Społeczeństwo

Jak zostałem zdalnym bezrobotnym

Skrzynka podawcza Powiatowego Urzędu Pracy w Rzeszowie Skrzynka podawcza Powiatowego Urzędu Pracy w Rzeszowie Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta
Bezrobocie rośnie, a bezrobotni odbijają się od drzwi urzędów pracy. Zarejestrować się można zdalnie, ubiegać o dotacje także, ale na własnej skórze przekonałem się, że to droga przez mękę.

Jestem jednym z ponad 1 mln 100 tys. oficjalnych bezrobotnych. Zarejestrowałem się dwa razy i system dwa razy umówił mnie na wizyty w pośredniaku – tyle że raz się pomylił. Jako dziennikarz z 27-letnim stażem musiałem wybierać, czy umiem pisać lustrzanym odbiciem, czy też metodą bezwzrokową dziesięciopalcową. Gdy składałem wniosek o dotację na założenie firmy, wypełniałem załącznik, który ma siedem stron, 27 punktów, 23 podpunkty i 14 przypisów (i kolejnych pięć stron instrukcji). W urzędzie pracy nie byłem i nie będę, żywego urzędnika nie widziałem i nie zobaczę. Nie to, że nie chciałem. W pandemii pośredniaki robią wszystko, żeby bezrobotni byli zdalni.

Fotoreportaż: Koronabezrobotni

Bezrobotnych przybywa

My, polscy bezrobotni, osiągnęliśmy już stopę 6,6 proc. Wciąż nas przybywa: od grudnia o 44,2 tys. osób. Eksperci prognozują, że pod koniec roku możemy dobić do 7 proc, czyli ponad 1,2 mln osób. Tyle że to tylko oficjalne statystyki – opierają się na tych, którzy się zarejestrowali. Nie uwzględniają szarej strefy bezrobocia: pracujących na czarno, zwolnionych, ale nie z etatów, tylko śmieciówek, samozatrudnionych, którym pandemia obcięła skrzydła.

Internet huczy, że faktyczne bezrobocie jest dużo większym problemem, niż pokazują oficjalne liczby. „Straciłem pracę z powodu redukcji etatów związanym z covid jakieś pół roku temu. W Warszawie, gdzie pracy jest zawsze najwięcej, na jedno miejsce CV potrafi wysłać kilkaset osób!” – pisze „Nick Nolte” na forum Money.pl. Waldek: „Mój syn po maturze szuka w Warszawie już jakiejkolwiek pracy. Nawet w Biedronce nie ma przyjęć”.

Problem widać też w realu. W porównaniu do 2019 r. liczba ofert pracy (zgłoszonych do pośredniaków, a to tylko jedna trzecia rynku) w zeszłym roku spadła w całym kraju. Np. w Małopolsce o 13,9 proc. – Pandemia zahamowała rekrutację w niektórych firmach. Zwykle pod koniec pierwszego kwartału ofert przybywało. W 2020 r. było przeciwnie – informuje Jarosław Litwa z Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Krakowie. W styczniu 2021 r. do małopolskich pośredniaków wpłynęło 6179 ofert, rok wcześniej 7150. W Wielkopolsce ofert było 30 proc. mniej, podobnie w powiecie malborskim (woj. pomorskie).

Czytaj także: Widmo bezrobocia. Czy koronawirus wywróci rynek pracy?

Zdalne ślepe uliczki

Jednocześnie obsługa bezrobotnych kuleje. Odkąd do Polski napłynęła pierwsza fala koronawirusa, pośredniaki są zamknięte – najpierw całkowicie, teraz częściowo. W 2020 r. obsłużyły na miejscu o 200 tys. bezrobotnych mniej niż w 2019 r. Urzędnicy mówią półgębkiem, że każdy wniosek można dziś wysłać pocztą, a „w ostateczności” umówić się na osobistą wizytę, ale robią, co mogą, żebyśmy wszystko załatwiali przez internet. W dobie pandemii to racjonalne. Kłopot w tym, że system elektronicznej obsługi operuje urzędniczą nowomową, wpuszcza bezrobotnych w ślepe uliczki, a czasem po prostu wyrzuca.

Gdy zostałem bezrobotnym, na stronie Praca.gov.pl ponad godzinę odpowiadałem na pytania, w checkboxach stawiałem krzyżyki, załączałem dokumenty. „Twoje konto zostało pomyślnie zarejestrowane” – poinformował system. Wygenerował datę i godzinę spotkania w pośredniaku (16 lutego, godz. 8:00, pok. nr 9) oraz urzędowo ostrzegł, że „w przypadku niestawienia się” moje dane zostaną usunięte. Po trzech dniach dostałem jednak mailem informację, że system nie powinien mnie umawiać, bo nie podpisałem wniosku podpisem kwalifikowanym albo profilem zaufanym. Usiłowałem dowiedzieć się telefonicznie, dlaczego przepuścił wniosek bez podpisu. Usłyszałem tylko, że mam ponownie przejść procedurę, bo innej możliwości nie ma. Inną możliwość zdalnej rejestracji podało mi później Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, gdy zapytałem o to jako dziennikarz, a nie bezrobotny. Najpierw trzeba wszystko wypełnić w internecie i załączyć dokumenty. „Następnie pracownik urzędu pracy telefonicznie kontaktuje się z taką osobą i w ten sposób dokonuje rejestracji osoby bez konieczności jej wizyty w urzędzie pracy” – odpisało biuro komunikacji resortu.

Założyłem jednak profil zaufany (też zdalnie). Odpowiedziałem na pytania, postawiłem krzyżyki, dodałem załączniki. I wtedy system mnie wyrzucił. Udało mi się za trzecim razem. Z urzędnikiem mam się spotkać 16 marca o 10:00, ale telefonicznie. I także nie mogę tego przegapić, bo usuną mnie z rejestru.

Czytaj także: I co z tego, że szef dzwoni. Europa debatuje o prawie do bycia offline

Rozmawiałem o tym z innymi bezrobotnymi. 46-letnia Agnieszka spod Gorzowa Wlkp. z zawodu jest opiekunką medyczną i nie boi się komputerów, ale gdy system dwa razy wyrzucił ją na finiszu procedury, miała dość. – Pojechałam do urzędu. Nie wpuścili mnie, „bo jest pandemia”. Wypełniałam wniosek na ławce, na śniegu i mrozie. Inni pisali na szybach zamkniętych drzwi urzędu. Dokumenty wrzuciliśmy do skrzynki podawczej, żywego urzędnika nawet nie widzieliśmy.

33-letnia Klaudia z Wrocławia postawiła krzyżyk w złym miejscu. Po dwóch tygodniach poinformowano ją, że wniosek musi wypełnić od nowa. – To nie do wiary, że nie można było go poprawić i że straciłam przez to pół miesiąca. Musiałam też dostarczyć nowe świadectwo pracy, bo pracodawca wpisał artykuł bez adnotacji, że chodzi o kodeks pracy, jakby mogło chodzić o inny.

– Kiedy wreszcie znalazłam właściwe linki z formularzami, nadziałam się na urzędowy język, który musiałam przekładać z „polskiego na nasze” – opowiada 20-letnia Alicja, dziś studiująca za granicą. Klaudia: – Umiem czytać ze zrozumieniem, siedem lat pracowałam w bankowości, referowałam pisma bankowe, ale język skierowany do bezrobotnych to wszystko przebija.

System lubi sobie pożartować

System lubi z bezrobotnymi pożartować. Gdy wpisałem, że jestem dziennikarzem, na „liście umiejętności” zaproponował: maszynopisanie, pisanie na maszynie, maszynopisanie metodą bezwzrokową dziesięciopalcową, pisanie CV oraz pisanie lustrzanym odbiciem. Pytał, czy podlegam „obowiązkowi ubezpieczenia społecznego albo zaopatrzenia emerytalnego” lub „obowiązkowi ubezpieczenia zdrowotnego”. Wprawdzie „odpowiedź nie ma wpływu na ustalenie statusu na rynku pracy”, ale nieprawidłowa kieruje w ślepy zaułek. System nie podpowiada też np., że zamiast skanów można załączać zdjęcia dokumentów, a bezrobotni pytają na forach, skąd mają wziąć skanery.

Zawiłości rejestracji mogłyby i powinny objaśniać pośredniaki. Niektóre stanęły na wysokości zadania. W Powiatowym Urzędzie Pracy w Malborku przed pandemią formalności w internecie załatwiało 10 proc. bezrobotnych. 90 proc. przychodziło do urzędu, wielu bało się komputerów jak diabeł święconej wody. Dziś proporcje są odwrotne.

– Przeszliśmy z naszymi bezrobotnymi cyfrową transformację – mówi dyrektor Joanna Reszka. – W publikacjach, audycjach i filmikach tłumaczyliśmy, jak załatwiać formalności elektronicznie krok po kroku. „Elektronicznie” nie znaczy, że tylko z domu. Wydzieliliśmy w urzędzie stanowisko komputerowe dla bezrobotnego. Jest spięte z drugim, przy którym pracownik pomaga mu w czasie rzeczywistym. Znajdują się w sąsiadujących pomieszczeniach, ale oddziela ich tylko szyba, więc komunikacja jest łatwiejsza, a jak trzeba, to pracownik podchodzi do bezrobotnego i prowadzi go za rękę. To oswoiło lęk wielu bezrobotnych przed komputerem.

Czytaj także: Mordory opustoszeją? Epidemia odejdzie, praca zdalna już zostanie

Pomoc „de minimis”: 7 stron, 27 punktów, 23 podpunkty i 14 przypisów

Urzędnicy z Malborka prowadzą za rękę także tych, którzy chcą skorzystać z dotacji. – Na Facebooku szukamy zainteresowanych, a potem organizujemy z nimi spotkania online. Pracownik omawia każdy punkt wniosku, odpowiada na każde pytanie – mówi dyr. Reszka. Jeśli ktoś „mimo wszystko” sobie nie radzi, może się umówić na wizytę w urzędzie. Osobistą, nie telefoniczną.

Odmienne doświadczenia ma Klaudia z Wrocławia. Ubiega się o dotację na otwarcie firmy w branży beauty. – Cały dzień telefonowałam na 15 numerów urzędu pracy. W końcu wysłałam mail. Oddzwoniła obrażona pani, która nie odpowiedziała na żadne pytanie, tylko podała link. Pod nim też nie znalazłam odpowiedzi. Wypełniłam wniosek bez konsultacji, nie mam pojęcia, czy dobrze – mówi.

Mnie zaskoczył nie tyle wniosek (opis przedsięwzięcia, źródła finansowania, kalkulacja opłacalności – to skądinąd oczywiste), co załącznik – identyczny dla zwykłego Kowalskiego i dla spółki skarbu państwa czy akcyjnej. „Formularz informacji przedstawianych przy ubieganiu się o pomoc de minimis”, bo tak się nazywa, ma 7 stron, 27 punktów, 23 podpunkty i 14 przypisów. Kolejnych 5 stron liczy instrukcja do jednego z punktów. Jak ominąć mielizny, dowiedziałem się, telefonując do urzędu („Dzięki, panie Kubo!”), ale czy nie lepiej, gdyby bezrobotny mógł oświadczyć: „nie korzystam i nie korzystałem z innego wsparcia Unii Europejskiej”, bo do tego ów dokument się sprowadza?

Czytaj także: Bezrobocie w Polsce... spadło. Ale tylko na papierze

15 marca dostanę pierwszy cały zasiłek (1440 zł). Liczę, że ostatni, bo wolałbym 32 365 zł na założenie jednoosobowej agencji dziennikarskiej. Pośredniak ma 30 dni na rozpatrzenie mojego wniosku. Czy ten tekst mi w tym pomoże, czy zaszkodzi, nie mam pojęcia, ale życie na zasiłku to nie moja bajka.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Chorwacja – co zobaczyć w drodze nad morze?

Wakacje w Chorwacji kojarzymy przede wszystkim z plażowaniem, kuchnią i zabytkami. Słusznie, ale w głębi kraju czekają na nas prawdziwe skarby natury, które po prostu trzeba zobaczyć!

Prezentacja
21.04.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną