Społeczeństwo

Szpitale się odmrażają, balansując na skraju bankructwa

SOR Szpitala Biziela w Bydgoszczy SOR Szpitala Biziela w Bydgoszczy Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
NFZ zaproponował, żeby szpitale należące do sieci mogły się rozliczać według stawek ubiegłorocznych i dostawać 1/12 zeszłorocznego kontraktu miesięcznie. Ale wtedy różnicę muszą nadrobić. To niewykonalne.

Od prawie trzech miesięcy szpitale powiatowe, miejskie, nawet wojewódzkie pracują na pół gwizdka. I nie zarabiają. Narodowy Fundusz Zdrowia chce im pożyczyć pieniądze, płacąc według tego, co zarobiły w zeszłym roku. Ale pożyczone trzeba będzie odpracować, a zarządzający szpitalami twierdzą, że to po prostu niewykonalne. Nawet jeżeli rząd zniesie wszelkie ograniczenia i odwoła epidemię, dalej będzie obowiązywał ostry reżim sanitarny. Bo jeden zakażony pacjent oznacza kilkutygodniowy paraliż placówki. A w reżimie sanitarnym na pacjenta potrzeba wszystkiego dużo więcej: miejsca, personelu, środków ochrony, pieniędzy.

Pacjent ostrodyżurowy

Większość powiatowych i miejskich szpitali wciąż ma bardzo mało planowych pacjentów. – To, co teraz robimy, to wszystko przyjęcia ostrodyżurowe, głównie zawały i udary – mówi wiceprezes Skrzeczyński z radomskiego Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego. I nadal każdy nagły pacjent musi być traktowany jak potencjalny zakażony. A wyceny zabiegów się nie zmieniły, np. wyrostek robaczkowy kosztuje 1800 zł. – Na zabezpieczenie całej ekipy, maski HEPA, fartuchy barierowe, gogle, rękawiczki, wydajemy więcej niż 1800 zł, więc operację robimy za darmo – mówi wicedyrektor miejskiego szpitala.

Jednorazowe zestawy Covid+, składające się z ochrony barierowej, osłony oczu, czepka i maski, to koszt ok. 300 zł. Dla pięcioosobowej ekipy operującej – ok. 1,5 tys. zł. A jeszcze ktoś musi pacjenta przygotować do zabiegu, potem realizować zlecenia: minimum 10 wejść na dobę – razem 3 tys. zł.

Każdy pacjent ostrodyżurowy jest przynajmniej przez dwie doby, do czasu uzyskania wyniku testu na SARS-CoV-2, obsługiwany w środkach wysokiej ochrony – mówi wicedyrektor miejskiego szpitala. – Fundusz powinien zatem do każdego takiego pacjenta dołożyć 6 tys. zł, żeby szpital nie był na minusie. To jest znaczny koszt, ale musimy zachować bezpieczeństwo, a tego się nie da taniej zrobić. Chyba że państwo będzie rozdawać środki ochrony wszystkim szpitalom. Inaczej żaden szpital nie będzie w stanie normalnych, zwłaszcza drobnych zabiegów wykonywać za te same pieniądze co kiedyś.

Nie ma znaczenia: wycięcie brodawki czy skomplikowana, ratująca życie wielogodzinna operacja – ochrona lekarzy i pielęgniarek musi być taka sama. Ten dodatkowy koszt łatwiej przełknąć przy poważnym zabiegu, który fundusz zrefunduje na poziomie 20 czy 30 tys. zł, niż przy drobnej procedurze.

Przed pandemią zużywaliśmy 4 tys. maseczek chirurgicznych miesięcznie, teraz 50 tys. – mówi wicedyrektor miejskiego szpitala. Cena maseczki z 10 gr za sztukę poszybowała na 4 zł. Szpital, który obsługuje 200 pacjentów, wydaje dziś na środki ochrony dla personelu ok. 800 tys. zł miesięcznie. Barierowych środków ochrony, kombinezonów, przyłbic, masek HEPA, na które teraz idzie najwięcej pieniędzy, przed pandemią w ogóle nie kupowali. Wystarczały tzw. zestawy chirurgiczne, rękawiczki, fartuchy i maski chirurgiczne. Dziś wszystko kupują sami. Od prezydenta miasta, wojewody i z Agencji Rezerw Materiałowych dostali niewielkie ilości płynów odkażających.

Licząc tylko na to, co dostajemy z ARM, już dawno byśmy bez masek chodzili – mówi wiceprezes Skrzeczyński. Jego radomski szpital w zeszłym roku od lutego do kwietnia wydał 170 tys. zł na środki ochrony osobistej, a w tym samym okresie tego roku – 620 tys. zł. – I to mimo znaczącej pomocy z Urzędu Marszałkowskiego i darowizn od osób prywatnych i firm.

Czytaj też: Środki ochrony dla służby zdrowia z drukarek 3D, a nie od rządu

Nie da się odejść od stołu operacyjnego

Nawet jeśli na SOR-ach pełno, reszta oddziałów przez ponad dwa miesiące świeciła pustkami. I dalej tłoku nie ma. W radomskim Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym w kwietniu wykonano o 77 proc. mniej świadczeń niż w kwietniu zeszłego roku.

Tak jest we wszystkich szpitalach. Przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych Krystyna Ptok alarmuje: pielęgniarkom obniża się wynagrodzenie o 20, a nawet 50 proc. Dyrektorzy wysyłają pracowników na postojowe, żeby płacić mniej. Oszczędzają nawet szpitale jednoimienne. – Dyrekcja zaproponowała nam wsteczne podpisanie aneksów do umów o pracę, w których rezygnujemy z 50 proc. dodatku tylko w jednym miejscu, który przysługuje pracownikom szpitali jednoimiennych – mówi lekarz z Centralnego Szpitala Klinicznego MSW w Warszawie przy Wołoskiej. – Odmówiliśmy i zawiadomiliśmy Izbę Lekarską.

Tam, gdzie lekarze są na kontrakcie i procencie od wykonanych procedur, zarobili w marcu i kwietniu od 30 do 70 proc. normalnych przychodów. Więc np. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego zaproponowało lekarzom wypłatę zaliczek. W kolejnych miesiącach mieliby je odpracować. Czyli na jesieni nie będę odchodził od stołu operacyjnego – mówi chirurg.

Tym samym tropem poszedł NFZ i już w marcu zaproponował, żeby wszystkie szpitale należące do sieci mogły się rozliczać według stawek ubiegłorocznych i dostawały jedną dwunastą zeszłorocznego kontraktu miesięcznie, mimo że nie wyrabiają nawet połowy, często zaledwie jedną trzecią.

W marcu poprzedniego roku wykonaliśmy procedury za 6,5 mln zł, w tym zaledwie za 3 mln, w kwietniu podobnie – mówi wicedyrektor ds. medycznych szpitala miejskiego (200 łóżek) w mieście wojewódzkim w centralnej Polsce. Możemy wykazać te 3 mln i tyle dostaniemy z NFZ albo wziąć jedną dwunastą, ponad dwa razy więcej, na podstawie tego, co wypracowaliśmy w zeszłym roku. Ale wtedy różnicę w tzw. wykonaniach musimy nadrobić do końca roku.

Czy to jest możliwe? – Można odrobić jeden miesiąc – mówi wicedyrektor. – Już są ponad dwa, a jeżeli to potrwa dłużej, absolutnie nie damy rady. Więc wiele tych szpitali, które zdecydowały się na jedną dwunastą, po prostu padnie. Samorządy nie będą w stanie zagwarantować im finansowania.

Pacjent planowy, testowany

Planowy pacjent, który zaczyna się pojawiać w szpitalach, będzie trochę tańszy od tego z SOR, ale dojdą dodatkowe koszty. – Trzeba przygotować izolatki i sale dla pacjentów niepewnych, o podwyższonym ryzyku, w niektórych szpitalach oznacza to przebudowę jakiegoś oddziału, w innych, tak jak u nas, ze względów architektonicznych będzie to możliwe tylko w niewielkim stopniu, więc już wiemy, że tych planowych pacjentów będzie naprawdę niewielu – wyjaśnia wicedyrektor miejskiego szpitala. – Próbujemy kupić maski pełnotwarzowe z układami oddechowymi do operacji laryngologicznych i do intubacji. Nasi operatorzy będą wyglądali jak kosmici, ale tylko to daje pewność, że przebywając kilka godzin w jednym pomieszczeniu z pacjentem dodatnim, nie zakażą się.

Gwarancją bezpieczeństwa dla szpitali jest testowanie planowych pacjentów. To także sposób na zmniejszenie kosztu obsługi. Mając pewność, że pacjent nie ma Covid-19, można nie stosować podczas operacji barierowych środków ochrony. Więc szpitale robią takich testów coraz więcej. W Warszawie szpital Bielański, Niekłańska, Żwirki i Wigury, szpital Orłowskiego robią testy wszystkim planowym pacjentom. Nie ma jednak żadnej pewności, że nie będą musiały same za to zapłacić. Początkowo była ogólnikowa obietnica ministerstwa, że testy będą przez NFZ refundowane. Kosztowały, w zależności od laboratorium, od 400 do 500 zł.

Potem NFZ ogłosił: refundacja testów dla pacjentów będzie na podstawie prawidłowego kodowania, zgodnie z obowiązującymi algorytmami postępowania opublikowanymi przez Ministerstwo Zdrowia, oraz dla pracowników, którzy byli narażeni na kontakt z osobą covid+ bez zabezpieczenia. A minister Szumowski w osobnym piśmie zachęcał szpitale do testowania personelu, ale tylko jeśli miał kontakt z pacjentem zakażonym. Potem NFZ ogłosił, że refundacja testu to 280 zł. Więc każdy pacjent, któremu w szpitalu zrobiono test, oznacza stratę od 120 do 220 zł. Jednocześnie Fundusz poinformował, że żeby tę refundację w ogóle dostać, szpital musi wystąpić do ministra o wpisanie na listę podmiotów zajmujących się Covid-19 i przedstawić umowę z laboratorium. Pytanie tylko, kto, kiedy i w jakim trybie wystawi szpitalom fakturę?

Pacjenci bezobjawowi, bez kontaktu z zakażonym, nie łapią się w algorytm Ministerstwa Zdrowia i nie mają wskazań do testu, więc za nich refundacja nie przysługuje. Podobnie jak za badania tych, którzy trafili na SOR i zlecono im test, bo mieli gorączkę i kaszel, ale nie zostali przyjęci na oddział, byli na SOR dobę lub dwie, a potem zostali wypisani do domu albo przeniesieni do innej jednostki. – Nie wiemy, czy ich testy będą refundowane, a za takiego pacjenta dostajemy rutynowo 150 zł, w cięższych przypadkach 250 zł – mówi szef SOR miejskiego szpitala. – A w stosunku do tej pojedynczej, niedoszacowanej zresztą usługi test jest bardzo drogi. Dziś po prostu robimy wymazy i nie zapłaciliśmy jeszcze za to ani złotówki, ale nie wiemy, czy laboratorium wystawi fakturę nam, czy ministerstwu.

W Mazowieckim Szpitalu Specjalistycznym wiedzą już, że mogą liczyć tylko na siebie. – Gwarancją bezpieczeństwa są testy i dlatego robimy je pracownikom – mówi wiceprezes Skrzeczyński. – Nawet jak NFZ odmówi refundacji, to na Mazowszu jesteśmy uprzywilejowani. Marszałek województwa podpisał umowę z Alabem na badanie personelu szpitalnego, a Warsaw Genomics oferuje pracownikom ochrony zdrowia darmowe badania.

Ale już w innych województwach dyrektorzy szpitali nie mają pewności, że testując pracowników, którzy nie mają objawów i nie mieli kontaktu bez zabezpieczenia z chorym dodatnim, nie dostaną wstecznych faktur. – Obawiam się, czy ktoś za parę miesięcy nie dojdzie do wniosku, że szpitale nadużywały testowania – mówi dyrektor szpitala powiatowego z południowej Polski.

Czas rozliczeń

W miejskim szpitalu w mieście wojewódzkim w centralnej Polsce obowiązują trzy poziomy ochrony opracowane przez szpitalny zespół ds. zakażeń. Na każdy poziom przewidziano inne środki ochrony. Dokumentują też pobranie przez pracowników maseczek, gogli, rękawiczek. – Mam świadomość, że przyjdzie dzień, kiedy rada nadzorcza zapyta, dlaczego zużywaliśmy tak dużo środków ochrony – mówi wicedyrektor. – Wiem, że będę się z tego tłumaczył. Wtedy wyciągniemy te wszystkie nasze tabelki.

Mazowiecki Szpital Specjalistyczny w Radomiu zdecydował się brać jedną dwunastą zeszłorocznego kontraktu. Na razie nikt ich nie rozlicza. – Powstał system rejestracji testów i NFZ będzie miał wgląd w to, kto jest badany i dlaczego – mówi wiceprezes Skrzeczyński. – Obawiamy się, że może to służyć właśnie kwestiom rozliczeniowym.

W warunkach epidemii wszystkie procedury powinny być przeliczone z uwzględnieniem dodatkowych kosztów środków ochrony osobistej, środków barierowych i testów zarówno dla pacjentów, jak i personelu. Rewizji musi też podlegać liczba wykonywanych zabiegów i świadczeń. Szpitale, robiąc miejsca izolacyjne dla pacjentów o nieznanym statusie epidemicznym, których trzeba izolować zarówno od ujemnych, jak i od dodatnich, ograniczyły miejsca na oddziałach, co oznacza, że będą mogły zoperować i leczyć mniej pacjentów. Wyrobienie tych samych kontraktów, które miały do tej pory, może się okazać po prostu niemożliwe.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Homofobusy jeżdżą po polskich miastach. Szokują i wykluczają

Homofobusy rozpowszechniają nieprawdziwe informacje na temat osób LGBT. To akcja Fundacji Pro-Prawo do Życia, która wbrew nazwie odmawia osobom nieheteroseksualnym prawa do wolnego od dyskryminacji życia w Polsce.

Agata Szczerbiak
17.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną