Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

PiS idzie taranem. Skąd brać ciągle nadzieję i siły?

Protest przeciw lex TVN. Lublin, 10 sierpnia 2021 r. Protest przeciw lex TVN. Lublin, 10 sierpnia 2021 r. Jacek Szydłowski / Forum
Apogeum tego poczucia bezradności zbiegło się z drugim Strajkiem Kobiet. Protesty były wszędzie, młodzi ludzie mimo pandemii wyszli na ulice, miało być coś nowego, miał być przełom. Energię skumulowano i... i nic się nie zmieniło.

Mam dopiero 32 lata, a czuję się jak zmęczony życiem opozycjonista pod siedemdziesiątkę. Tak pisze do mnie znajoma, która nie czuje już nic prócz bezradności. Ma małe dziecko, mieszkanie do wyremontowania i mnóstwo spraw na głowie. Oraz wyrzuty sumienia, bo nie dała rady iść na demonstrację w obronie mediów pod Sejmem.

Poczucie bezradności rośnie z każdym kolejnym przejawem łamania prawa przez PiS. Tyle razy mieliśmy pokazać władzy naszą siłę. Niektórzy jeszcze jak przez mgłę pamiętają wielkie demonstracje KOD, palenie świec w obronie sądów, pierwszy Strajk Kobiet. To wszystko miało coś zmienić. Ostatecznie zawsze kończyło się tak samo. Jeśli udało się odepchnąć groźbę jakichś zmian, to tylko na chwilę, jeśli zmotywować tłumy – to też tylko na moment. A potem znów wszystko toczyło się tak samo – spory wśród organizatorów protestu, brak reakcji władzy, poczucie, że to chyba nie ma sensu.

Apogeum tego poczucia bezradności zbiegło się z drugim Strajkiem Kobiet. Protesty były wszędzie, młodzi ludzie mimo pandemii wyszli na ulice, miało być coś nowego, miał być przełom. Energię skumulowano i... i nic się nie zmieniło.

Czytaj też: „Kaczyński z kosztami się nie liczy”. Polska znów na ustach świata

Protest za protestem

Do poczucia bezradności dorzucają się social media. Jeśli ma się grupę zaangażowanych politycznie znajomych, niemal codziennie można poczytać, jak to wszyscy jesteśmy sobie winni. Jak Polacy nie dorośli do demokracji, mają wszystko gdzieś, nie chodzą na protesty, młodzieży nic nie obchodzi. I tak w kółko od paru lat – niezależnie od tego, na ilu protestach by się nie było, w sieci natrafi się na te same diagnozy. Ludzie, którzy potrzebują wsparcia i informacji, że podjęcie jakichkolwiek działań ma sens, dostają właściwie tylko potwierdzenie, że ich protesty i sprzeciw nie mają większego sensu. Narracja „jesteśmy sobie winni” zniechęca do dowolnej aktywności.

Pojawia się jednocześnie coraz więcej wątpliwości: ile razy można robić to samo, spodziewając się innych wyników. Ile razy można przekonywać samego siebie, że tym razem władza, która wszystkie protesty ignoruje, w końcu się ugnie. Zwłaszcza że w życiu człowieka są też inne rzeczy prócz protestowania. Dzieci do odchowania (i do przeprowadzenia przez szkołę Czarnka), pieniądze do zarobienia, pandemia do przeżycia. Poczucie winy narasta, a odpowiedzi na pytanie, „co robić?”, właściwie nie ma. Więcej – ponieważ jesteśmy zamknięci w naszych bańkach, słyszmy ciągle te same głosy – albo połajanek, albo rezygnacji. Nasz niepokój spotka się albo z ironicznym memem, albo z czarnowidztwem. Wsparcia i poczucia sensu nie znajdziemy już właściwie nigdzie.

Czytaj też: Czerwone światło dla Polski. Sekretarz stanu USA ostro o lex TVN

Jednostki od obalania władzy

Coraz częściej można też poczuć, że narzuca się nam tylko jedną formę oporu. W sieci łatwo natknąć się na stwierdzenie, że osoby nieprotestujące są równie odpowiedzialne za bezprawie co osoby aktywnie wspierające PiS. Rzecz w tym, że dróg oporu jest wiele. Dla jednych to działania w internecie, dla innych demonstracje, są też tacy, co nigdy nie angażują się społecznie, ale jeden raz wstali od obiadu, kiedy krewny zaczął chwalić partię rządzącą. Wyznaczanie jednej drogi słusznego protestu sprawia, że wszystkie inne działania są dyskredytowane. W takiej sytuacji nietrudno o rozczarowanie i frustrację – skoro znów ignoruje się nasze nawet niewielkie próby buntu.

Do tego widać, jak indywidualizuje się poczucie odpowiedzialności za państwo. Ponieważ brak nam poczucia wspólnoty i tej niemal mitycznej „solidarności”, zaczynamy czuć się odpowiedzialni jako jednostki. To od naszych osobistych działań zależy, czy powstrzymamy PiS. To my jako jednostki mamy znaleźć czas na każdą demonstrację, siłę na każde oburzenie, słowa na każdy komentarz. To podejście często powoduje psychiczne wypalenie. Jednostka nie ma szans w starciu z władzą. Póki nie mamy poczucia wspólnoty, jedyne, co możemy, to ciągle się obarczać winą, że nie jesteśmy w stanie sami obalić systemu.

Czytaj też: Bo Kukiz jest, jaki jest. Dla PiS wyprzedał dawne ideały

Największe zwycięstwo PiS

Być może właśnie to poczucie pogłębiającej się beznadziei wśród osób przychylnie nastawionych do opozycji należałoby poczytywać za największe zwycięstwo PiS. Ostatecznie łatwiej sterować społeczeństwem złamanym, zobojętniałym, sfrustrowanym brakiem reakcji na opór. Społeczeństwo, które nie ma nadziei, które czuje jedynie lęk przed przyszłością – raczej nie zerwie się do zmiany. Bo energia do zmiany idzie z nadziei na lepsze. A nie z poczucia bezradności, które sami w sobie coraz bardziej umacniamy.

Czytaj też: Niemoralna hucpa. PiS powtórzył przegrane głosowanie

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rząd tnie cesarki, choć Polki boją się rodzić naturalnie. Co się dzieje na porodówkach?

Polka idzie dziś po zaświadczenie od psychiatry nie tylko wtedy, kiedy potrzebuje aborcji, ale i po to, żeby zagwarantować sobie cesarskie cięcie. Rodzi w ten sposób już co druga. Eksperci WHO i ONZ przypatrują się tej sytuacji ze zdziwieniem, pytając, co właściwie dzieje się na polskich porodówkach?

Agata Szczerbiak
02.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną