Społeczeństwo

Martwy w karetce. Policyjna czarna seria na Dolnym Śląsku

Funkcjonariusze policji z Lubina Funkcjonariusze policji z Lubina Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Bartek z Lubina, wbrew wersji policyjnej, już nie żył, kiedy wsadzano go do pojazdu pogotowia ratunkowego. Tak przynajmniej wynika z ujawnionych przez Onet siedmiu nagrań rozmów ratowniczki medycznej, dyspozytorek i dyżurnego policjanta.

Opinią publiczną wstrząsnęły trzy przypadki śmierci młodych mężczyzn, wobec których dolnośląska policja podejmowała w ostatnich tygodniach interwencje. Podejrzewano, że stracili życie z powodu braków w wyszkoleniu policjantów i brutalności. Byli przyduszani, używano pałek, pięści, kolan i gazu.

34-letni Bartłomiej padł ofiarą interwencji 6 sierpnia. Policję wezwała jego matka, bo syn rzucał w okno kamieniami (było to nad ranem, prawdopodobnie chciał obudzić domowników, aby wpuścili go do domu). Potem ta sama matka Bartłomieja sfilmowała telefonem policyjną interwencję. Obraz nie jest jednoznaczny, bo funkcjonariusze powalili mężczyznę z drugiej strony radiowozu. Z ich zachowania można jedynie wywnioskować, że przyduszali zatrzymanego i próbowali go za wszelką cenę obezwładnić. Wiadomo, że w pewnym momencie Bartłomiej stracił przytomność, bo policjanci próbowali go cucić, klepiąc po twarzy. Ale nie podjęli próby reanimacji. Nie wiadomo dlaczego. Czy nie wiedzieli, jak ratować nieprzytomnego człowieka, czy też uznali, że taka fatyga z ich strony byłaby nadmierna?

Wezwano karetkę i potem z policyjnych komunikatów wynikało, że mężczyzna zmarł z nieznanych przyczyn, kiedy pozostawał pod opieką personelu medycznego. W zasadzie można było wyczytać między wierszami, że Bartłomiej nie stał się ofiarą policyjnej interwencji, do karetki zabrano go w stanie zadowalającym, a zmarł dopiero później.

Nagrania ujawnione przez portal Onet nie pozostawiają złudzeń. Do karetki zapakowano nieżyjącego człowieka.

Czytaj też: Biją i kręcą. Śmierć w Lubinie po interwencji policji

Policja interweniuje. Za zamkniętymi drzwiami

30 lipca policjanci z Wrocławia interweniowali wezwani do nietrzeźwego 24-latka z Ukrainy. Został przewieziony do Izby Wytrzeźwień i tam zmarł. Powody jego śmierci nie są jeszcze, przynajmniej oficjalnie, ujawnione. Nie wiadomo, jakie dokładnie odniósł obrażenia, ale jego zgon musiał być efektem czynności podjętych przez policjantów. Wiadomo, że bito go pięściami, pałką, rażono gazem i duszono. Dopiero kiedy całą sprawę ujawnił Jacek Harłukowicz, dziennikarz wrocławskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, jeden z funkcjonariuszy biorących udział w zdarzeniu został w trybie dyscyplinarnym zwolniony ze służby za, jak poinformowano, poważne naruszenie zasad. Pozostałych zawieszono.

W nocy z 2 na 3 sierpnia także we Wrocławiu rodzina zaniepokojona stanem psychicznym 29-letniego Łukasza (obawiano się, że zamierza popełnić samobójstwo, był niestabilny emocjonalnie także z powodu nadużywania narkotyków) wezwała radiowóz. Policjanci wdarli się do mieszkania Łukasza, obezwładnili go i wezwali karetkę. Zmarł kilkanaście godzin później w szpitalu. Siostra i ojciec Łukasza twierdzili, że był on bity, duszony i rażony gazem, a policjanci używali nadmiernej przemocy bez wyraźnej potrzeby. Na specjalnej konferencji rzecznik komendanta głównego policji ujawnił film nagrany podczas interwencji z kamery na mundurze jednego z policjantów. Wynikało z niego, że mężczyzna nie chciał wpuścić funkcjonariuszy do mieszkania, machał nożem i że w gruncie rzeczy to policjanci ryzykowali życie, próbując go ratować. Jest tylko jeden drobiazg: cały ten film kończy się w momencie, kiedy policjanci wchodzą do środka mieszkania. Co działo się za zamkniętymi drzwiami, tego już nie pokazano.

Czytaj też: Coraz liczniejsi, coraz brutalniejsi. Policja naprzeciw obywateli

Kto ukradł portfel

Na Dolnym Śląsku, gdzie, jak wszyscy pamiętamy, stracił życie po torturach doznanych w komisariacie Igor Stachowiak, trwa nadal policyjna czarna seria. I jak zwykle policja zrzuca z siebie odpowiedzialność z wprawą starego złodzieja, który przyłapany na kradzieży kieszonkowej twierdzi, że to nie jego ręka trzyma skradziony portfel.

Ujawnione ostatnio nagrania dowodzą, że to jednak ta ręka. Do karetki załadowano trupa, chociaż policja twierdziła, że 34-latek z Lubina interwencję przeżył, a zmarł później. Kilka lat temu ujawniono w jednym z miast na północy Polski proceder polegający na wkładaniu do karetek pogotowia śmiertelnych ofiar wypadków drogowych. Policjanci z drogówki byli dogadani z pracownikami pogotowia, którzy zgony stwierdzali z opóźnieniem. Dzięki temu można było w statystykach zaniżać liczbę wypadków drogowych zakończonych śmiercią na miejscu zdarzenia, co w rywalizacji między komendami miało niebagatelne znaczenie.

Przypadek z Lubina dowodzi, że podobne praktyki nadal mają miejsce. Sprawę 34-latka, podobnie jak przypadki zgonów dwóch młodych mężczyzn we Wrocławiu, bada prokuratura. Na razie nikomu nie postawiono zarzutów.

Czytaj też: Granice w państwie PiS. Policja wciąż atakuje

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną