Społeczeństwo

Prace domowe – ostre cięcie

Zadawanie prac domowych odchodzi do lamusa. Zadawanie prac domowych odchodzi do lamusa. AndrewLozovyi / PantherMedia
Z biciem serca reaguję na pomysły ograniczenia prac domowych, zadawania ich z sensem albo wręcz niezadawania wcale.

Jako rodzic jestem za. Dzieci są przeciążone nauką w domu. Jako belfer jestem przeciw. Mniej pracy dla uczniów oznacza bowiem więcej roboty dla nauczycieli. Czy jesteśmy na to przygotowani?

Czytaj także: RPO bierze się za temat prac domowych. Radzi, jak odciążyć uczniów

Wyższe pensum

Niskie pensum – 18 lekcji w tygodniu – uzasadniane jest m.in. koniecznością wykonywania zadań pozalekcyjnych. Nauczyciele sprawdzają prace domowe, należy to do obowiązków pracowników, a zatem musi być wliczane do czasu pracy. Im więcej prac domowych, tym większe prawo do żądania, aby pensum pozostało bez zmian.

MEN zapowiada podniesienie pensum. Jednak nie wszystkim nauczycielom. Ci, którzy wiele sprawdzają, mogą czuć się bezpieczni. Poloniści zadają wypracowania do domu, matematycy – zadania, angliści – eseje. To wszystko musi zostać sprawdzone, ocenione i opisane, aby uczeń wiedział, co zrobił źle, a co dobrze. Do każdej lekcji należy więc doliczyć godzinę sprawdzania prac domowych. Daje nam to łącznie 36 godzin w tygodniu. Pozostałe 4 to inne zadania dydaktyczne i wychowawcze. Zapracowanym belfrom nie można zwiększyć pensum, bo trzeba by płacić za nadgodziny.

Nauczyciele innych przedmiotów nie chcą być postrzegani jak nieroby, więc też zadają uczniom na potęgę. Biolodzy, geografowie, chemicy wymyślają projekty, byle tylko oddalić od siebie podejrzenie, że pracują tylko wtedy, gdy prowadzą lekcje. A kto nadzoruje, doradza, zachęca, a potem sprawdza wykonane prace? Projekt sam się nie robi, praca domowa sama się nie ocenia. Za każdą czynnością ucznia, jaką wykonał w domu, kryje się dwa razy tyle roboty nauczyciela. Gdyby minister edukacji pracował w szkole, wiedziałby, jak bardzo zapracowani są polscy nauczyciele. Zapracowani, bo wiele zadają.

Czytaj także: Co zostało z protestu włoskiego? Nauczyciele mają dylemat

W najgorszej sytuacji są wuefiści. Chętnie by teraz zadali uczniom trochę roboty do domu, ale i tak nikt nie uwierzy, że muszą ją sprawdzić po godzinach. Jeśli zadali ćwiczenia fizyczne, mogą je ocenić na lekcji. Wypracowań z wuefu pisać nie trzeba. Nie ma więc żadnego powodu, aby ta grupa nauczycieli miała 18-godzinne pensum. Przykro mi, koleżanki i koledzy, ale skoro nie macie prac domowych do sprawdzenia, musicie prowadzić więcej lekcji. Trzeba było kilka lat temu wymyślić jakiś rodzaj strategii sportowej, którą uczeń tworzyłby w domu, jakieś łamigłówki, które potem trzeba by sprawdzać, poprawiać, oceniać, opisywać. A to zajmuje tyle czasu, że 18-godzinne pensum byłoby dla was w sam raz.

Przedmiotowcy, których praca nie opiera się na zadawaniu do domu, mają teraz przechlapane. Ich pensum pójdzie w górę. Natomiast pensum nauczycieli pozostałych przedmiotów w znacznej mierze zależy od tego, czy uda im się obronić ideę zadawania prac domowych. Jeśli poprą zmianę i zgodzą się, iż można dobrze uczyć, nie zadając, zapłacą za to zwiększonym pensum. Warto o tym pamiętać. Dzieci będą pracować wprawdzie mniej, ale nauczyciele znacznie więcej. W ogóle nie jestem na to gotowy.

Czytaj także: Pensje nauczycieli w nowym roku. Biednie będzie na wsi, w mieście też niebogato

Prace domowe ratują podstawę programową

Podstawa programowa jest tak przeładowana, że nie udźwignąłby jej najsilniejszy koń pociągowy. Nie da się. Jednak Polak potrafi. Nauczyciele zauważyli, że ten jakże obszerny materiał, który narzuca MEN, da się zrealizować, gdy podzieli się go na pracę na lekcji i pracę w domu. To, czego nie zdąży nauczyciel zrealizować w szkole, przekazuje się uczniom do domu. Najczęściej w szkole nie ma czasu na utrwalanie wiedzy, więc dzieci utrwalają samodzielnie po lekcjach. Nie ma czasu na powtarzanie, więc powtarzają w domu. Nie ma czasu na troskę o ucznia słabego, który nie nadąża za klasą, więc o ucznia słabego muszą troszczyć się jego rodzice, odrabiając z nim prace domowe.

Przerzucanie na uczniów części podstawy programowej to wentyl bezpieczeństwa. Gdyby nie ten manewr, nauczyciele musieliby się zbuntować przeciwko władzy oświatowej. Musieliby stanąć do walki o lepszą podstawę programową, taką, która nie wyniszcza uczniów. Którą da się zrealizować w fatalnych warunkach, jakie są w polskich szkołach. Nauczyciele musieliby otwarcie powiedzieć, że podstawa programowa jest nierealna. Jednak łatwiej przerzucić ciężar na uczniów, niech tyrają w domu, niż sprzeciwić się władzy.

Czytaj także: Uczniowie narzekają, że są przepracowani

Łatwo przewidzieć, co się stanie, gdy uczeń przestanie być koniem pociągowym. Już zmniejszenie prac domowych o połowę, a to przecież minimum, wywoła panikę w gronie pedagogicznym. Aby uniknąć odpowiedzialności dyscyplinarnej, nauczyciele będą musieli otwarcie zgłaszać, iż realizacja podstawy programowej jest zagrożona. Niech dyrektor wymyśli środek zaradczy, np. da dodatkowe godziny. Już teraz co roku podpisuje się oświadczenie, iż nauczyciel wyrabia się z materiałem. Wyrabia się, bo przerzuca robotę na uczniów. W pojedynkę jednak się nie wyrobi. Co zrobi belfer, gdy uczniowie zaczną podważać wyniki egzaminu, twierdząc, iż nie przerobili całego materiału w szkole. Jak mieli dobrze zdać maturę, gdy nauczyciel niektóre treści zrealizował po łebkach, a inne wręcz pominął? Przecież to będzie kryminał. Na taką odpowiedzialność w ogóle nie jestem przygotowany.

Prace domowe jako narzędzie dyscyplinujące

Nauczyciele utracili w ostatnich latach wiele narzędzi dyscyplinujących. Nie mogą bić linijką po łapach, nie mogą stawiać dziecka do kąta ani zostawiać po lekcjach w kozie. Nie mogą ciągnąć za ucho, nawet krzyczeć im nie wolno, bo to przecież rodzaj przemocy. W ogóle mnóstwa rzeczy nie wolno, co przed laty należało do żelaznego repertuaru pedagogiki. Niestety, nie wymyślono niczego w zamian. Nauczyciele mają wrażenie, że zostali z pustymi rękami. Niejeden belfer jest bezradny. Jak ma zaprowadzić porządek w klasie? Jakimi metodami?

Dariusz Chętkowski: Skąd ta skłonność nauczycieli do zadawania prac domowych

Praca domowa stała się odkryciem polskich nauczycieli. To nasza Ameryka. Ostatnia deska ratunku, której chwytają się tonący. Im bardziej bezradny jest nauczyciel w kontaktach z dziećmi, im mniej potrafi nad nimi zapanować, im bardziej rozwydrzone ma dzieci, tym częściej zadaje im pracę domową. Gdy uczniowie przeszkadzają w prowadzeniu lekcji, wystarczy huknąć, że jak się nie uspokoją, będą musieli dokończyć temat w domu. Ma być absolutna cisza, inaczej będzie 15 zadań do domu. Nie podoba się, no to 25. Gdy jakiś uczeń rozrabia, wystarczy poprosić go o pokazanie pracy domowej. Nie zdążył zrobić wszystkich 25 zadań, no to jedynka. Cicho, cicho – wołają uczniowie jeden do drugiego – bo zacznie sprawdzać pracę domową. Chcecie mieć mniej zadane, nie przeszkadzajcie na lekcjach. Każde dziecko to rozumie.

Nie jestem cudotwórcą, nie znam skuteczniejszej metody na rozbrykanych uczniów niż groźba zadania bądź sprawdzenia pracy domowej. Oczywiście, powoli uczę się innych metod, wypracowuję swój styl. Bardzo powoli – metodą prób i błędów – gdyż pomoc ze strony pedagogiki akademickiej jest żadna. Nie ma wymiany doświadczeń. Środowisko akademickie u nas nie gości, nie wspiera. Tymczasem w szkołach ma miejsce proces odbierania. Tego nie wolno nauczycielom, tamtego nie wolno. Nie wolno zadawać prac domowych przed świętami, feriami, nie wolno zadawać aż tyle, w ogóle nie wolno zadawać. OK, odbierzcie nauczycielom wszystkie narzędzia pracy z dzieckiem, odbierzcie te narzędzia, gdyż są anachroniczne. Ale dajcie coś innego, coś skutecznego. Jeśli nie dostanę niczego w zamian, będę się trzymał prac domowych. Nie jestem gotowy na pracę z uczniami bez żadnych narzędzi dyscyplinujących.

Korepetycje

Temat delikatny – korepetycje. Temat jeszcze delikatniejszy – korepetycje z powodu prac domowych. Gdyby nauczyciele przestali zadawać prace domowe, rynek korepetycji skurczyłby się o połowę. Korepetytorzy piszą z uczniami wypracowania. Polonista zadaje, nie tłumaczy, jak zrobić, bo nie ma czasu, więc dziecko szuka pomocy u rodzica, a ten woli zapłacić. Korepetytorzy rozwiązują z uczniami zadania. Matematyk zadaje z lekcji na lekcję po kilkanaście, a czasem po kilkadziesiąt zadań, ale nie objaśnia, bo nie wyrobiłby się z materiałem.

Dziecko wpada w rozpacz, że nie rozumie, że nie da rady, więc prosi rodzica o pomoc. Konia z rzędem temu rodzicowi, który zna się na matematyce! Od tego jest przecież korepetytor. I tak w koło Macieju. Nauczyciele zadają, korepetytorzy, czyli także nauczyciele, się cieszą. Korepetytorzy chcą więcej zarabiać, więc nauczyciele muszą więcej zadawać. Lekcje i korepetycje to naczynia połączone. Gdy prace domowe się skończą, nadejdzie bieda. Czy jesteśmy na to gotowi?

Czytaj także: Nauczyciele za grosz. Portierzy i szatniarze będą lepiej zarabiać

To koniec

Zadawanie prac domowych odchodzi do lamusa. To przeżytek. I tak cud, że tak długo to trwa. Spora w tym zasługa uczniów, którzy się nie zbuntowali. To także wina rodziców. Uczyli posłuszeństwa. Dobre dzieci. Gotowe zatyrać się, byle nie zawieść swoich nauczycieli czy rodziców. Ale taka postawa się kończy. Uczniowie zaczną się buntować. Mocno i widowiskowo. Media na to czekają – pomogą dzieciom. Nadchodzi koniec epoki prac domowych. Wielka rewolucja w polskiej edukacji.

Nie zamierzam się temu sprzeciwiać. Nie będę chodzącym anachronizmem oświaty. Koleżankom i kolegom też radzę się nie opierać. To nic nie da. Jednak nie chcę, aby za tę zmianę wystawiono rachunek jedynie nauczycielom. Szkoła bez zadawania prac do domu nie może być kolejnym problemem belfra. Serce mi wali w piersiach, gdy pomyślę, co się niebawem stanie. Będzie ostre cięcie, które zaboli: koniec prac domowych. Minister wyda decyzję, dyrektor nakaże natychmiast wykonać, kurator będzie dyscyplinować. A ty, biedny nauczycielu, wymyśl, jak się nie potknąć i nie wybić sobie zębów. O ile jeszcze jakieś zęby masz.

Czytaj także: Nauczyciele przestali się mnożyć. 7 tys. wakatów w całym kraju

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Wpływowi znajomi prezydenta Dudy

Tylko nieliczni krakowscy znajomi i koledzy Andrzeja Dudy nie odwrócili się od niego. Została garstka. Ale za to wpływowa.

Anna Dąbrowska
09.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną