Społeczeństwo

Lekarz z pierwszej linii frontu: Idziemy na wojnę z pustymi rękami

Samodzielny Publiczny Szpital Wojewódzki im. Jana Bożego w Lublinie Samodzielny Publiczny Szpital Wojewódzki im. Jana Bożego w Lublinie Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
OIOM jest organizowany w budynku z początku XX w. Respiratory to stare klekoty. Wszystkiego brakuje – opowiada rezydent anestezjologii ze szpitala jednoimiennego w zachodniej Polsce.

PAWEŁ RESZKA: – Jakie są nastroje?
K.: – Takiego wyzwania nasze pokolenie jeszcze nie przechodziło. W dyżurkach aż się gotuje od emocji. Czekamy, aż się zacznie. Ja będę delegowany na trudny odcinek: na odział intensywnej opieki medycznej w szpitalu jednoimiennym.

To znaczy, że kim będą twoi pacjenci?
Ludzie z rozpoznanym zakażeniem koronawirusem, którzy są jednocześnie niewydolni oddechowo. Jako intensywna terapia będziemy zajmowali się takimi przypadkami. Szef podzielił nas na grupy, na pierwszy ogień idą młodzi.

Jesteście przygotowani?
Zależy, o co pytasz. Na zdjęciach i w oficjalnych oświadczeniach wszystko jest pięknie. Wszystko działa, społeczeństwo dowozi jedzenie, prezes częstuje pracowników torcikiem.

Czytaj też: W fatalnym momencie trafiliśmy na władzę, której trudno ufać

A w realu?
OIOM jest organizowany w budynku z początku XX w. Respiratory, stare klekoty wielkości małej lodówki, trochę nowocześniejszych przyszło z innych szpitali, ale to wszystko mało. W szpitalu ma być 20 łóżek OIOM-owych, od biedy są cztery, może pięć. Przypomina to lazaret.

Od biedy?
Tam wszystko jest od biedy. Nie da się przewieźć łóżka między salami, bo budynek stary i drzwi za wąskie. Instalacje tlenowe? Na słowo honoru. Czasu jak na lekarstwo, więc rury z tlenem, powietrzem, próżnią były ciągnięte na wariata. Elektryka? Wiesz, że na OIOM-ie przy każdym stanowisku potrzeba z 10 gniazdek: pompy, respiratory, ssaki, materace przeciwodleżynowe...

I macie 10 gniazdek?
No mamy. Pociągnięte przez złodziejki i przedłużacze.

Ryzykownie.
Raczej tak. Bo jak to pieprznie, to cały OIOM, zamiast ratować pacjentów, będzie biegał i szukał korków. Śmiejesz się? Jak to nie wiem: śmiać się czy płakać. Mamy np. salę operacyjną.

Czytaj też: Skandal z testami. Nie wszystkim lekarzom wolno do nich kierować

To dobrze, nie?
Optymistyczna informacja poszła w świat: „Mamy oddział zakaźny z miejscami OIOM-owymi i salą operacyjną”. Zaraz był telefon z innego rejonu Polski, że mają pacjenta z podejrzeniem koronawirusa, niewydolnością oddechową i ostry brzuch. Chcieli nam go podrzucić. No bo czemu nie, skoro mamy salę?

Przyjęliście?
Nie, bo ta sala jest na razie tylko na papierze. Na razie to puste pomieszczenie, bez sprzętu, bez śluz. Więc na pokaz wszystko wygląda świetnie. A życie sobie. Będziemy dbali o pacjenta i martwili się, czy jest gdzie skorzystać z toalety.

Bo?
Wspominałem, że to stary budynek, kible tam wybijają notorycznie. No, ale trzeba będzie sobie radzić i pracować.

Jak ze środkami ochrony osobistej?
Jeszcze się nie zaczęło, więc są. Ale u sąsiadów już pojawiają się braki. Jeśli będzie uderzenie epidemii, a kanonadę już słychać, to będziemy potrzebowali wszystkiego. Na razie, jak sam widzisz, wszystko na zasadzie pospolitego ruszenia. Społeczeństwo szyje maseczki, zbiera jedzenie dla medyków, nasz kolega kupił większą liczbę gogli dla szpitala, bo akurat trafił, że były. Kupił za własne pieniądze i przywiózł. Ciekawe, kiedy mu zwrócą kasę? Koledzy lekarze z innego regionu Polski śmieją się, że mają od wojska gumowe pałaty i maski pegaz, wiesz, te słonie.

Czytaj też: Państwo prawie stanęło

Śmieją się?
Ja wiem, że w takim sprzęcie to koronawirusa raczej nie dostanę, ale jeszcze muszę zrobić pacjentowi wkłucie centralne, USG, podłączyć do respiratora. No leczyć jakoś. Tak sobie czasem myślę: z czym my na tę wojnę idziemy? Na razie czekamy, aż się zacznie.

I?
Zawsze w takich momentach pojawia się słowo „misja”.

Irytuje cię to?
Owszem. Dam przykład. Koleżanka z dermatologii została oddelegowana na zakaźny do walki z epidemią. Zgodnie z ustawą o zapobieganiu i zwalczaniu zakażeń za taką pracę powinno się dostawać nie mniej niż 150 proc. wynagrodzenia. No, ale jakoś tak wyszło, że poszła za normalne pieniądze: „Bo jest pani oddelegowana na zasadzie umowy, to taki staż...”. Wiem, że to przyziemne sprawy...

Ale?
Przyjmują ustawę, wysyłają cię na pierwszą linię, masz ratować życie i je ryzykować. Robisz, co trzeba, a za plecami odbywają się kombinacje, żeby cię orżnąć na kasę.

Dla społeczeństwa już jesteście bohaterami.
Wiem. Czytam komentarze w sieci, że jesteśmy aniołami i samym dobrem. Ale przecież dobrze pamiętam, że niedawno mówiono o nas „chciwcy”, „darmozjady”. Więc dziś jesteśmy bohaterami, ale ja boję się o to, co będzie dalej.

A co może być dalej?
Boję się, że nie będę mógł wszystkich potrzebujących podłączyć do respiratora, bo respiratorów nie będzie. Boję się, że pacjent umrze. A w końcu boję się, że jego rodzina zechce podać mnie do sądu.

Jak twoja rodzina?
Żona wszystko wie, rozumie. A ja boję się z nią rozmawiać. Bo jak jej powiedzieć, że na dwa miesiące zniknę z domu? Jak ona sobie poradzi z synem i dwiema córkami? A jak nie wrócę? Jak ona sama spłaci kredyt hipoteczny?

Czytaj też: Wyprowadziłem się, bo nie chcę narażać rodziny

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną