Społeczeństwo

Świąt można nie lubić. I można je spędzić samotnie

Ostrów Tumski, iluminacje świąteczne w 2020 r. Ostrów Tumski, iluminacje świąteczne w 2020 r. Krzysztof Zatycki / Forum
Święta nie są obowiązkiem i można ich po prostu nie lubić. Jeśli uważamy, że to właśnie jest nam potrzebne, spędźmy je u siebie, po swojemu. Nawet w pojedynkę.

Człowiek potrzebuje świąt. Są okresem wyjętym z codzienności, przeznaczonym na inne sprawy. Takie, na które w codziennej bieganinie nie wystarcza godzin w dobie i energii w organizmie, a jeśli ktoś żyje w pojedynkę, nie są mu zbyt często w ciągu roku dane. Na radość, beztroskę, spotkania z rodziną i przyjaciółmi, pobycie bez zobowiązań i konieczności. Na spokój.

Jak wynika z przeprowadzonych rok temu badań „Emocje Polaków podczas świąt”, 40 proc. uważało Boże Narodzenie za wyjątkowe z powodu dobrej atmosfery przy stole, 30 proc. cieszyło się na czas spędzony z bliskimi, 33 proc. na prezenty – zarówno te otrzymywane, jak i dawane innym. 56 proc. ankietowanych przez CBOS Boże Narodzenie uznało za święto rodzinne (tylko 23 proc. – za religijne).

Czytaj też: Nigdy nie było takich świąt. Jakie będą w Europie?

Święta jak reklama Apartu

Ale święta mają i drugie oblicze. 43 proc. Polaków w ubiegłym roku stwierdziło, że przygotowaniom towarzyszy zdenerwowanie wynikające z faktu, że zbyt dużo mają na głowie, 30 proc. odczuwało stres, czy ze wszystkim zdąży, a 27 proc. z powodu szaleństwa w sklepach. Spotkania z rodziną nie wypadły w tej ocenie lepiej: 24 proc. ankietowanych przyznało, że męczą ich niewygodne pytania bliskich, a 20 proc. – rozmowy o polityce przy wigilijnym stole.

Ten rok wiązał się jednak z wyjątkowo przykrymi doświadczeniami. Pandemia nie tylko zasiała w nas strach o zdrowie nasze, ważnych dla nas ludzi i o byt, ale przede wszystkim pokazała, że rzeczywistość, w której funkcjonowaliśmy do tej pory, jest boleśnie nieprzewidywalna. – Musieliśmy szybko adaptować się do nieprzewidywalnych wydarzeń, jesteśmy tym bardzo zmęczeni – mówi Joanna Gutral z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS.

Wiele straciliśmy. Zwyczajne kontakty z ludźmi, miejsca, do których mogliśmy wyjść z domu, podróże, które nam się marzyły. Przyszło nam zatęsknić za spotkaniami wigilijnymi w pracy, powłóczeniem się po oświetlonych lampkami ulicach, chwilami wytchnień od szukania prezentów przy gorącej herbacie w knajpce. Liczymy pieniądze i mimo światełka w postaci już prawie dostępnej szczepionki boimy się, że w wielu sprawach musimy liczyć na rozsądek swój i ludzi wokół nas. Z powodu obostrzeń zostaliśmy zmuszeni do dokonywania wyborów, z jakimi do tej pory nie trzeba było się mierzyć: spędzić Wigilię z sędziwymi już rodzicami czy lepiej ich nie narażać? Ale czy nie poczują się odrzuceni, osamotnieni? Jednym więc tylko trudniej zanurzyć się w bożonarodzeniowej atmosferze, inni mają poczucie, że świętowanie jest w zasadzie nie na miejscu – jak bardzo piękna i długa reklama Apartu.

Czytaj też: Jak nas męczą święta Bożego Narodzenia

Wigilia bez koronawirusa

Są i tacy, którym święta nie od dziś kojarzą się źle z różnych powodów. Wspomnianych już pytań i dysput światopoglądowych. Przymusu sprzątania, gotowania, gości przyjmowania, przesadnego wyglądania. Oglądania coraz bardziej pijanych współbiesiadników i konieczności tłumaczenia się widywanym raz na rok wujkom i ciociom ze swojego życia. Wyczerpującego przebywania w rodzinnym domu, który jest domem złym. Odtrącania przez rodzinę swoich partnerów, którzy nie są wystarczająco odpowiedni albo nieodpowiednia jest ich płeć. Ulegania tradycji, która w zastałej, a często wynaturzonej formie nie jest dla nich ani trochę atrakcyjna, a niekiedy jest wręcz poważnie psychicznie raniąca.

Czytaj też: Jakich kompetencji brakuje Polakom?

Przed nieprzyjemnymi doświadczeniami nie zawsze można się obronić – mówi Joanna Gutral. – Ale żeby nie narażać się na nie przy stole z osobami, z którymi mimo więzów krwi niezupełnie jest nam po drodze, mamy jeszcze czas, by ustalić pewne zasady. Nie rozmawiajmy o polityce. Nie roztrząsajmy wszystkich za i przeciw szczepionkom. Nie zastanawiajmy się, czy koronawirus istnieje, czy nie. Przy wigilijnym stole i tak różnych kwestii rozstrzygnąć się nie da. Poza tym im bardziej próbujemy się wzajemnie przekonywać do swoich racji, tym większe prawdopodobieństwo, że każdy się okopie na stanowisku i nie będzie już walczył o swój pogląd, tylko o pozycję. A jeśli takiej umowy ktoś nie będzie potrafił dotrzymać, nie dajmy się wciągać w kłótnie o to, co w jakiej kolejności powinno stanąć na stole, w ocenianie kogokolwiek i czegokolwiek.

Czytaj też: Obalamy fake newsy nt. szczepionki na koronawirusa

Ludzie, kolorowe szkiełka

Ewentualnych zarzutów nie odpierajmy. Nie mamy za dużego wpływu na to, co myślą o nas inni, dobrze więc, żeby ich opinie nie miały wpływu na nas. Nasze życie jest tylko nasze.

Często powtarzam pacjentom, że nie jesteśmy jak szyby – mówi psycholożka. – To jedna tafla szkła, więc jeśli jakiś kamień w nią uderzy, to ją stłucze. Pomyślmy o sobie jak o witrażu – uszkodzenie jednego fragmentu nie oznacza zniszczenia całości. I owszem, dla patrzącego z boku jedne jego szkiełka są pięknie wyczyszczone, inne nieco zakurzone, bo na określonym etapie życia nie są dla nas tak bardzo istotne – dbamy np. o karierę zawodową, a nie planujemy małżeństwa czy urodzenia dzieci. Ale to nie znaczy, że w pewnym momencie nie wejdziemy na drabinę i nie wypolerujemy tych zaniedbanych szkiełek albo nie wstawimy całkiem nowych. Tyle że podejmiemy taką decyzję świadomie, nie pod naciskiem. Warto dostrzec, że inni ludzie też są zazwyczaj złożeni z kawałków kolorowego szkła. Mają swoje lęki i słabości i czasami marudzeniem lub atakowaniem kogoś rekompensują sobie własne braki. Mogą też błędnie zakładać, że ich oczekiwania są tym, czego my właśnie potrzebujemy. A nikt nie wie o nas więcej niż my sami. Łatwiej nam będzie z nimi przebywać, jeśli będziemy sobie i im współczuć. Nie jak komuś, kto jest gorszy, słabszy czy żałosny, tylko inny. Otwierając się na ich przeżycia.

Czytaj też: Jak kwarantanna odbije się na naszym zdrowiu?

Nie zakazić, nie zmęczyć się

Zadbajmy także w święta o chwilę na spacer, telefony do przyjaciół, długą kąpiel. Poprośmy, aby nikt nam w tym nie przeszkadzał. Spędzanie Bożego Narodzenia z innymi nie musi oznaczać nieustannej obecności w ich towarzystwie.

Jeśli wciąż się wahamy, czy jednak nie zostać w domu, bo koleżanka z pracy zachorowała na covid albo czujemy, że nie mamy siły na wizyty, a do tej pory baliśmy się reakcji bliskich, jeszcze możemy z nimi o tym porozmawiać. – W pierwszym przypadku powiedzmy, że martwimy się o ich zdrowie i bezpieczeństwo. Że nie chcemy ich narażać na ryzyko, a świadomość, że ich zakaziliśmy, byłaby dla nas niszcząca – radzi Joanna Gutral. – W drugim wyjaśnijmy, że jesteśmy wyczerpani i potrzebujemy tego świątecznego czasu, żeby podreperować siły, wyciszyć się, okiełznać stresy. Może być im przykro, może to wywołać konflikt, ale bliscy mogą też po prostu to zrozumieć. Albo nawet odetchnąć z ulgą, jeśli mieli podobny dylemat i nie odważyli się o tym powiedzieć.

Czytaj też: Jak sobie radzić w zalewie durnoty

Świąt nie trzeba lubić

Rok 2020 jest niezwykle skomplikowany. Zszargał nam nerwy, przeraził, zasmucił. Ale sprowokował też do zastanowienia się nad tym, co jest dla nas ważne, do przewartościowań, przekierowania uwagi. Izolacja niektórym poważnie zaszkodziła. Ale innym pozwoliła na lepsze poznanie siebie i zauważenie, że troska o swój dobrostan jest nie tylko istotna, ale wręcz niezbędna, by prawidłowo funkcjonować. Że święta nie są obowiązkiem i można ich po prostu nie lubić. A także – jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – że życie jest zbyt krótkie, żeby je sobie utrudniać tylko dlatego, że nie umiemy czasami rozróżnić egoizmu i asertywności.

Jeśli święta z bliskimi – w realu, w sieci czy telefonicznie – mogą nam dać komfort, radość i energię, decydujmy się na nie. Ale jeśli uważamy, że to właśnie jest nam potrzebne, spędźmy je u siebie, po swojemu. Nawet w pojedynkę. W końcu relacja z sobą samym jest jedyną, którą człowiek ma przez całe życie.

Czytaj też: Dobre strony samotności

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Ostatni niemiecki jeniec

W czasie drugiej wojny w obozach jenieckich w USA znalazły się setki tysięcy niemieckich żołnierzy. Wielu z nich podjęło próby ucieczki. Ostatni ze zbiegów, urodzony w Świdnicy Georg Gaertner, ujawnił się po 40 latach.

Andrzej Fedorowicz
12.01.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną