Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Społeczeństwo

Dyrektorzy szukają nauczycieli. Czarnek szuka kontaktu z rzeczywistością

Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek Minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek Cezary Aszkiełowicz / Agencja Wyborcza.pl
Minister nie ma żadnych zdolności do przeprowadzenia diagnozy w resorcie, którym zarządza, i jest ślepy na to, co się dzieje w szkołach. Widzi sprawę niczym Jezus: szukajcie, a znajdziecie. Poleca też modlitwę.

Dyrektorzy wchodzą w nowy rok szkolny z pętlą na szyi. Boją się, czy znajdą nauczycieli na wszystkie wolne miejsca. Chętnych do pracy pod tablicą jest za mało. Szkoły wyrywają sobie kandydatów. Pętla strachu z każdym dniem będzie się coraz mocniej zaciskała na dyrektorskiej szyi. Nie można być pewnym, czy osoby, które w wakacje przyjęły warunki zatrudnienia, zgłoszą się 1 września do pracy.

Umowę z nowym pracownikiem zwyczajowo podpisuje się tuż przed początkiem roku szkolnego albo wręcz w pierwszych dniach września. Dyrektorzy chcą podpisywać natychmiast, nawet w środku wakacji, gdyż sądzą, że to zatrzyma kandydata w ich szkole. Pisemne zobowiązanie wydaje się pewniejsze niż ustne. W piśmie jest jednak punkt, który głosi, iż umowa zostaje natychmiast rozwiązana, jeśli zatrudniony nie podejmie pracy. Istnieje obawa, że wielu nowych nauczycieli się nie zgłosi. Konsekwencji za to nie ma.

Tysiące wakatów dla nauczycieli

Na stronie kuratorium oświaty mnóstwo szkół ogłasza, że szuka pracowników. To już idzie w tysiące wakatów. Widzę, że także moje liceum ma braki kadrowe. Dla dyrekcji, przyzwyczajonej, iż do tak elitarnej placówki przyjmuje się pracowników tylko z polecenia, to rewolucja. Co za wstyd ogłaszać światu, iż nie mamy chętnych do pracy! Dobrze, że nie doświadczyła tej hańby poprzednia szefowa, która prowadziła politykę, iż zatrudnia jedynie absolwentów. A tylko w razie niepowodzenia, co trudno sobie wyobrazić, bo każdy absolwent marzył, aby tu pracować, zatrudniała w drodze wyjątku obcych. Obecna dyrekcja nie stawia żadnych warunków, a i tak jest problem.

Pętla na szyi zaciska się bardzo mocno, gdyż dyrektor wie, że nie może liczyć na pomoc zwierzchników. Ministerstwo i kuratorium stoją na stanowisku, że problemu ze znalezieniem chętnych do pracy w szkole nie ma. Czarnek zapewnia, że ruch kadrowy jest typowy, tak samo było w poprzednich latach. Dyrektorzy nie powinni więc wpadać w panikę, gdyż nauczyciele się znajdą. Tysiące ogłoszeń, jakie szkoły zamieszczają na stronach kuratorium, to pozorny problem. Minister edukacji tryska optymizmem i usiłuje nim zarazić dyrektorów szkół. Dlatego dyrektorzy cierpią jeszcze bardziej. Nie otrzymają nie tylko realnej pomocy, ale też żadnego zrozumienia.

Organ prowadzący szkołę, czyli gmina bądź powiat, też nie pomoże. Władze regionu od lat uprawiają filozofię zarządzania, która polega na przekonywaniu dyrektorów, iż problemy mają rozwiązywać sami. Gdy brakuje pieniędzy na remont w placówce, trzeba je samemu znaleźć, np. poprosić rodziców o zrzutkę. Gdy rodzice się zrzucają, OP chwali szkołę. Dyrektor wie, że z żadną sprawą nie może iść do urzędników, gdyż przypiszą mu łatkę nieudacznika i jeszcze odbiorą premię. Urzędnicy – taki mamy w Polsce styl rządzenia – są od kontrolowania, a nie od pomagania. Dyrektor musi więc sam poradzić sobie z problemem. Nie poradzi sobie, straci stanowisko.

Beztroska Czarnka przeraża

Według Czarnka nie ma problemu z brakami kadrowymi w szkołach. To wymysł mediów niechętnych rządowi i zmowa związków zawodowych, przede wszystkim ZNP. Broniarz straszy – twierdzi minister. Dyrektorzy są przerażeni beztroską Czarnka. Minister nie ma żadnych zdolności do przeprowadzenia diagnozy w resorcie, którym zarządza, i jest ślepy na to, co się dzieje w szkołach. Mieliśmy już krótkowzrocznych ministrów edukacji, ale obecny swoją ślepotą bije poprzedników na głowę. Widocznie PiS taki postawił warunek, gdy chciał obsadzić stołek ministra. Kompetencją kandydata ma być zdolność do unieważniania faktów. Fakty są takie, że nauczyciele w proteście przeciwko niskim zarobkom masowo rzucają pracę, nowych chętnych brak, a minister widzi sprawę niczym Jezus: szukajcie, a znajdziecie. Poleca też modlitwę.

Dyrektorzy nie zwracają się więc po pomoc do zwierzchników, bo to nie ma sensu. Mają być optymistami z przymusu, co nigdy się nie udaje. Proszą więc swoich nauczycieli o wsparcie. Jeśli nikt się nie zgłosił na wolne miejsce, zachęcają nas, abyśmy poszukali wśród znajomych i przysłali kogoś. Może ktoś zna matematyka? Albo fizyka? A może ktoś zna nauczyciela języka hiszpańskiego? Tak, z nauczycielem hiszpańskiego jest największy problem. Mamy w Łodzi modę na ten język i to nie tylko w szkołach. Więc fachowcy są rozchwytywani. Jeden nawet wyjechał z Łodzi do Krakowa. Obiecał pracować u nas, ale w Krakowie zaproponowali mu etat i mieszkanie, więc zmienił zdanie. Szkoła oferuje tylko etat.

Dyrektorzy zapraszają na rozmowę starych pracowników. Siadam więc sobie wygodnie na miękkim krześle i słucham, że na dziś mam cały etat i trochę nadgodzin. Gdyby jednak do pracy nie zgłosiła się nowa koleżanka, nie wiadomo przecież, co zrobi, to czy jestem gotów wziąć część jej etatu. I tak po kolei dyrektorzy rozmawiają z pracownikami, na których mogą liczyć. Ci pewni mają być przygotowani, że w razie czego przejmą godziny po osobach niepewnych. Jakoś sobie poradzimy, prawda? Plan lekcji trzeba tak ułożyć, aby lekcje niepewnych nauczycieli nie pokrywały się z lekcjami osób pewnych. Chodzi o to, aby w razie konieczności przejęcia czyichś godzin nie trzeba było planu układać od nowa.

Korepetycje opłacają się bardziej

Nie wszyscy dyrektorzy potrafią rozmawiać ze swoimi pracownikami. Niektórzy wciąż wolą wydawać polecenia, nie przechodzi im przez gardło słowo „proszę”. No więc gdy dyrektor władczo informuje, że trzeba będzie przejąć godziny po osobie niepewnej, nauczyciele stawiają opór. Zaczyna się ruch w drugą stronę. Nauczyciele zgłaszają chęć przejścia na niepełne zatrudnienie. Matematyk opowiada, że on tu zarabia tylko na opłaty ZUS, natomiast każda godzina więcej to dla niego znaczna strata. W szkole dostaje 40 zł za lekcję, natomiast za korepetycje brał już w tym roku 100 zł, a po wakacjach chyba podniesie do 120. Więc każda godzina w szkole to dla niego strata 60–80 zł. Jak dyrektor zacznie naciskać w sprawie nadgodzin, poprosi o pół etatu albo się zwolni.

Do dyrektorów z trudem dociera, że sukces bądź porażka w rozwiązaniu problemów kadrowych zależy od tego, jaką twarz pokażą swoim pracownikom. Wynagrodzeniem nie mogą przyciągnąć ludzi, te bowiem w szkołach się nie różnią, mogą oddziaływać jedynie swoją osobowością. Mimo że pętla na szyi jest coraz mocniej zaciśnięta, dyrektorzy muszą uśmiechać się do pracowników i wmawiać im, że jest dobrze. Nie zarabiamy kokosów, jak to w szkole, za to jesteśmy zgranym zespołem, a szef jest z was dumny. Zamiast śrubować oczekiwania aż do granic możliwości, co było powszechnym zjawiskiem jeszcze kilka lat temu, szefowie starają się okazywać pracownikom pozytywne uczucia. Wreszcie po wielu latach pracy usłyszałem, iż jestem na tyle doświadczonym pracownikiem, że mogę zarządzać sobą. Dyrektor nie musi mnie kontrolować. Czy to wystarczy, aby zostać w szkole?

W szarej polskiej szkole jedynym blaskiem mieni się zwolnienie z pracy. Tego blasku, który niebawem może rozbłysnąć w każdej placówce, nie ujmują żadne statystyki. Nie bada się, ile osób jedną nogą jest już poza swoim miejscem pracy: dorabiając na korepetycjach, szykując się na emeryturę, wdrażając się do innej profesji. Statystyki ujmują tylko liczbę wakatów, a to przecież część prawdy. Nauczyciele czują się wyzyskiwani, udręczeni i wyczerpani. Większość dyrektorów ma świadomość, że nauczyciele w czasach rządów PiS zostali odarci z resztek szacunku do siebie, dlatego pragną wykonać gest rzucenia pracy w szkole, aby się tym gestem dowartościować. Zresztą ci, co tak zrobili, odwiedzają szkołę i są przyjmowani niczym bohaterowie. Koleżanki i koledzy gratulują im odwagi, przebojowości i przedsiębiorczości. Rzucili ten zawód: jakie to piękne!

Wielka rebelia nauczycieli

Odejścia ze szkoły gratulują też uczniowie. Wśród młodzieży panuje pogląd, iż odpowiedzialność za brak sukcesów w życiu człowiek ponosi wyłącznie sam. Po prostu źle zarządza sobą, dlatego poniósł porażkę. Młodzież patrzy więc na swoich nauczycieli, którzy tak mało zarabiają, w najlepszym wypadku ze zdziwieniem, w najgorszym z niechęcią. Drażnimy uczniów, gdy ich pouczamy, a sami tak nieodpowiednio pokierowaliśmy swoim życiem. Jesteśmy produktem wybrakowanym, niedoskonałym. Brakuje nam kreatywności, różnorodnych talentów, pewności siebie, odwagi, wytrwałości, odporności na stres, zdolności patrzenia do przodu, wyznaczania sobie nowych celów, tworzenia planów, nie mamy też siły do ich realizacji. Brakuje nam tych wszystkich cech, które staramy się wpoić młodzieży. Zwolnienie się z pracy w szkole jest więc traktowane jako środek, który mógłby zatrzymać ten proces degrengolady. Nie przesadzę, jeśli powiem, że każdy nauczyciel chce stanąć w świetle tego blasku, jakim jest zerwanie umowy i opuszczenie szkoły.

Przemysław Czarnek mówi o tym zjawisku językiem obskuranckim, miałkim, jak na ministra wątpliwym. Jest irytująco bierny i samozadowolony. Tak może bagatelizować problem tysięcy wakatów człowiek spod budki z piwem, a nie członek rządu. Reakcją na arogancję ministra może być wielka rebelia nauczycieli. Trudno dziś powiedzieć, jak objawi się ten bunt po 1 września: czy będzie to strajk powszechny, czy dojdzie do masowego porzucania pracy przez nauczycieli, czy też dyrektorzy będą musieli zmagać się z pracownikami, którzy wykonywać będą obowiązki w sposób zaburzony, pod wpływem nieopanowanego niezadowolenia. Można współczuć dzieciom, którym przyszło uczyć się w tak złych czasach. Chodzą do chorej szkoły, a minister odmawia przeprowadzenia badań i wdrożenia programu leczenia. Czarnek terroryzuje oświatę całkowicie nieuzasadnionym optymizmem. Pętla zaciska się nie tylko na szyi dyrektorów. Podejmijmy starania, aby ją zdjąć.

Czytaj też: Nie niskie pensje, lecz stres wypędza nauczycieli ze szkół?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Czarodziejskie mury Sokołowska. Ludzie przyjeżdżają tu i zostają. Łatwo wsiąknąć

Tutaj rozgrywała się akcja ostatniej powieści Olgi Tokarczuk „Empuzjon”. Empuzy, żeńskie zjawy, czasem krwiożercze, odegrały w niej istotną rolę. Ale to tylko literacka fantazja. W realu Sokołowsko zamieszkuje coraz więcej dobrych duchów. Ich główne zajęcie – przywracanie ducha uzdrowisku.

Joanna Podgórska
15.11.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną