niezainteresowanego religią, nie ma szans na takie lekcje.

Poza tym na początku roku szkolnego uczniowie lub rodzice składają pisemne oświadczenie, czy dziecko będzie chodziło na religię lub etykę. Uczeń może wybrać także oba warianty lub w ogóle zrezygnować z tych lekcji, a także w środku semestru, bez podania przyczyny, zrezygnować z nich.

Religia na pierwszej lub ostatniej lekcji?

„Udało mi się wywalczyć” – często w ten sposób rodzice opowiadają o tym, jak wywierają w szkołach swoich dzieci presję na realizację rozporządzenia. Kiedyś słyszeli, że ich dziecko niechodzące na religię w niej uczestniczy, bo „nie ma co z nim zrobić”, a dziś po kilku trudnych rozmowach w gabinecie dyrektorskim wreszcie udało się przeforsować zmiany.

Czasem jednak, nawet jeśli religia na skrajnych godzinach jest możliwa, to zaczynają się inne problemy, z etyką. Dyrektorzy szkół powinni umieszczać religię lub etykę na początku lub na końcu planu zajęć ze względu na to, że są nadobowiązkowe. Tylko takie rozwiązanie gwarantuje realną dobrowolność uczestnictwa.

Egzekwowanie tego założenia nie jest idealne. Technikum publiczne w 30-tys. miasteczku w Wielkopolsce. Etyki nie ma. W zeszłym roku na zebraniu dla rodziców klas pierwszych dyrektor oznajmił, że jak rodzice chcą, to może zorganizować, ale tylko popołudniami, ok. godz. 18. Albo szkoła na warszawskiej Woli. Brak etyki z powodu braku nauczyciela. W zeszłym roku etyka pojawiła się po jakichś dwóch miesiącach, ale wciśnięta na ósme lekcje, więc żeby w niej uczestniczyć, trzeba było czekać dwie godziny. Komu się będzie chciało?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

NIEMCY: Berlin ciągnie do Moskwy

Osiem dekad po pakcie Ribbentrop-Mołotow w Niemczech rośnie presja na kolejną odwilż w relacjach z Rosją. Działania polskiego rządu raczej nie studzą tego zapału.

Adam Krzemiński
02.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną