Społeczeństwo

Wszyscy mamy przechlapane

Pierwszy tydzień szkoły. Wszyscy mamy przechlapane

Nauczyciele prowadzą lekcje w rożnych salach, a uczniowie siedzą non stop w jednej. Zarządzenie dyrekcji. Nauczyciele prowadzą lekcje w rożnych salach, a uczniowie siedzą non stop w jednej. Zarządzenie dyrekcji. Roman Bosiacki / Agencja Gazeta
Klasy maturalne na dzień dobry dowiedziały się, że nie będą miały studniówki. Nawet w stanie wojennym nie odwołano studniówek, a teraz tak? Korczak się w grobie przewraca.

Nauczyciele prowadzą lekcje w rożnych salach, a uczniowie siedzą non stop w jednej. Zarządzenie dyrekcji. Chodzi o to, żeby młodzież się nie mieszała. Kiedy w końcu trafiłem do swojej sali, zamarłem z przerażenia. Całe biurko zalane środkiem do odkażania. Ścierka do wycierania mokra, aż z niej kapie. Gdyby wyżąć, uzbierałoby się pół szklanki bimbru (taki ma zapach).

Gdy tak myślałem: „wyżąć czy nie wyżąć”, wpadł kolega odpowiedzialny za komputery. „Tylko nie spryskuj klawiatury! A, widzę, że już wszystko zalałeś. No to więcej tego nie rób. Klawiaturę, myszkę i monitor wycieraj wilgotną szmatką, ale nie spryskuj”. Klasa patrzy i się śmieje. „Kto tu był przede mną? – pytam. Który nauczyciel to zrobił? Dobra, nie chcecie mówić, sam ustalę”.

Następnego dnia miałem nową klawiaturę i nową myszkę. Monitorowi na szczęście nic się nie stało. Przeżył zalanie alkoholem. „Pilnujcie – mówię – żeby nikt nie spryskiwał komputera. Dyżurny jest za to odpowiedzialny”. Dzisiaj wszystkie lekcje mam nie w swojej sali. Ciekawe, co zastanę jutro. Wchodzę do sali kolegi i nie mogę znaleźć komputera. Czyżby nie było? Uczniowie są z pierwszej klasy, więc nie mają pojęcia. Zaglądam do biurka i widzę, że komputer jest, brakuje tylko monitora. No tak, mój wytrzymał, a ten padł. Informatyk lata po salach i przypomina, aby nie zalewać sprzętu. Mnie szkoda też biurka, ale na to już nikt nie patrzy. Gdyby alkohol nie odparowywał, już byśmy pływali w szkole krytą żabką. Tyle się tego leje.

Czytaj też: Rodzice buntują się przeciw zaleceniom. To niewychowawcze

Studniówka

Klasy maturalne na dzień dobry dowiedziały się, że nie będą miały studniówki. Nawet w stanie wojennym nie odwołano studniówek, a teraz ich nie będzie? „Ale dlaczego?” – pytają uczniowie. Sam też zapytałem i dowiedziałem się, że dyrekcja ma dość odpowiedzialności. Jak się coś stanie, a na pewno się stanie, niech nikt nie będzie naiwny, konsekwencje poniesie dyrektor. Szef ma tego dość. Dlatego nakazał komitetowi studniówkowemu, aby się rozwiązał. A co z zaliczką? Przecież nikt uczniom nie odda tych pieniędzy.

Ktoś przypomniał, że dyrektor nie ma prawa rozwiązywać komitetu, ponieważ studniówkę organizują rodzice, a nie szkoła. Dyrektorowi nic do tego. Na studniówce jest gościem. Maturzyści są dorosłymi ludźmi, więc jak zechcą mieć studniówkę, to zrobią ją nawet wbrew woli dyrektora. „Ale my się nie dogadamy” – przytomnie zauważyła uczennica. „Bez pomocy nauczycieli nic z tego nie będzie”. Uczniowie pokiwali głowami. To prawda. W niczym nie potrafimy się dogadać. Nawet wycieczkę trzeba im było narzucić, inaczej nigdzie by nie pojechali. „A czy pan profesor – to do mnie – pomoże nam zorganizować studniówkę?”.

Czytaj też: Nauczyciele, nie bijcie piany! To i tak już nic nie zmieni

Kto usprawiedliwi uczniom nieobecności?

„Szkoła dopiero się zaczęła, a ty już nie masz usprawiedliwienia? Kartkę od rodzica przynosi się w pierwszym dniu po powrocie do szkoły”. Uczennica wyjaśnia, że nie przyszła na lekcje, ponieważ takie było zarządzenie dyrektora. Z infekcją górnych dróg oddechowych nie przychodzić. Normalnie by przyszła, ale skoro nie wolno, to nie. Jednak uważa, że takiej nieobecności nie powinni usprawiedliwiać rodzice, tylko dyrektor. Żeby się nie liczyło do frekwencji. Wychowawca powinien zaznaczyć w dzienniku, że to była nieobecność z przyczyn leżących po stronie szkoły. „Przecież byłaś chora” – mówię. „Ale tylko trochę”.

Sprawa jest poważna. Uczennica obawia się, iż przekroczy 50 proc. nieobecności i będzie musiała zdawać egzaminy klasyfikacyjne. Dlatego chce, aby drobne niedyspozycje nie były usprawiedliwiane przez rodziców (liczą się do frekwencji), lecz przez szkołę (nie liczą się). Jeśli wychowawca tego nie rozumie, dziewczyna zarzeka się, że następnym razem przyjdzie z katarem do szkoły. „Przecież nie będę zdawała egzaminu klasyfikacyjnego przez to, że mi każą zostać w domu. A czy to moja wina, że nie mogę być na lekcjach?”.

Czytaj też: Pierwsi nauczyciele już na kwarantannie

A w innych szkołach mają zdalne nauczanie

Bez przerwy ktoś mi mówi, że w różnych szkołach uczniowie uczą się w trybie mieszanym. Nie gdzieś w Polsce, tylko tu, w Łodzi. Co ja na to? Nic, przecież to niemożliwe. Nie wiecie, że minister zabrania? Jednak uczniowie nie przestają o tym mówić. W końcu zagaduję dyrekcję, może coś wie. Słyszę, że u nas też by wprowadziła tryb mieszany. Tak jak zrobili to dyrektorzy szkół, które nie podlegają pod Wydział Edukacji. Szkoły prywatne, społeczne, szkoły prowadzone przez uczelnie – tam dyrektor może wprowadzać rozwiązania najlepsze dla uczniów i pracowników. A u nas musimy słuchać ministra. Co z tego wyniknie, nikogo nie obchodzi. To znaczy obchodzi ciebie i mnie, ale możemy sobie tylko o tym pogadać. Będzie tak, jak wymyślił Piontkowski.

„Panie profesorze, a moja siostra ma zdalne nauczanie w poniedziałek i piątek. Dlaczego my tak nie mamy?”. „Panie profesorze, a moja siostra chodzi do szkoły tylko we wtorki i czwartki, a w pozostałe dni ma lekcje zdalne”. „Panie profesorze, dlaczego pan dyrektor nas naraża?”. „Czy nasze ubezpieczenie obejmuje zakażenie się koronawirusem?”. „Na jakie odszkodowanie mogę liczyć, gdy będę chory przez szkołę?”. „Czy już jest koniec lekcji, że tak sobie gadamy? Mogę wyjść do toalety, skoro jest przerwa?”. „A wie pan, że nie we wszystkich szkołach obowiązują maseczki?”. „A w szkole mojej siostry maseczki trzeba mieć założone także na lekcji”. „Wie pan, że profesor X w ogóle nie zakłada maseczki?”. „Słyszał pan, co pani profesor woźna opowiada o epidemii?”. „Woźna nie jest profesorem, głupku”. „No i co z tego, dla mnie jest panią profesor woźną i tak będę o niej mówił. Zabronisz mi?”. „Panie profesorze, czy my jesteśmy na przerwie, czy na lekcji, bo ja nie wiem, czy mogę wyjść”.

Czytaj też: Andrzej Duda wypuszcza krakena na nauczycieli i dyrektorów

Gdzie jest wolna toaleta?

Też muszę do toalety. Najpierw znajduję nauczyciela, który zgodzi się czuwać nad swoją i moją klasą jednocześnie (podczas przerw też opiekujemy się uczniami). Wchodzę do pokoju nauczycielskiego po klucz, ale mi mówią, że toaleta otwarta. Wszystkie pomieszczenia w szkole są otwarte, abyśmy nie musieli dotykać kluczy. Wspaniale. Okazuje się jednak, że toaletę dla nauczycieli zajęły uczennice. Spora kolejka nastolatek przed wejściem. Czuję się niezręcznie, przecież nie powiem, aby się stąd zabrały, bo ja muszę. Czy ich potrzeba jest mniejsza niż moja? Dobra, niech korzystają.

Chodzę po szkole i szukam wolnej ubikacji. No nie ma. Wszystko przez to, że wyjście do toalety jest jedynym uzasadnionym powodem, aby zostać wypuszczonym z sali lekcyjnej. Więc wszystkim się teraz chce. Chodzą i okupują. Ludzie, mnie się naprawdę chce. Ja nie po to wyszedłem z sali, aby odreagować stres, ale by się wysikać. Niestety wszystkie miejsca zajęte. Niedługo trzeba się będzie zapisywać do kibla. Łapię „panią profesor woźną” i mówię, że trzeba odzyskać toaletę dla nauczycieli. Obiecuje, że to załatwi. Za godzinę będę mógł skorzystać. Przytrzyma dla mnie, tylko mam przyjść na początku przerwy.

Czytaj też: A gdy w szkole dzieje się coś niepokojącego?

Przepraszam, chyba zwymiotuję

Słyszę, że nauczyciele w różnych szkołach straszą uczniów. Mówią dzieciom, że jak zapomną maseczki, to wylecą ze szkoły. Jak nie zdezynfekują rąk, to też wylecą. A jak przyjdą z gorączką do szkoły, to zostaną skreśleni z listy uczniów. Mam nadzieję, że uczniowie przesadzają. Może nauczyciele tylko trochę starszą? Może sobie żartują, choć to nie są zbyt ładne żarty. Przecież konsekwencje nie mogą być aż tak poważne, a dzieci są wrażliwe.

Znajomy rodzic informuje, iż córka wymiotowała przed wyjściem do szkoły. Nastolatka boi się, że zapomni o jakimś ważnym zarządzeniu. Wyjdzie z sali na korytarz bez maseczki na twarzy, podejdzie do nauczyciela bez maseczki, nie zdezynfekuje rąk przed wejściem do szkoły, poda nauczycielowi prośbę o zwolnienie z lekcji i swój długopis, bo taki był kiedyś zwyczaj, a teraz nie wolno dawać nikomu swojego długopisu. I mogą ją za to skreślić z listy uczniów?

Odsyłam każdego przerażonego do statutu szkoły oraz do strony internetowej, gdzie są zamieszczane najnowsze zarządzenia dyrekcji. Tam jest wszystko. Koniec i kropka. Nic nie ma o wyrzucaniu ze szkoły czy skreślaniu z listy uczniów z ww. powodów. Mam nadzieję, że to nieporozumienie i nikt nikogo nie straszy. Jeśli jednak dochodzi do takich rzeczy, to źle. Korczak się w grobie przewraca. Dzieci trzeba wspierać, a nie dołować. Może jednak córka wymiotuje z innych powodów?

Chciałbym powiedzieć uczniom, że wszelkie straszenie należy puszczać mimo uszu. Chciałbym też powiedzieć wszystkim przerażonym, żeby się bronili. Jak was straszą, to też postraszcie. Powiedzcie, że powiecie o tym komuś ważnemu. Wychowawcy, dyrektorowi, tacie, mamie. Ja nikogo nie straszę, ale jak by mnie ktoś postraszył, to tak go pociągnę za konsekwencje, że się nie pozbiera. Nie chciałbym być w skórze tego, kto miałby śmiałość mnie czymś straszyć. Normalnie mogiła.

Czytaj też: Jak przygotować szkoły, gdy MEN nie pomaga?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną