Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Miasteczko pod MEiN. Działo się! Tylko Czarnek się nie pofatygował

Donald Tusk w miasteczku edukacyjnym ZNP w Warszawie Donald Tusk w miasteczku edukacyjnym ZNP w Warszawie Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Myli się Przemysław Czarnek, gdy twierdzi, że Miasteczko Edukacyjne to hucpa polityczna. Minister bał się przyjść do nauczycieli, a miał ze swojej siedziby zaledwie 120 m. Nie przyjął do wiadomości, że ZNP wykonał pozytywną rewoltę.

Sławomir Broniarz zapowiedział z dumą, że podczas pikiety nauczycieli w Warszawie w sobotę 15 października przedstawi dorobek Miasteczka Edukacyjnego. Będzie to miało miejsce przed siedzibą MEiN. Zamiast histerii strajkowej, której ludzie mają dość, bo przecież protestują już nieomal wszystkie grupy zawodowe, prezes ZNP postawił na informację i komunikację. Nauczyciele postanowili społeczeństwu opowiedzieć o sobie i swojej pracy, chcą być widziani, pragną, aby poświęcono im trochę uwagi. Przez tydzień poprzedzający Dzień Edukacji Narodowej, od 8 do 14 października, odbywały się dyskusje nauczycieli, dyrektorów, ekspertów w dziedzinie edukacji, urzędników oświatowych, rodziców. Odpowiadano na pytania publiczności, słuchano, co twierdzą tzw. ludzie z ulicy, przypadkowi goście. Mówiąc językiem Jurka Owsiaka: „Działo się”.

Miasteczko ZNP to żadna hucpa

Ten rodzaj walki o prawa pracownicze do tej pory nie był znany ZNP. Nie manifestowano wiedzy o nauczycielach, a jeśli już, to był to dodatek do protestów. Myli się więc Przemysław Czarnek, gdy twierdzi, że Miasteczko Edukacyjne to hucpa polityczna. Minister bał się przyjść do nauczycieli – a miał ze swojej siedziby zaledwie 120 m – ponieważ założył, że pali się tam opony, skanduje obraźliwe hasła pod adresem rządu i obrzuca zgniłymi jajkami przedstawicieli władzy. Nie przyjął do wiadomości, że ZNP wykonał rewoltę pozytywną i wymyślił protest jako dokonanie szeregu pięknych czynów na rzecz edukacji. Wymyślił widowisko zamiast strajku. To zachowanie bardzo fair wobec uczniów i ich rodziców.

Tymi pięknymi czynami były debaty (każdego dnia odbywały się dwie zaplanowane oraz trudna do oszacowania liczba dyskusji spontanicznych). Miały za zadanie unaocznić społeczeństwu, że żyjemy w dobie głębokiego kryzysu edukacji, czego pierwszym symptomem jest masowe porzucanie przez nauczycieli pracy, olbrzymie braki kadrowe, natomiast prawdziwe skutki i koszty tej katastrofy, której sprawcą jest PiS, trudno teraz w pełni przewidzieć.

Aktywność zawodowa nauczycieli, można było wielokrotnie usłyszeć podczas debat, zamienia się w chęć przetrwania, przeżycia za wynagrodzenie, które – jak wykazał dr Maciej Jakubowski, prezes Evidence Institute – jest o tysiąc złotych mniejsze, niż wynoszą zarobki w innych profesjach wymagających wyższego wykształcenia. W żadnej branży specjaliści nie zarabiają tak mało jak nauczyciele. W Unii Europejskiej jesteśmy na trzecim miejscu od końca (za nami są tylko nauczyciele węgierscy i słowaccy). Żeby z tak niską pensją przeżyć – mówiła Agnieszka Tomasik, dyrektorka ZSO nr 8 w Gdańsku – nauczyciele muszą pracować na więcej niż jeden etat, młody nauczyciel wręcz na dwa. To nie jest kwestia wyboru, że chce się zarabiać więcej, lecz przymusu, ponieważ za tzw. gołą pensję nie można się utrzymać.

Dzieci są przerażone, a z nimi ich rodzice

Skutkiem przepracowania są depresje. Nauczyciele zaczynają rok szkolny ogarnięci euforią, a potem następują załamania. To już nie są przypadki jednostkowe, które można ukryć przed dziećmi. To zjawisko masowe. Anna Konarzewska, nauczycielka ze wspomnianej szkoły z Gdańska, tłumaczyła, że w jej pracy nie ma słupków granicznych, to nie jest praca od poniedziałku do piątku w godz. 8–16, lecz ciągłe trudzenie się, prowadzenie zajęć dodatkowych popołudniami, dokształcanie się w soboty, sprawdzanie prac uczniowskich w niedziele. Praca bez odpoczynku. Zawód nauczyciela stał się – w wyniku rządowych reform – profesją zgubną dla psychiki człowieka, czego wyrazem są choroby, depresja i wypalenie. Wszystko to odbywa się nie w ciszy nauczycielskich gabinetów, bo przecież swoich gabinetów nie mają, lecz na oczach uczniów. Dzieci są przerażone, a za nimi ich rodzice, stanem zdrowia swoich nauczycieli.

ZNP ma świadomość, że przepracowani i depresyjni nauczyciele nie bardzo nadają się do strajkowania, dlatego powołał do życia Miasteczko Edukacyjne. Jego zadaniem jest przekonać społeczeństwo, że jeśli nic się nie zmieni, niebawem nauczyciele będą wyglądali niczym zombie: galopujący od szkoły do szkoły i wydajni tylko w tym, że są obecni na swoich lekcjach. Dr Jakubowski wyraził to dosadniej, mówiąc, iż należy się dziwić, że są jeszcze w Polsce ludzie, którzy wciąż chcą pracować w szkole. Szkoła bowiem przestaje być miejscem aktywności zawodowej, a staje się obszarem stagnacji i finansowego upadku pracowników. Proces tej jakże negatywnej zmiany gwałtownie przyspiesza.

Uczniowie i rodzice na razie widzą tylko czubek góry lodowej zmian, doświadczają spowolnienia pracy szkół, sądzą, że to chwilowy spadek wydajności. Nie biorą pod uwagę, że aberracje, jakich są świadkami, np. brak nauczyciela fizyki przez cały rok, mogą być stałą cechą polskiej oświaty. Niebawem dyrektor będzie mówił do zatrwożonych rodziców: „Nie mamy nauczyciela fizyki i co nam zrobicie?”. Po fali odejść z zawodu, po fali depresji tych, co zostali, nadejdzie fala zobojętnienia na potrzeby dzieci. Teraz jeszcze rodzice są w stanie coś z tym zrobić, natomiast gdy pisowska zmiana się utrwali, można będzie tylko pluć sobie w brodę i zastanawiać się, dlaczego na taką oświatę pozwoliliśmy.

Nieprzekraczalna granica 120 metrów

Wielka szkoda, że Przemysław Czarnek nie podjął wyzwania i nie wziął udziału w żadnej debacie. A było ich wiele: o czasie pracy nauczycieli, o rażąco niskich wynagrodzeniach, o zdrowiu psychicznym, o roli rodziców w oświacie, o sytuacji pracowników niepedagogicznych, o niedoinwestowaniu edukacji, o biedzie na uczelniach, o tym, jak oceniają edukację uczniowie, w jakich warunkach się uczą, a w ostatnim dniu: o przeładowanych i anachronicznych podstawach programowych (temat szczególnie adresowany do ministerialnych urzędników). Miasteczko dawało też okazję, aby powiedzieć nauczycielom dobre słowo. Dobre słowo ministra, choć nielubianego, było bardzo oczekiwane przez uczestników debat. Byłoby to zachowanie fair.

Nawet jeśli Czarnek belfrów nie lubi, funkcja, jaką piastuje, nakłada na niego obowiązek zachowywania się fair wobec nauczycieli. Byłoby to sprawiedliwe i piękne, gdyby pofatygował się do pedagogów, wręcz przebiegł te 120 m od siedziby MEiN do Miasteczka i powiedział nauczycielom dobre słowo. Więcej odwagi, panie ministrze, bycie fair to nie grzech. Wspieranie ciężko pracujących ludzi to wręcz obowiązek wysokiego urzędnika państwowego, a poza tym bardzo chrześcijańska postawa.

Zamiast od ministra nauczyciele usłyszeli wiele dobrych słów od zwykłych ludzi. W miasteczku była specjalna tablica, na której goście pisali, że edukacja jest dla nich najważniejsza, a los nauczycieli leży im głęboko na sercu. Czego nie dało się opisać, wyrażano ustnie. Czasem ludziom brakowało słów, więc wsparcie przekazywano uśmiechem bądź serdecznym gestem. Nieobecność Przemysława Czarnka, choć nie zakłóciła komunikacji między nauczycielami a społeczeństwem, budziła zdziwienie. A gdy okazało się, że minister tę jakże pozytywną inicjatywę, wyraz dobrej woli nauczycielskiego środowiska, nazwał hucpą polityczną, z trudem hamowano oburzenie. Aż tak nieprzyjaźnie nastawionego do nauczycieli ministra edukacji jeszcze nie było.

Czytaj też: W szkołach zostali najgorsi nauczyciele?

Spektakl, burza mózgów, widowisko

Fenomen Czarnka polega na tym, że choćby stanął przed nim miłosierny Samarytanin we własnej osobie, to najpierw by sprawdził, czy należy on do PiS. A gdyby okazało się, że nie, pogoniłby łajdaka i nie pozwolił dokonać czynu miłosierdzia. Podobnie Czarnek traktuje ZNP: wróg to wróg. Nauczyciele nie mogą zaproponować niczego pozytywnego, liczą się przecież tylko pisowcy i ich „dobre zmiany”. Na szczęście negatywny sąd ministra kontrastował z pozytywnymi referencjami, jakie z ochotą wystawiali nauczycielom przechodnie.

Mimo próby znokautowania nauczycieli przez Czarnka ilość dobra, jakie zebrali od warszawiaków, może się jeszcze zwiększyć, gdyż wydarzenia rozgrywane w Miasteczku były dokumentowane i na bieżąco zamieszczane w mediach społecznościowych, nieraz na żywo. Na YouTube pod linkiem „ZNP przedstawia” można obejrzeć wszystkie debaty i zareagować chociażby przez kliknięcie w ikonę „Lubię to” lub wpisanie komentarza. Zatem inicjatywa ZNP nie kończy się wraz z zamknięciem Miasteczka, lecz żyje dalej w sieci i przyciąga uwagę kolejnych osób. Trudno przewidzieć, jaki będzie skutek tej nowej formy walki o lepszą edukację.

To nie był strajk, to był spektakl, burza mózgów i wydarzenie widowiskowe. Protestowano, dyskutując i prezentując siebie, a także bawiąc się i śpiewając. W Miasteczku odbywały się koncerty, m.in. wystąpił z recitalem Krzysztof Daukszewicz. Edukacja się dusi, nauczyciele wyszli więc na zewnątrz i wystawili się na widok publiczny. ZNP urządził dla nas wszystkich przestrzeń naprawy edukacji, warsztaty przygotowawcze, przyspieszony kurs wiary, że nie musi dalej tak być. Pilnowano się, aby nie doszło do wybuchu histerii strajkowej i by nie ruszono na MEiN, by nie doszło właśnie do politycznej hucpy. Jest alternatywa dla pisowskiej edukacji: wciąż da się ją osiągnąć metodami pozytywnymi, może obejdzie się bez strajku.

Sobotnia pikieta nauczycieli pod budynkiem MEiN, zamykająca Miasteczko Edukacyjne, to wciąż nie będzie strajk. To raczej wcielenie w życie zasady, że skoro Mahomet nie przyszedł do góry, to góra przyszła do Mahometa. Nie pofatygował się Czarnek do nauczycieli, choć byli tak blisko, nauczyciele zatem przyszli do Czarnka. Czy potrzeba zrobić jeszcze coś więcej, panie ministrze?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Kim pan jest, panie W.? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Cała Polska usłyszała o zeznaniach Marcina W. Najpierw, że Marek Falenta sprzedał Rosjanom słynne „taśmy prawdy”; potem, że Michał Tusk przyjął 600 tys. euro łapówki. Ale równie ciekawe jak zeznania są biznesy Marcina W. I jego związki z CBA.

Marek Czarkowski
05.12.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną