Społeczeństwo

Pamiętniki pandemii. „Wnuki rosną, zdrowie się sypie, życie ucieka”

Największą frustrację w związku z pandemią odczuwają kobiety. Dlaczego? Największą frustrację w związku z pandemią odczuwają kobiety. Dlaczego? Sylwia Bartyzel / Polityka
Żyjemy w społeczeństwie niepewności – mówi socjolog prof. Arkadiusz Karwacki, podsumowując badania nad zapiskami Polaków z czasu pandemii. O czym piszą, jak się czują? Wyniki są przygnębiające.
Prof. Arkadiusz KarwackiMarcin Kruk/mat. pr. Prof. Arkadiusz Karwacki

MARTYNA BUNDA: Pandemia przyniosła dziesiątki nowych problemów?
ARKADIUSZ KARWACKI: Nie tyle je wywołała, ile uwypukliła te, które istniały. Zadziałała niemal jak dziecięcy zespół pocovidowy, znany jako PIMS – uaktywniła wszystkie słabe punkty w społecznym organizmie. Ujawniła je w soczewce, stały się więc jeszcze dotkliwsze. Może już zbyt dotkliwe, byśmy byli w stanie je unieść.

W pamiętnikach, które przeanalizowaliśmy, wybija się kwestia relacji Polaków z państwem. Obywatelstwa, intuicyjnie rozumianego jako prawa i obowiązki, z nieodłącznym pytaniem: „Do czego mam prawo?”. Jak wskazuje jeden z autorów: Przywykłem już do tego, że sprawiedliwość społeczna w Polsce (zwana też solidarnością, skądinąd dodanie do słowa sprawiedliwość przymiotnika sprawia, że traci swoje znaczenie) polega na tym, że im więcej się pracuje, tym więcej różnorodnych danin trzeba zapłacić. Natomiast w razie problemów odwrotnie – im więcej się pracowało, tym mniej się dostanie”.

W warunkach pandemii jeszcze wyraźniej widać, że państwo zawodzi jako odpowiedź na potrzeby np. klasy średniej, a jednocześnie w tym dziwnym czasie bardziej niż kiedykolwiek ingeruje w życie i nakłada ograniczenia. Także w świetle nakładanych ograniczeń pojawia się frustracja, której podstawą jest konfrontacja tego, czego się w narracji ode mnie oczekuje, i tego, na co mogę liczyć.

Tu także warto oddać głos jednemu z naszych autorów: „Pandemię postrzegam jako gwóźdź do trumny instytucji, organizacji, sojuszy, stylów rządzenia, systemów politycznych i ekonomicznych. Jeszcze wciąż głośne w Europie hasła demokracji, wolności i równości okazują się wyzute z treści. Po tym, co zobaczyliśmy, niech nikt z tzw. góry nie waży się nawoływać nas do bycia odpowiedzialnymi obywatelami. Pokażcie mi jednego, który ma prawo to zrobić!”. I nieważne dla naszych pamiętnikarzy, że wiele regulacji wprowadzanych było na rzecz publicznego bezpieczeństwa. Chybotliwa polska klasa średnia wydaje się bardziej sfrustrowana i zmęczona niż w innych krajach. Pandemia jeszcze pogłębiła tę frustrację. Zwłaszcza wśród kobiet.

Kobiety znów najbardziej obciążone

Kobiety pandemia dotknęła bardziej?
To na nie spadła większość obowiązków w postaci nieodpłatnej pracy domowej, przejęły większość zadań edukacyjnych. W narracji kobiet nie istnieje zresztą „edukacja dziecka”, tylko „nasza edukacja”, „ja i Librus”, „ja i teamsy”, „my mamy dzieci i obowiązki”. Jak wskazuje jedna z naszych autorek: „Zamknięcie szkół i zdalna nauka na początku przysporzyły kłopotów. To był koszmarny chaos. Zarzucano nas wiadomościami, zadaniami, terminami bez ładu i składu. Nasz stary laptop nie wytrzymywał presji. Myślałam, że oszaleję, zwłaszcza że musiałam podzielić swój czas i energię między naukę syna i moją pracę. Moje dziecko ma lekcje online, kiedy jestem w firmie. (...) Po powrocie z pracy siadam z synem do nauki. Wprowadzam nowe tematy, tłumaczę, wymyślam atrakcyjne sposoby na przyswojenie wiedzy”.

Ogromne obciążenie nierzadko kończy się refleksją, że „nawet nie zauważam, kiedy padam wykończona do łóżka”, ale czasem też konstatacją, że „może dobrze, że jest tyle tych zadań, bo przy tej presji i napięciu covidowym dzień szybciej mija”. Jedna z autorek pamiętnika tak relacjonuje swoją codzienność: „Dni zlewają się w jeden i właściwie ratują mnie codzienne obowiązki domowe, zdalna nauka i codzienne spotkania online w ramach BTvM. Wyznaczają rytm, nadają sens… To taka musztra dla psychiki i koło ratunkowe, by w tym całym szaleństwie nie zwariować”. Inna z kolei dodaje: „Przeraża mnie wizja, że cały dzień będzie kręcił się znowu wokół lekcji i biegania w stresie, więc naciągam kołdrę na głowę i nie ma mnie. Na dodatek weekend też nie był czasem odpoczynku, gdyż jest tyle tego wszystkiego, że dorosłemu ciężko to ogarnąć...”.

Relacje kobiet koncentrowały się na godzeniu życia zawodowego i rodzinnego. Kobiety także – jako typowe przedstawicielki pokolenia 40-latków – chętniej komentowały sytuację polityczną, sensowność decyzji władz.

Kobiety mają wyraziste poglądy polityczne?
Mają szczególnie wysoki poziom frustracji wynikający z tego, że zostają same z problemami, i dokonują ocen klasy politycznej.

Średnie pokolenie gorzej znosi pandemię niż inne?
Myślę, że każde pokolenie ponosi jakieś koszty, ma swoje obciążenia. Laureatka pierwszej nagrody w naszym konkursie, ponad 75-letnia pani zajmująca się dodatkowo opieką nad starszym mężem, pisze o umęczeniu: fizyczną pracą, ciągłym myśleniem o tym, czy wystarczy pieniędzy: „Wstałam o trzeciej, jak zwykle ogarnęłam kuchnię, nakarmiłam koty, opróżniłam kaczki. (…) Ogólnie dołek; i bez wirusa moja sytuacja była kiepska. Jestem już bardzo zmęczona i modlę się o wytrwanie. Opieka nad mężem strasznie męczy – samo przygotowanie śniadania, pastylek, łyżeczek, szklaneczek, termosu, dzbanka z wodą, pokrojenie chlebka na wagoniki, posiekanie wędliny i pamiętanie o dodatkowej łyżeczce, o nożyku z ząbkami, którego domaga się, nie zdając sobie sprawy, że ledwo łażę, zupełnie jak dziecko”.

W większości pamiętników pisanych przez osoby z tej grupy pojawia się wątek odłączenia od bliskich i młodszych pokoleń. Opisywane jest to jako cierpienie, choć można też posłużyć się słowem kluczem „umęczenie” – istniejące od dawna umęczenie życiem wzmacnia izolacja od dzieci, wnucząt zwłaszcza. Na zwykłą tęsknotę nakłada się poczucie uciekającego czasu, którego już nie da się nadrobić. Z perspektywy najstarszego pokolenia czas covidowy to zabrane miesiące, których nikt im nie zwróci. Zegar już odlicza czas do końca. Wnuki rosną, zdrowie się sypie, życie ucieka.

40-latkowie. Oni wirusa boją się najbardziej

Starsi boją się koronawirusa bardziej niż młodsi?
Mniej. To może wynikać z pewnej specyficznej odporności pokoleniowej: zdolności adaptacji, dźwigania tego, co nam przyszło dźwigać. Odporności związanej może z doświadczeniami wojennymi, życia w trudnych czasach przed transformacją. A może po prostu z dużym doświadczeniem, które uczy spokoju, wyrabia stoickie podejście. Wirusa najbardziej boją się 40-latkowie. To w ich relacjach jest najwięcej lęku.

Czego się boją?
Widać lęk przed zarażeniem się, ale też utratą pracy, dochodów, przytłoczeniem obowiązkami i odpowiedzialnością. Lęk o zdrowie to raz, a lęk o to, jak ewentualne zachorowanie wpłynie na wydolność życiową, to dwa.

Bardzo dużo jest też czegoś, co ze współpracownikami nazywamy poczuciem niezrealizowanej obietnicy: „Życie to nie miało być aż tak trudne doświadczenie”; „Nikt nie ostrzegał, że będzie aż tak…”. Widać brak zasobów, poczucia bezpieczeństwa; to są opowieści o życiu w ciągłym ryzyku bycia „zmytym z tego pokładu”, gdzie istotna staje się odczuwana niska jakość naszego życia w pracy. Jak pisze jedna z autorek: „Prawda jest jednak taka, że wiele osób wśród moich znajomych, w tym ja, nie ma wymarzonej pracy. Praca nas nie definiuje, nie podnieca, staje się tylko środkiem do celu (...). Niedługo przed wybuchem pandemii przeczytałam książkę D. Graebera »Praca bez sensu«. Przejrzałam się w niej jak w lustrze, choć przeczucie wykonywania pracy bez sensu towarzyszyło mi już od dłuższego czasu”.

Wyraźne jest patrzenie na innych z perspektywy nierówności. Początkowo pandemia wydawała się 40-, 50-latkom czymś egalitarnym, ale szybko doszli do przekonania, że nie jest po równo. Jedni ryzykują mniej, inni więcej, jedni są bardziej obciążeni, inni mniej. Bilans wypada na ich niekorzyść. Dużo jest zdziwienia zachowaniem innych – np. wykupujących towary w sklepach, ale często z puentą, że skoro wszyscy tak postępują, to i my, nawet jeśli jesteśmy sobą zażenowani.

Jak to pokolenie radzi sobie z lękiem?
To, co w naszych badaniach ukazało się ze zdwojoną siłą, to indywidualizacja zauważalna na wielu poziomach, również w kontekście radzenia sobie ze stresem. To, co wcześniej nazywaliśmy indywidualizacją sukcesów, pokazuje się jako indywidualizacja strategii przetrwania. „Ja muszę iść pobiegać”, „muszę pobyć sam”, „zrobić kolejny rekord na rowerze”. Energia idzie w usprawnianie ciała, snu, liczenie kalorii, bo taka strategia daje poczucie kontroli w rzeczywistości, w której właśnie tego najbardziej brakuje. Pozwala złapać jakiś pozorny balans, ale prawdę mówiąc, jest próbą znajdowania mikrorozwiązań makroproblemów.

W pozostałych sferach pozostajemy tak samo niepewni jak wcześniej: „Ile ja w ogóle jestem wart lub warta? Jako pracownik, mąż, partnerka, ojciec, syn, córka, kolega?”. I tak dalej, listę wątpliwości długo można rozwijać. U mężczyzn szczególnie widać rozterki dotyczące zdolności zarobkowania na miarę potrzeb rodziny, które paradoksalnie utrwalają się przez nierówności doświadczane przez kobiety na rynku pracy. Wyjście z genderowego skryptu w podziale ról, zaangażowanie w codzienne życie rodziny nie uwalnia od presji. Błędne koło. Znów przywołam to zdanie: pandemia wyostrzyła problemy, z którymi to pokolenie zmaga się przez całe życie.

A najmocniejsze doświadczenie, wyrażane wprost w pamiętnikach, dotyczy tego, jak bardzo jesteśmy samotni i jak bardzo sobie nie ufamy. Jesteśmy społeczeństwem sprinterów emocjonalnych, ale gdy chodzi o doświadczenie przedłużonej w czasie empatii, zrozumienia, wczucia się, próby schowania do kieszeni swojego ego – nie umiemy tego zrobić. Jak pisze jedna z autorek: Ludzie stają się mniej życzliwi. Są opryskliwi. Niechętni. Był moment, że w przerażeniu swoim byli sympatyczni dla siebie. A teraz jest mnóstwo hejtu. Niechęci. Kurde. To typowe”. Inna dodaje: Wirus bardziej szkodzi ludziom, bo wywołuje w nich lęk i agresję. Jeśli potrwa to dłużej, to zjemy siebie nawzajem”. Nie ma w nas wrażliwości, utrwalonej wyrozumiałości. Niewielkie są też umiejętności budowania relacji.

Związki. Dwa światy w dwóch pokojach

Ci samotni żyją przecież czasem w związkach. Co się działo z tymi związkami w czasie pandemii?
Zebraliśmy dość bogaty materiał: związki sformalizowane i nieformalne, hetero- i homoseksualne. Uchwyciliśmy wiele doświadczeń, które są zróżnicowane. Co mnie uderzyło i co jest bardzo powszechnym doświadczeniem, to mechaniczne podejście do życia razem. Pamiętniki par z dziećmi to opowieści o godzeniu spraw, które nie dają się pogodzić – o napinaniu się, trudzie i emocjach. Dużo w tym wylanego potu, ale energia idzie w organizowanie się. W przypadku par bezdzietnych wręcz uderzająca jest kliniczna, laboratoryjna surowość. „Tu są nasze biurka, przy których świadczymy pracę, potem może kieliszek wina i serial”, zawsze odtąd–dotąd. Dwa światy w dwóch pokojach, często nawet niesprzęgnięte czasowo.

Również w opisach życia seksualnego pobrzmiewa ta sterylność. Obraz wyczekujących panów i umęczonych pań, które w naszym odczuciu bardziej spełniają oczekiwania, niż czerpią radość z tej sfery życia. A przede wszystkim – obraz konfliktów z tym związanych. „Już zauważyłam, że on się wykąpał, wypachnił, leży i czeka na mnie w łóżku, a ja marzę tylko o tym, żeby zasnąć po tym dniu”. „On chce się kochać w dzień, w pokoju, gdzie na ścianach są zdjęcia jego rodziców, i dziwi się, że mi to przeszkadza”.

To smutne, że nawet opisy sfery seksualnej ogniskują się wokół umęczenia, udręczenia. Można było się spodziewać, że czas pandemii przyniesie wysyp młodych obywateli jak po stanie wojennym. Już wiadomo, że nic z tego.
Nie mogło być inaczej, bo stan wojenny, przy całej swojej ponurej aurze, wydarzył się w innym modelu rzeczywistości, który my nazywamy społeczeństwem ryzyka. Ryzyko istniało, miało swoją wagę – ale było w miarę dobrze rozpoznane. Wiedzieliśmy, co nam grozi. Mogli nas zamknąć, pałować, internować, zabronić tego czy tamtego, ale strategię adaptacyjną można było sobie wyobrazić.

Od pewnego czasu żyjemy już w społeczeństwie niepewności: pośród ogromu niebezpieczeństw, które są niejasne, ciągle się zmieniają i mogą dotknąć nas bez ostrzeżenia – utrata pracy i źródła zarobku, wypadnięcie z zawodowego obiegu (bo wszyscy wokół się doszkalają, bo to, bo tamto), bankructwo, utrata dachu nad głową (bo kurs franka szwajcarskiego i związane z tym wahnięcie raty kredytu, i w ogóle kredyty). Do tego zdrowie naszych rodziców, zdrowie psychiczne naszych dzieci i nasza własna kondycja psychiczna. A w tle jeszcze kwestie związane z tym, czy sprawdzamy się w rolach rodziców, czy dajemy dzieciom wystarczający support emocjonalny i finansowy. Ogrom niepewności, w którym teraz rozlały się jeszcze lęki związane z wirusem i fakt, że wszystkie prognozy możemy włożyć między bajki – kto wie, czy nie pojawi się nowa mutacja?

Nie sposób żyć w tym alercie przez 24 godziny na dobę przez miesiące, lata.

Młodzi tęsknią za dotykiem i obecnością

To też nie zaczęło się wraz z pandemią. I dotyczy również młodszych osób.
W pamiętnikach pisanych przez najmłodszą grupę Polaków wyraźny jest wątek braku bliskości fizycznej. Nie chodzi tylko o sferę intymną, ale o dotyk w ogóle. Młoda dziewczyna pisze, jak w czasie zakazu kontaktowania się przychodziła do niej przyjaciółka: M. u mnie była. Po raz pierwszy przytuliłam drugiego człowieka, małego i przytulnego, nie mamę. Grałyśmy w gry na podłodze w moim pokoju, a kiedy wyszła, wieczorem popłakałam się ze wzruszenia na myśl o tym, że jestem jej rodziną, że zobaczenie się ze mną jest dla niej ważniejsze niż wszystkie zakazy. (…) Brak kontaktów fizycznych napełnia mnie trwogą w tym pandemicznym okresie. (…) Majówkę spędziłam z M. Przyszła do mnie na noc, piłyśmy wino, tańczyłyśmy, robiłyśmy krzyżówki. Robiłyśmy jogę i przejechałyśmy się rowerami do parku”. Autorka bardzo poruszająco opisywała, że „ktoś przenikał przez te jej zamknięte drzwi i leżał obok – żywy, prawdziwy”.

W tym pokoleniu od dawna jest trochę jak w filmie „Seksmisja” – funkcjonowanie w takiej, a nie innej rzeczywistości plus wyraźnie wyczuwana chęć przebicia nożem balona i wyjścia do świata, niezależnie, jak będzie poza balonem. Ich świat jest usieciowiony. Kiedy na uniwersytecie przedstawiałem studentom z tego pokolenia badania o tym, ile czasu statystycznie spędzają w smartfonach, pytali: „No i…?”. Mówili: „Ale to jest nasz świat, tak funkcjonujemy, tak się komunikujemy”. A jednak pamiętniki pokazały ten ogromny głód dotyku. Dotyku, który nawet nie ma konotacji seksualnych, za to jest podstawową niezaspokojoną potrzebą. Przeciągające się niezaspokojenie tak podstawowej potrzeby rodzi smutek, depresję, zaburzenia emocjonalne.

Polska jedzie na lekach

A jeszcze młodsi Polacy? Jak się mają?
Ich sytuację znamy głównie z opisów zdalnej edukacji przesłanych przez ich rodziców. Widzą, że dzieci bardzo źle znoszą to zamknięcie, i martwią się. Pisze jedna z autorek: „Mam troje dzieci. Starszaki: lat 22 (syn) i 18 (córka) oraz 6-/7-latek, który chodzi do zerówki. I to dla niego izolacja jest najgorsza. (...) Koledzy są potrzebni – można z nimi pożartować na odpowiednim poziomie i porządnie się poprzepychać. Dla mnie jego izolacja jest trudna – zabiła już resztki mojego »wolnego« czasu”. Swoją drogą, troska o dobrostan psychiczny dzieci, konsekwencje uziemienia przed komputerem i odcięcia od kontaktów w realu to jeden z głównych wątków, które opisałbym słowem „udręczenie”.

Przynajmniej nie powtórzyło się to zaniedbanie emocjonalne, którego ofiarą padli 40-latkowie.
Pytanie, ile jeszcze oni są w stanie unieść? Bo przy najlepszych chęciach złamany psychicznie, pogrążony w depresji dorosły nie da żadnego oparcia swojemu dziecku, bo to są naczynia połączone. A lektura pamiętników z pandemii pokazała na razie jedynie to, że oni widzą, że jest źle z dziećmi, że się tym przejmują, ale jest to jedynie kolejne doświadczenie obciążające, bo jednocześnie nie rozumieją nic ze świata swoich dzieci. A napięcie między rodzicami a dziećmi jest w pamiętnikach bardzo wyraźne. Rodzice nie mają narzędzi wsparcia młodych pokoleń, ale nie mają też za sobą instytucji. Ile już powiedzieliśmy o braku publicznej psychiatrii dziecięcej i kosztach prywatnej, która jeśli w ogóle jest dostępna, to idzie w tysiące złotych…?

Pokolenie 60-, 70-latków próbowało działać, z dużym poświęceniem stworzyć lepszy świat, ale było i jest bardzo odporne na komunikaty, że czegoś komuś nie dało. Przecież dali wszystko, co mieli, a na pewno więcej, niż sami dostali – odpowiadają. „Nie nauczyliśmy was obsługi emocji, ale nas też nikt tego nie nauczył” – mówią. Osadzeni w genderowych rolach, wypełniali je przez całe życie z poczuciem, że dali z siebie wszystko. To oni przecież wzięli na siebie absorpcję transformacyjnego wstrząsu. 40-latkowie biorą odpowiedzialność za emocje dzieci jako kolejny bagaż na plecy. Nawet jeśli jest świadomość i refleksyjność wobec własnych dzieci, to nie ma czasu i energii, by coś z tym zrobić. Poziom tej energii jest już krytycznie niski.

Gdybyśmy zobrazowali społeczeństwo jako układ elektroniczny, wiedzielibyśmy, że tam już od dawna wyją lampki alarmowe. Jak pisze jedna z autorek: Poczucie bezsensu, bezwład, otępienie. Dojmujący smutek. Choroba duszy, bardziej niszcząca niż choroba ciała. Czy w ogóle chce mi się jeszcze żyć? Może pora się wypisać. A jeśli nie, muszę koniecznie znaleźć jakieś sensowne powody, aby nadal chodzić po tym świecie”. To jej ocena własnej kondycji. Polska jedzie na lekach, zresztą częściej niż na terapiach psychologicznych, niestety. Ogromne obciążenia i to umęczenie, które wciąż powraca w różnych kontekstach, objawiają się w zaburzeniach depresyjnych, niemocy, w potężnych kryzysach relacyjnych. Lęk bierze się z oporu wobec rzeczywistości. Pamiętnik stał się narzędziem terapeutycznym.

Z braku innych, lepszych. Ale też stał się kolejnym zadaniem do wykonania.
Bierzemy te zadania, bierzemy też klasyczne antystresy: alkohol, leki, ucieczkę w świat mediów czy rower, bieganie, wszystko traktowane jako wyzwania. Jeżeli w 2017 r. depresja była najczęstszą chorobą na świecie, to nie ma podstaw, by twierdzić, że po pandemii spadnie z tronu. Powinniśmy się na to przygotować poprzez potężne inwestycje w ochronę zdrowia i wsparcie w chorobach psychicznych. W pamiętnikach ta potrzeba i wyzwanie są jaskrawo widoczne.

***

Arkadiusz Karwacki – socjolog, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, kierownik Katedry Badania Jakości Życia i Socjologii Stosowanej w Instytucie Socjologii UMK. Specjalizuje się w badaniu problemów społecznych, jakości życia i polityki społecznej. Członek Komitetu Socjologii Polskiej Akademii Nauk, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Polityki Społecznej oraz przewodniczący Rady Centrum Badania Opinii Społecznej. Członek Stowarzyszenia Profesjonalnych Mówców.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Zygmunt Freud i jego rewizja natury człowieka

Gdy Albert Einstein wytyczał nową drogę myśleniu o przestrzeni, czasie i grawitacji, wiedeński lekarz Zygmunt Freud rewidował wiedzę o istocie człowieczej natury.

Joanna Cieśla
08.09.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną