Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Rok z zakazem aborcji. Polki cierpią przez fikcyjne prawo. Ale wiedzą, co robić

Protest w Gdańsku, 6 lutego 2021 r. Protest w Gdańsku, 6 lutego 2021 r. Martyna Niecko / Agencja Gazeta
Rozmowy z pacjentkami są dziś krótkie. Już o nic nie dopytują, wiedzą, co robić – mówi Maciej W. Socha, ordynator Oddziału Położniczo-Ginekologicznego w Gdańsku. Przez ostatnie 12 miesięcy Polki z pomocą różnych organizacji wykonały ponad 34 tys. aborcji.

Odbierałam po 30–40 telefonów dziennie, łącznie z weekendami. I jeśli ze zmęczenia, późnym wieczorem lub w nocy, już nie byłam w stanie rozmawiać, i tak nie mogłam zasnąć. Wstawałam i oddzwaniałam, jeśli przegapiłam jakiś telefon. Kobiety pytały: „Czy ktoś może mi pomóc?”. Czasami powtarzały to pytanie kilka razy. Potem był jeden wielki szloch, słuchawkę przejmował mężczyzna, który mówił, że byli w trzech szpitalach i wszyscy tylko wzruszają ramionami. Jeden z lekarzy dał im numer do nas – opowiada o pierwszych tygodniach z wyrokiem aborcyjnym Krystyna Kacpura, szefowa Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Była wśród nich M.L., 35-latka, u której na początku 2021 r. stwierdzono w 14. i 15. tygodniu ciąży trisomię 21, czyli zespół Downa. Trzech lekarzy ze Szpitala Bielańskiego w Warszawie zakwalifikowało ją do przeprowadzenia wciąż dopuszczalnej aborcji z przyczyn embriopatologicznych. Dopóki wyrok TK nie był opublikowany w „Dzienniku Ustaw”, nie miał mocy prawnej. Zabieg zaplanowano na 28 stycznia. Dzień wcześniej opublikowano orzeczenie, a M.L. dostała SMS ze szpitala, żeby już nie przyjeżdżała. Wyjechała za granicę. Za terminację w holenderskiej klinice zapłaciła 1 220 euro, czyli ok. 5 500 zł.

To jej sprawa dostała w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu tzw. priority treatment. Została potraktowana jako pilniejsza. – Nasza klientka czuła się poniżona.

Reklama