Społeczeństwo

Szkoła, czyli cała wstecz

Cztery lata rządów PiS: Szkoła, czyli cała wstecz

Pod wpływem pisowskiej zmiany systemu oświaty polska szkoła w szaleńczym tempie odjeżdża od wymogów i potrzeb współczesnego świata. Pod wpływem pisowskiej zmiany systemu oświaty polska szkoła w szaleńczym tempie odjeżdża od wymogów i potrzeb współczesnego świata. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta
Pod wpływem pisowskiej zmiany systemu oświaty polska szkoła w szaleńczym tempie odjeżdża od wymogów i potrzeb współczesnego świata.

Prologiem było zawrócenie ze szkół sześciolatków. Poprzedzający rządy PiS gabinet PO i PSL zaczął wprowadzać zmianę zasadniczą dla wyrównywania szans dzieci z różnych środowisk – obniżenie wieku obowiązku szkolnego. Powrót do stanu, w którym edukację zaczynają dopiero siedmiolatki, to była pierwsza ważna decyzja PiS.

Za nią nastąpiły kolejne powroty do przeszłości. Najpierw systemowy – powrót do ośmioletnich szkół podstawowych, czteroletnich liceów i pięcioletnich techników. Szkołom dotychczas zawodowym nadano nową nazwę – szkoły branżowe pierwszego i drugiego stopnia, ale de facto ta struktura odpowiada wcześniejszej, z zawodówkami i technikami uzupełniającymi. Zlikwidowano wprowadzone w 1999 r. gimnazja.

Reforma edukacji – pod wybory

W oficjalnych materiałach przekonywano, że „reforma edukacji wychodzi naprzeciw oczekiwaniom większości Polaków, którzy chcą szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w tradycji”. Ale w podjętych decyzjach nie sposób znaleźć żadnego sensu poza sondażową kalkulacją. Wielu Polaków rzeczywiście było niechętnych gimnazjom i przyklaskiwało ich likwidacji. Za ową niechęcią nie stało jednak racjonalne uzasadnienie. Uczniowie tych szkół bardzo dobrze wypadali w międzynarodowych badaniach. Przemoc, z którą przez lata stereotypowo kojarzono gimnazja, większym problemem okazywała się w starszych klasach podstawówek. Władze PiS, zamiast kłopotać się wnikaniem, co Polacy gimnazjom mają za złe, wykorzystały emocje społeczne jako własne paliwo polityczne. I dały ludziom to, czego mówili, że chcą.

Na dzieci przerzucono główny ciężar kosztów tej operacji. A koszty te dodatkowo podnosi szaleńcze tempo wprowadzanych zmian. Przedstawiciele ministerstwa edukacji bez żenady mówili, że jest ono podporządkowane kalendarzowi wyborczemu.

Czytaj także: Przegrane roczniki deformy (zdecydowanie więcej niż dwa)

A za zmiany płacą uczniowie

Gdyby nowy-stary system wprowadzano od pierwszej klasy podstawówki czy nawet, niech będzie, od czwartej, sensu w tzw. reformie by nie przybyło, ale przynajmniej jej przebieg byłby mniej brutalny wobec uczniów. Reguły zmieniono jednak w trakcie gry, pozostawiając szóstoklasistów, którzy mieli iść do gimnazjów, w podstawówkach. Na nieoczekiwane kolejne dwa lata.

W owe dwa lata dzieci zmuszone były uporać się z materiałem wcześniej rozłożonym na trzy lata gimnazjum, by zdać egzamin ósmoklasisty i zacząć naukę w liceach. Minister edukacji Anna Zalewska zapobiegliwie postanowiła egzaminować ósmoklasistów z trzech roczników przejściowych wyłącznie z języka polskiego, matematyki i języka obcego, dość otwarcie przyznając, że za jakość ich wykształcenia w zakresie nauk przyrodniczych nie ręczy.

Dodatkowym skutkiem ubocznym stał się tłok i konieczność nauki na zmiany w podstawówkach – nagle rozrośniętych i nader często niewystarczająco wyposażonych w pomoce naukowe, bez odpowiednich pracowni itd. Tymi znacznie częściej dysponowały gimnazja, które, zwłaszcza na terenach wiejskich, zbierały okoliczne dzieci, umożliwiając im nowocześniejszą edukację niż szkoły podstawowe, co było kolejnym krokiem w kierunku wyrównania szans.

Czytaj także: Zapiski szkolne w czasach kryzysu

Tłok w szkołach i planach lekcji

Ostatni gimnazjaliści także odbierali naukę w warunkach chaotycznych i przypadkowych – ich szkoły pustoszały, do niektórych dokooptowywano pierwsze klasy podstawówek. Albo odwrotnie – oddziały gimnazjalne przenoszono do innych budynków. Na koniec zgotowano uczniom bałaganiarską, rozciągniętą na całe lato rekrutację do szkół średnich.

Aktualnie w ich progach spotykają się dzieci z dwóch i pół rocznika. 15-latki po gimnazjum oraz ósmoklasiści, wśród nich 13-latki, które poszły do szkoły jako sześciolatki, a urodzone są pod koniec roku. Ósmoklasiści, już dotychczas najbardziej poszkodowani zmianami, właśnie zderzają się też jako pierwsi z nową podstawą programową do szkół średnich. Mimo że została rozpisana na cztery lata, to rozbudowana jest tak, że wiele dzieci trzy–cztery razy w tygodniu ma w planie po dziewięć lekcji.

Kucie wiedzy i centralizacja oświaty

Podstawy programowe to kolejny obszar pisowskich „powrotów”. Obiecywana przez rządzących „lepsza edukacja”, jak się okazało, oznacza więcej treści do zapamiętania zamiast nauki krytycznego myślenia i współpracy, na co stawiają nowoczesne systemy. Wrócono także – znów wbrew światowym trendom w nauce i oświacie – do podziału szkolnych zajęć na tradycyjne dyscypliny. Osobno biologia, osobno geografia itd.

Kolejny „powrót” nastąpił na płaszczyźnie prawnej i organizacyjnej – w kierunku centralizacji oświaty. W pierwszych miesiącach rządów władze przekazały część dotychczasowych kompetencji samorządów, dotyczących np. likwidowania szkół, wojewódzkim kuratorom oświaty. Samorządy, organy prowadzące szkoły, pozbawiono możliwości podjęcia ostatecznej decyzji o tym, jak utrzymywana przez nie sieć placówek ma wyglądać.

Nie zostały natomiast zrealizowane zapowiedzi słusznych ruchów, takich jak zapewnienie w każdej szkole psychologa i pedagoga, opieki pielęgniarki czy dostępności stołówki. Większość okazała się niemożliwa do przeprowadzenia m.in. właśnie z powodu zmiany systemu oświaty, ciasnoty w szkołach i braku miejsca, które można by przeznaczyć na nowe zadania.

Nauczyciele protestują i odchodzą

Osobnym skutkiem ubocznym przejazdu przez szkoły wehikułu czasu jest destabilizacja zawodowa nauczycieli. W perspektywie likwidacji gimnazjów najbardziej obawiano się zwolnień. Niektórych nauczycieli faktycznie zwolnić trzeba było. Innym przypadło składanie w kilku szkołach godzin, by dobić do pełnego etatu. Liczni sami zaczęli rozglądać się za bardziej perspektywiczną karierą.

Skutkiem frustracji stał się wiosenny strajk, w którym w szczytowym momencie według danych ZNP brało udział trzy czwarte szkół, zagrożona była organizacja egzaminów gimnazjalnych i ósmoklasisty. Jako formalne żądanie protestujący stawiali podwyżkę wynagrodzeń, ale wielu podkreślało, że ich rozgoryczenie ma głębsze przyczyny: przedmiotowe traktowanie, rozbijanie środowisk w wyniku – jak to nazwano – deformy, niszczenie dorobku dobrych szkół, ignorowanie rzeczywistych wyzwań i problemów współczesnej oświaty.

Zawieszenie strajku po trzech tygodniach, wobec braku widoków na osiągnięcie żądanych podwyżek, sprawiło, że nastroje nauczycieli jeszcze bardziej przygasły, a odejścia z zawodu przyspieszyły. Całościowych danych na razie nie przekazano, ale z fragmentarycznych doniesień wynika, że znacząca liczba szkół z początkiem września boryka się z większymi lub mniejszymi problemami kadrowymi.

Edukacja, problem społeczny

Bezpośrednich zysków z przeprowadzonych zmian na razie odnaleźć nie sposób. Ze wstępnych diagnoz nauczycieli szkół średnich, którzy zaczynają pracę z pierwszymi absolwentami ośmioletnich podstawówek, wynika, że ich wiedza i umiejętności są słabsze niż absolwentów gimnazjów.

Jeśli jednak bardzo chcieć znaleźć jakikolwiek pozytyw płynący z ostatnich czterech lat, można za niego uznać uspołecznienie obszaru edukacji. Nie jest to jeszcze masowy zryw, zwłaszcza w odniesieniu do skali utrzymującego się poparcia dla partii rządzącej. Ale wyraźnie widać, że na fali sprzeciwu wobec niszczenia szkół pojawiły się i trwają nowe inicjatywy i środowiska autentycznie tym tematem przejęte: rodziców (m.in. „Rodzice przeciwko reformie edukacji”), charyzmatycznych nauczycieli, ekspertów oświatowych. Zwołują narady obywatelskie o edukacji. Organizują się poza tradycyjnymi związkami zawodowymi, głównie za pośrednictwem internetu, jak facebookowe społeczności „Ja, nauczyciel” czy „Protest z wykrzyknikiem”, którego zaangażowanie wyszło już daleko poza ramy branżowe – aktualnie „Protest” prowadzi zachęcającą do udziału w wyborach kampanię społeczną „Głosuję na Polskę”.

Gdyby polityczni następcy PiS zechcieli skorzystać z potencjału, pomysłów i zaangażowania podobnych grup, bilans zmian ostatnich czterech lat byłby z pewnością mniej przytłaczający.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną