Społeczeństwo

Przypadek Zbigniewa Komosy. PiS obudził w nim kontestatora

Protest Zbigniewa Komosy przeciw p.o. dyrektora wrocławskiego oddziału IPN Tomaszowi Greniuchowi Protest Zbigniewa Komosy przeciw p.o. dyrektora wrocławskiego oddziału IPN Tomaszowi Greniuchowi Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Historia zatrzymanego za jednoosobową manifestację Zbigniewa Komosy dowodzi, że w Polsce, owszem, można mieć antyrządowe poglądy. Nie można ich tylko wyrażać publicznie.

Zaczęło się od tego, że 44-letni Zbigniew Komosa, przedsiębiorca ze stolicy, usiadł samotnie na schodach kolumny Zygmunta w Warszawie. Była niedziela, dzień po hucznym ogłoszeniu przez władzę jej flagowego programu. Miał ze sobą transparent z napisem: „Nowy Polski Ład = Trybunał Stanu”. Jeżeli ktoś chce zaprowadzić nowy porządek, powinien najpierw rozliczyć się z tego, który wprowadził wcześniej – pomyślał.

Plan był taki, by posiedzieć ze dwie godziny i wrócić do domu, ale reakcyjny transparent wzbudził wątpliwości policji. Komosa odmówił podania nazwiska i udania się do radiowozu, więc funkcjonariusze zareagowali siłowo. Czworo z nich wzięło go za ręce i nogi i zaniosło do furgonetki. Tam skuli go kajdankami. Trafił na komendę.

Kolejne godziny spędził w celi przejściowej w kajdankach, jak groźny przestępca, do czasu, aż funkcjonariuszom udało się ustalić jego dane. „Do widzenia” – usłyszał na drogę. Komisariat przy ul. Zakroczymskiej opuścił z zarzutami: wprowadzenia w błąd organu państwowego (bo nie podał nazwiska) oraz nieprzestrzegania zakazów, nakazów lub ograniczeń (bo z manifestującym obok w innej sprawie przedsiębiorcą mieli stworzyć zgromadzenie).

Już następnego ranka zatrzymanie Zbigniewa Komosy, znanego dotąd jedynie w wąskim gremium opozycji ulicznej, stało się sprawą ogólnopolską. Wyszło paradoksalnie: policjanci mieli nie dopuścić, by niepożądane poglądy poszły w eter. W efekcie na jaw wyszło to, o czym Komosa przekonał się znacznie wcześniej – że polska policja nęka obywateli za poglądy.

Autorskie akcje zawsze w pojedynkę

Na opozycji mówią o nim: samotny wojownik. Samowystarczalny, niezależny, zadaniowy. Tymi słowami określają go weterani ulicznych manifestacji.

Weteran pierwszy: – Taki już ma styl. Z ludźmi też umie działać, bo widać go na każdym proteście. Ale autorskie akcje zawsze robi w pojedynkę.

Weteran drugi: – Sam wyznacza sobie cele i sam je realizuje. Nie woła o wsparcie. Jak jest coś do zrobienia, po prostu to robi.

Weteran trzeci: – Z nikim się nie wiąże. Zasadniczo nie potrzebuje też pomocy. Tylko raz o nią poprosił, gdy przez miesiąc stał przed Pałacem Prezydenckim z transparentem „Precz z faszyzmem” i chciał, żeby go zmienić na dwa dni.

Komosa: – Na pewne rzeczy trzeba się decydować samemu. Ze względu na dynamikę wydarzeń, presję czasu, odpowiedzialność, jaką ze sobą niosą te działania.

Nie lubi wywierać presji. Wie, że niektórym trudno zaakceptować jego styl. Ale o tym później.

PiS obudził w nim kontestatora

Wojownicza natura Komosy długo pozostawała w uśpieniu. Na świat przyszedł w podwarszawskim Piasecznie za późnego Gierka. Rodzice byli robotnikami. Młodego Zbyszka wychowywali na obywatela.

Sam siebie uważa za patriotę, ale nie pokazuje tego nachalnie. Przynajmniej nie w słowach. W ogóle mówi niewiele, zdania formułuje rzeczowe i spokojne. Typ techniczny, w Pruszkowie skończył technikum mechaniczne. Potem były studia informatyczno-ekonomiczne. Zaoczne, bo suwerenna natura Zbigniewa domagała się wzięcia życia we własne ręce i pójścia do pracy. Dorabiał jako elektromonter układów scalonych, magazynier, przedstawiciel handlowy.

Do Warszawy przeniósł się po ślubie, na początku wieku. Z żoną mają firmę (sektor budowalny) i dwójkę synów. O rodzinie więcej nie powie, prywatność zachowuje dla siebie. Wolne chwile spędza domatorsko, na czytniu książek o historii i sztuce.

To PiS obudził w nim kontestatora. Był grudzień 2016 r. Dokładnie noc 16 grudnia, dla jednych znana jako kryzys sejmowy, dla innych pucz. Zbigniew Komosa obserwował te wydarzenia w telewizji i oczom nie wierzył. Przeniesienie głosowania do Sali Kolumnowej, bez mediów, posłowie PiS liczący głosy, podpisywanie obecności po zakończeniu obrad. Komosa różne rzeczy widział, ale żeby ktoś zamachnął się na demokrację parlamentarną w Polsce, to pierwszy raz.

Skoro władza co miesiąc przypomina o zamachu, którego nie było, to dlaczego nie upamiętnić zamachu, który się wydarzył? – rozumował. Dlatego już następnego miesiąca złożył pod Sejmem wieniec ze stosownym napisem: „Miesięcznica pierwszego jawnego pisowskiego zamachu na demokrację parlamentarną. Pamiętamy. Oddani sprawie polskiej i konstytucji”. Robi to co miesiąc, zawsze 16. dnia, już od ponad czterech lat. W maju zostawił 53. wieniec.

Mandat za zaśmiecanie

Pilnujący parlamentu policjanci długo nie wiedzieli, jak reagować na celebracyjne praktyki Komosy. Dlatego z początku działali według utartych schematów. Kazali zabrać wieniec (nie zabierał), legitymować się (nie legitymował się), niekiedy szarpali. Z czasem wdrożyli bardziej wyszukane metody. Angażowali psy i strażników marszałkowskich do przeszukiwania wieńców pod kątem niebezpiecznych materiałów. Sami natomiast korzystali ze środków przymusu bezpośredniego. Brali za ręce i nogi i tak taszczyli do radiowozu. Pewnego dnia nakrył ich na tym wychodzący z gmachu Sejmu poseł Bartosz Arłukowicz. „Panowie, co robicie?” – zapytał. A oni się tłumaczyli, ale Komosa nie pamięta jak – pewnie przez bezwład, w którym się znajdował.

Policjanci tracili cierpliwość. Odmowa podania danych coraz częściej kończyła się w policyjnej furgonetce. To nie tak, że chciał zwrócić na siebie uwagę, po prostu funkcjonariusze, jego zdaniem, nie dawali mu podstaw prawnych do legitymowania się. Nie chciał, by interwencje za jednosobowe demonstrowanie poglądów na stałe weszły do arsenału praktyk służb strzegących prawa.

Wreszcie po półtora roku któryś z mundurowych uznał, że wieniec zakłócił estetykę terenu Sejmu, i wystawił mandat za zaśmiecanie. Przedsiębiorca odmówił przyjęcia, więc sprawa trafiła do sądu. Postępowanie zostało umorzone, sąd zważył, że praktyki organów strzegących porządku prawnego wobec obywatela Komosy noszą znamiona nękania przy pomocy prawa.

„Złożenie wieńca stanowi jeden z najmniej inwazyjnych i najbardziej pokojowych sposobów wyrażania swoich poglądów i przekonań w publicznej przestrzeni” – uzasadnił sędzia Łukasz Biliński z wydziału karnego Sądu Rejonowego na warszawskim Śródmieściu, ten sam, którego niespełna trzy miesiące później próbowano unieszkodliwić przeniesieniem do wydziału rodzinnego za uporczywe powoływanie się na konstytucję.

Wieńce gorszego sortu

Ale funkcjonariusze pilnujący Sejmu raczej nie zapoznali się z tym uzasadnieniem, bo dalej utrudniali Komosie składanie wieńców. „To nie miejsce na takie rzeczy. Wieńce to się pod pomnikiem składa” – przekonywali.

Komosa postanowił to sprawdzić. Okazja przydarzyła się 10 kwietnia 2018 r., gdy na pl. Piłsudskiego w Warszawie odsłonięto pomnik smoleński. To prawdopodobnie najlepiej strzeżony monument w Polsce. Policja i wojsko przez całą dobę pilnują, by nikt nie zaburzył powagi miejsca.

Do ich zadań należy też selekcjonowanie wieńców. Te pożądane pochodzą od władzy pielgrzymującej tam 10. dnia każdego miesiąca. Wśród nich zawsze znajdzie się wieniec gorszego sortu, ten z napisem: „Pamięci 95 ofiar Lecha Kaczyńskiego, który ignorując wszelkie procedury, nakazał pilotom lądować w Smoleńsku w skrajnie trudnych warunkach. Spoczywajcie w pokoju. Naród Polski. Stop kreowaniu fałszywych bohaterów”.

Pilnujący pomnika żołnierze dobrze wiedzą, kto go tam zostawia. Zwykle czekają, aż niepokorny obywatel Komosa się oddali, po czym zabierają wieniec. Nakrył ich na tym dwukrotnie, dokumentując, jak udają się z wieńcem do pobliskiej siedziby Dowództwa Garnizonu. Wzywał policję, prosił, by oddano mu własność. Żołnierze tłumaczyli, że wieniec zawierał niebezpieczne materiały. Okazało się, że chodzi o napis.

Mundurowi kilka razy zmienili taktykę. Zamiast post factum zadziałali prewencyjnie. W styczniu bieżącego roku próbowali wyrwać Komosie wieniec jeszcze przed jego złożeniem. Nie pierwszy raz zresztą.

Do pacyfikacji nieustępliwego Komosy włączyła się prokuratura, oskarżając go o znieważenie pomnika. W kwietniu była pierwsza rozprawa. Oskarżony zaznaczył, że nie zgadza się z zarzutami i nie przyznaje do winy. Wyjaśnił, że treść napisu na wieńcu wynika z zebranych przez niego i ogólnie dostępnych materiałów. Wspomniał o locie prezydenta do Gruzji, gdy ten przekonał pilota do lądowania mimo złych warunków atmosferycznych. Powołał się też na stenogram z rozmowy pilotów z lotu do Smoleńska. „Dlaczego prokuratura nie reaguje na kogoś, kto znieważa Polskę, oskarżając rząd o spisek i udział w zamachu, na który nie ma żadnych dowodów?” – pytał retorycznie.

Uderza w rząd, dostaje rykoszetem

Dzięki rozprawie Komosa po raz pierwszy dostał możliwość wytłumaczenia przed niezawisłym organem państwowym, dlaczego to robi. „Moje zachowanie nie sprawia mi żadnej przyjemności” – wyznał ze łzami w oczach. Nie było to jednak wyznanie człowieka skruszonego, bo Zbigniew Komosa nie zamierza zaprzestać działalności niezależnie od tego, co orzeknie sąd. Przynajmniej do czasu, gdy uzna, że narracja i działania partii rządzącej nie zagrażają już przyszłości kraju.

I tu wraca kwestia stylu, który trudno zaakceptować. Bo i sam oskarżony nie czuje się dobrze z tym, co robi. Uderza w rząd, lecz sam dostaje rykoszetem. Uważa, że to władza zmusiła go do wskazywania winy zmarłego prezydenta właśnie w ten sposób. To boli podwójnie. Boli to, co robi. I że w ogóle musi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wszechobecny Krzysztof Stanowski. Jak wyjaśnić ten fenomen?

Wyrósł najwyraźniej na pierwszego dziennikarza w Polsce, którego koniecznie trzeba przekonać do swoich racji. Bo można się ze Stanowskim nie zgadzać, ale „trzeba go szanować”.

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
13.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną